niedziela, 23 czerwca 2019

Trzy dni na Pilicy.

 Trafił się długi weekend, żal było nie skorzystać. W środę rano, kolega podrzucił z całym majdanem do pracy. Dzięki temu, prosto po robocie mogłem iść na przystanek i ruszyć ku przygodzie.
 Tramwaj którym jechałem na dworzec, wypadł z szyn zanim zdążył pokonać pierwszy przystanek a ja skasować bilet. Na szczęście udało mi się dojechać autobusem na czas. Wtedy spóźnił się pociąg. Musiał czekać na jakiś opóźniony międzynarodowy, i wyjechał 19 minut później. Dokładnie tyle czasu ile miałem na przesiadkę w Koluszkach...

Koluszki przywitały mnie pochmurną pogodą i brakiem pociągu do Tomaszowa. Pogoda po kilku minutach przerodziła się w nawałnicę, a pociąg na szczęście się odnalazł - przyjechał spóźniony.
Na miejsce - pole namiotowe przy Niebieskich Źródłach w Tomaszowie Mazowieckim dotarłem koło 20.00. Opłata 10pln, czyste toalety, prysznice z ciepłą wodą. W promocji była jeszcze impreza integracyjna jednej z łódzkim firm. Wystartowali o 22 skończyli o 2 nad ranem. Dobrze że byli starzy i muzykę puszczali z moich czasów ;)

Przemocą obudziłem się o 5.30. O 7.10 - na wodzie. Taki widok w miejscu startu.

 Piaszczyste brzegi.


 Park krajobrazowy.


Początek deszczu. Zaraz przed tym mostem trza było założyć sztormiak. W tej okolicy spotkałem też parę na kanu, która stosowała odmienną strategię. Deszcz ciepły, płyniemy w kostiumach - mniej potem do suszenia. 


Kościół w Inowołdzu. Tu był stres. Dosłownie parę metrów niżej zaczyna się kamienne bystrze. Kajak utknął z takim dźwiękiem, że już czułem koniec spływu i konieczność klejenia łaty. Późniejsza wizja lokalna pokazała że nie ma nawet śladu. Chyba (głupi ma szczęście) siadłem na jedynej oponie wśród kamieni stąd taki odgłos.



 Padać przestało, za to znów dostępne sielskie widoki. Woda nie jest żółta, jest przejrzysta. Po prostu dno to czysty piasek, a głębokość niewielka.
 Z głębokością wogóle był problem. Tak niski stan wody, że cała praktyka na temat układania się głębin na zakolach - brała w łeb. To czy głębiej po lewej czy po prawej stronie wyspy, albo na wypukłym czy wklęsłym brzegu - ruletka a nie ocena.
 Tyle razy co na tym spływie, to jeszcze z kajaka nie wysiadałem.
Nocleg pierwszego dnia. 42km zrobione, bark niestety zaczął boleć. Za promem po lewej stronie, przystań i pole namiotowe za 10pln ;).  Prysznic, suszenie, kolacja i spać.

Filtrowanie wody na kolację. Informacyjnie jeśli chodzi o płyny. W ciągu dnia wypijałem:
  1. 0,7 litra wody z magnezem (tabletki z lidla), 
  2. 0,5 litra izotoniku (tabsy z Decathlona), 
  3. 0,7 litra samej wody, 
  4. około 1.0 litra herbaty. 
 Trzy litry, a i tak w nocy się budziłem żeby jeszcze pociągnąć z flachy. Całą wodę brałem z rzeki - nie miałem nic zapasu. Filtr spokojnie dawał radę, większość piłem nieprzegotowaną i skutków ubocznych nie było. Ważne żeby mieć przy sobie jeszcze jedną butelkę. Sama filtracyjna nie wystarczy, bo nie ma w niej jak rozpuszczać tabletek. Na trzy dni, przy takich upałach potrzeba 12-15litrów wody. Półtorej zgrzewki do dźwigania.

 Przy okazji woda szła do robienia liofilizatów i kaszki. Miałem dwa liofy, oba z loyfooda. Gulasz z kaszą i makaron bolonese. Makaron lepszy bo go było więcej ;).  Żywienie wyglądało tak:
  1. śniadanie: kaszka manna z kawałkiem gorzkiej czekolady
  2. drugie śniadanie: pół paczki kabanosów
  3. obiad: liofilizat lub danie gotowe z arpolu
  4. kolacja: to samo co na śniadanie. 
Głodny nie byłem. Opakowanie kaszki manny, akurat starczyło na sześć posiłków.


 Początek drugiego dnia. Rzadki przypadek drzewa objedzonego przez latające bobry - od góry.

 Drugi dzień prawie cały wśród pól i pastwisk.  Koło 18.00 spotkałem znowu ludzi na kanu, szykowali się już do obozowania na dziko. Wogóle to mijałem się z nimi przez dwa dni wielokrotnie.

Na koniec drugiego dnia gwałtowna burza. Pierwszy raz jak rozbiłem sam tropik od namiotu i siedziałem pod nim przez godzinę. Dopiero jak deszcz ustąpił, to doprowadziłem obozowisko do porządku. Przy okazji, inaczej złożyłem kajak, żeby był węższy. Bo jestem gruby i nie mieśliliśmy się razem w namiocie.

 Poranek dnia trzeciego. Sielanka. Słonce, lekkie chmury. Nieziemska ilość komarów. Przed wyjazdem kupiłem środek na komary w wersji dla dzieci (mniej szkodliwy). Miał on głównie znaczenie psychologiczne, bo komary się nim nie przejmowały.

Trzeci dzień, to w końcu na tyle dobra głębokość, że pływanie meandrami zdaje egzamin. Ponieważ Pilica to kombinat kajakowy, a są wakacje, w ciągu dnia minąłem ze 200-300 kajaków.
 Mam problem ze słońcem. Wczoraj uciekając z rzeki przed burzą, zgubiłem emulsję do opalania. Poobkładałem się czym tylko mogłem, ale słońce i tak złapało w kilku miejscach.

Wytęż wzrok i znajdź lisa na zdjęciu ;)


O 16.15 dotarłem do Warki. Sensowny pociąg był o 17.00 więc bez szans żeby się zebrać. Nocleg na polu namiotowym - 100 m za mostem kolejowym lewy brzeg. Tylko nie pomylić, bo zaraz za mostem na lewym brzegu jest miejsce gdzie kończą spływy kajakowe, ale tam kempingu nie ma.

Poszedłem znaleźć dworzec, żeby kupić bilety. Po drodze dwie główne atrakcje Warki. Powyżej zabytkowy wóz strażacki.

I pomnik ku czci lotników. Spawane aluminium na stalowym szkielecie. Jak dla mnie, jeden z tych pomników które mają to coś. Ciężko od niego oderwać wzrok.

 Z racji tego że była sobota wieczór, kasy na dworcu były już zamknięte. Zostało mi przyjść rano. Dodatkowym mankamentem był brak taksówek w Warce. Serio. Miasto kojarzone z reklam jako oaza szczęśliwości i luzu ma wszystkiego trzy taksówki na krzyż, i dojechanie rano do dworca jest rzeczą niemożliwą.
 W niedzielę rano wstałem 3.50, spakowałem klamoty i lazłem na dworzec na pociąg o 6.08 do Warszawy.


Dworzec Warszawa Zachodnia. Chyba ktoś z włodarzy nie lubi tej dzielnicy. Poprzedni raz na tym obiekcie byłem dziesięć lat temu i prawdę mówiąc nie widać żeby było dużo lepiej. To jest taki cargo-port. Dużo, masowo, nikt ważny tu nie bywa, po co inwestować.

 Do domu dotarłem finalnie koło trzynastej.



Film z wycieczki. W sumie nakręciłem ponad godzinę materiału. Tyle że zrobiłem błąd, kręcąc za długie sceny. Powinny być nie dłuższe niż 20sek, wtedy fajnie się je montuje. Kilkuminutowe dłużyzny trzeba przycinać








niedziela, 9 czerwca 2019

Świerklaniec i oba Rogoźniki.

 Planowałem drugi odcinek Białej Przemszy, ale dzieci nie dopisały (znalazły sobie inne zajęcia) i trzeba było coś wymyślić żeby nie przenudzić niedzieli.

 Padło na kierunek północny zachód - zbiornik Świerklaniec. Koło 8.30 dojechałem rowerem do zalewów Rogoźnik. Wypożyczalnia kajaków na mniejszym jeziorku była czynna dopiero od 10.00, na większym akwenie  ma być czynna dopiero w przyszłym tygodniu.
 Dorobiłem więc kilometrów i pojechałem do parku Świerklaniec. Wieść gminna niosła że mają tam wypożyczalnie kajaków i nowy hangar.
 Na miejscu okazało się że wypożyczalni nie ma. Było i nie ma. Diabeł ogonem nakrył. Hangar jest, ale tylko dla klubu sportowego. No dobra, zalew Świerklaniec to nie jest jakiś cud. Mało interesująca linia brzegowa, tylko na północy jest trochę błądzenia miedzy szuwarami.
 Dojechałem do mostu na Brynicy od północy właśnie. Zrobiłem film.

 Poprzednim razem było tam jednak ładniej. Teraz po ulewach, z Brynicy idzie bura woda.

Potem myk bardzo okrężną drogą, spowrotem na Rogoźniki. Objechałem większy zbiornik dookoła. Komary i kilka urokliwych miejsc. Czemu nie wziąłem aparatu? Głupi jestem.
Przed objechaniem, skusiłem się jeszcze na hot-doga w budzie przy placach zabaw. Nie polecam. 7pln, za naprawdę małego hot-doga i to z mikrofali a nie z piecyka.

Na mniejszym zalewie poszedłem popływać. Od plaży do ruin restauracji. Jest spoko jeśli płynie się z plaży na azymunt. Jak się chce popływać bardziej po zbiorniku, to okazuje się że pod wodą jest masa glonów. Nie są groźne, ale upierdliwe.

Jeżeli ktoś się będzie wybierał pływać na tych akwenach, to polecam być nie później niż o 9.00. Potem, zwłaszcza w ciepłe dni, tłok jest niemożebny. W okolicy nie ma wiaty dla rowerów, trzeba przypinać bicykle do ogrodzenia.
Wracając, warto skręcić do piekarni Ziarenko. Są otwarci w niehandlowe niedziele, a bułki mają naprawdę dobre.

wtorek, 4 czerwca 2019

Biała Przemsza Okradzionów-Sławków, po raz drugi.

 Tym razem z młodszą córką i poprawnie wedle trasy, czyli z wodowaniem za drugim młynem. Nurt prawie tak samo szybki, ale kilka centymetrów wody mniej.
 Zamiast zdjęć - film (przy okazji wypróbowałem nową kamerę). Jakość filmu z yt nie powala. Dopiero po jego zamieszczeniu, udało się ustawić parametry konwersji tak żeby zachować jakość.


 Niestety z powodu niższego poziomu wody, na trzecim bystrzu, w dnie pontonu zrobiła się dziura :(. Na szczęście ponton jest z prawdziwej gumy, więc łata z dętki załatwi sprawę ;)

 EDIT:
  Film w jakości HD720

 Film w jakości HD720

niedziela, 26 maja 2019

Biała Przemsza - trasa Okradzionów-Sławków.


 Pierwszy raz do Białej Przemszy przymierzyłem się w 2013r i poniosłem sromotną porażkę. Planowałem płynąć pontonem z wiosłami osadzonymi w dulkach, a ta rzeka jest zbyt wąska i zbyt zawalona gałęziami. Pokonałem kilometr z małym hakiem, zaliczyłem cztery przenoski, a na koniec w trakcie strategicznego wycofywania wpadłem do kanału i zaliczyłem sto metrów przez pokrzywy.
 Dlatego teraz wybrałem odcinek, który jest polecany dla osób z dziećmi. Lekko, łatwo i przyjemnie, bez przenosek i tego typu atrakcji. Będzie to leniwe niedzielne przedpołudnie na wodzie.
 Ten plan, jak zwykle nie wytrzymał konfrontacji z rzeczywistością.

 Zgodnie z opisem trasy, zaczęliśmy poniżej młyna w Okradzionowie. Na moście z lewego brzegu.

 Płyniemy dość szeroką rzeką, faktycznie nie widać większych przeszkód.

Młoda zadowolona, bo zapowiada się że ten spływ będzie normalny.

I jeb. Drugi młyn. Na lewym brzegu dwa wysokie jazy, na wprost (czarna kreska na zdjęciu po lewej stronie) nisko zawieszona nad wodą kładka a za nią młyn. Nurt dość silny. Udało się nam wylądować na moście. Szczęście bo gdyby zabrało ponton pod spód to by go zmieliło. Przenoska.. .i po niej się zorientowaliśmy że to tu się zaczynają spływy. Na prawym brzegu jest droga wprost do wody.

Potem zaczęły się drzew w nurcie. I tu trzeba przyznać organizatorom spływów, że przygotowali trasę. Płynąc kajakiem, wystarczy się schylić żeby przepłynąć pod zwałkami. Jeżeli trzeba je opływać, to po lewej lub prawej jest dość miejsca żeby kajak się zmieścił. Kajak tak, ponton nie. Dlatego kilka razy musieliśmy przełazić po drzewach, albo wciskać je nogami pod wodę żeby przepłynąć.

Kładka dla kajaków. Może to tutaj należało zaczynać spływ?


Całkowite zaskoczenie. Pole namiotowe na BP. W sumie, jeśli ktoś zacznie w Kluczach, to dopłynięcie tutaj zajmie mu cały dzień.
Niewielki próg, za kładką dla pieszych.

Most pod ekspresówką. Zaraz za nim, bystrze i zakręt w lewo. Obróciło nam ponton, i pierwszy raz o mało co a byłaby kabina. Trzeba było zrobić postój i wylać wodę z kokpitu.
 Kilkadziesiąt metrów dalej, kolejny most (ten przy wypożyczalni kajaków) a pod nim pale, bystrze i mielizna. Tym razem poszło nam lepiej. Ale moim zdaniem, te dwa bystrza dyskwalifikują trasę jako odcinek "dla matki z dzieckiem".

Kolejny postój z pomostem. Sławków, przy stadionie. Do centrum jest stąd 700m. Po sprawdzeniu czasu okazało się że mamy jeszcze dwie godziny do autobusu więc postanowiliśmy dopłynąć do następnej kładki pod trasą rowerową.
 Jakieś 50-60m za tym co na zdjęciu jest kolejne bystrze. Trzymać się lewej strony.

Skończyliśmy jakiś kilometr niżej. Kiedyś był to most kolejowy, a teraz przerobiono go na wszystkoodporną kładkę dla pieszych i rowerów. Zdjęć z ostatniego odcinka nie mam - co chwilę były zwałki albo nurt zakręcał i po prostu nie było kiedy.

 Spływ zaliczam do bardzo udanych. Pontonem do zrobienia w dwie godziny bez napinki. Kajakiem w jakąś godzinę, może półtorej.





piątek, 24 maja 2019

Szwecja - wycieczka z pływaniem na dziko.

 Tym razem sprawa była poważna. Trzeba było jechać do Westeros* z misją tajną i niebezpieczną. Dlatego szefostwo wybrało dwóch ludzi o twarzach zbójów i sercach aniołów. Nakazano im spakować tobołki, wsiąść do aeroplanu i nie narzekać. Przecież galernicy mają gorzej, a dzieci w Afryce to wogóle głodne chodzą.
 Dojazd nie był zbyt uciążliwy. Vasteras leży w końcu w Szwecji, jakieś 110km na zachód od Sztokholmu. Wylot, tym razem popołudniowy, potem półtorej godziny autem... tak tam na autostradzie bywają ograniczenia do 50km/h i większość się tego trzyma.


Jak widać miasto leży nad wodą. Były podejrzenia że to słona woda, bo wygląda to jak zatoka idąca głęboko w ląd, ale koniec końców rzeki dały radę usunąć sól z akwenów. Taki duży zalew dawał nadzieję że się uda popływać. Na miejsce dotarliśmy o 21.30

Niewielki hotelowy pokój. Czysto i schludnie. Okno oczywiście tylko się uchyla a nie otwiera. Jako klient klasy VIP miałem widok na łącznik nad ulicą, wymienniki ciepła i dach restauracji.

Zupełnym zaskoczeniem był prysznic. Te płytki mają wymiar 20x20cm. Cała 'kabina" mniej niż 70x70. Przy kąpieli zasłonka klei się do pleców, a woda leci na pokój nawet jeśli zamknie się drzwi. Ot taka lokalna ciekawostka.

Pierwszego dnia, polazłem obejrzeć miasto w okolicy hotelu. Wprawdzie nadal było widnawo, bo słońce zaszło dopiero o 23, ale za mało było światła dla aparatu. Zdjęcia są z następnego dnia. Na tym powyżej, zabudowa nad rzeką-kanałem. Po lewej, mieszkali kiedyś bogatsi mieszczanie, po prawej ci nie bogatsi i zwierzęta. Teraz po lewej są sklepy i kilka mieszkań, a po prawej mieszkają bogatsi ;) Zwierząt nie widziałem.


Rzeka przepływa przez bardzo ładny park, z oczkiem wodnym. Ciekawostką jest to, że trawnik jest strzyżony przez automatyczne kosiarki.

Co kilkadziesiąt metrów, jest zestaw ratunkowy. Bosak, koło i drabina. Ściany kanału, mają w niektórych miejscach 4m i są obudowane kamieniem.


Konie wychodzące z kamienia. To jest sztuka - tego nie ogarniesz. Na pewno coś to symbolizuje, niestety zamysł artysty mi umknął. Ale że dałem rade poznać że to sztuka - zdjęcie jest.

Do parku przylega szkoła muzyczna z taką oto rzeźbą. Jak stanąć w odpowiednim miejscu muszla pracuje jako wzmacniacz i efekt akustyczny jest niesamowity. Dobrze że materiał jest matowy, bo gdyby tak samo skupiła słońce byłoby grubo.

 Domek na drzewie. No w końcu wiadomo skąd pochodzi bajka o Pipi**. Tyle że ten domek jest dobre dziesięć metrów nad ziemią.

Port jachtowy. Duże i małe jachty, statki, promy. Pełny zestaw.

Bardzo zgrabny kuter. Warunki nautyczne***, powodują że wszystkie łodzie mają tę samą konstrukcję. Masywne, zwarte, z dużym kilem i ogromnym balastem. Mieczówek ani łodzi dostosowanych do sztrandowania, się tu nie spotyka.

A oto mój cel. Z plaży miejskiej na wyspę. 1500m w linii prostej i woda cieplejsza niż u nas. Niestety już 400-500m od brzegu, zaczyna się tor wodny na który wpływać wpław nie wolno, więc musiałem odpuścić. Tym bardziej że pływają tam całkiem spore jednostki. Jeden ze statków przywoził właśnie norweskie śmieci do spalenia w lokalnej elektrowni.

Zostało zrobić sobie selfi, żeby udowodnić niedowiarkom że nie zaniedbałem prawdziwego celu misji, tylko trudności obiektywne uniemożliwiły jego osiągniecie.

 Potem powrót wzdłuż rzeki i takie o to znalezisko. Całkiem dobry rower. Za tydzień będzie na aukcji. Nic nie puka, nic nie stuka, rusza, skręca i hamuje. Szwed płakał jak sprzedawał.

 I jeszcze rynek. Pomnik ku czci robotników co dojeżdżali do roboty w stalowni.


 Reszta wyjazdu to już tylko praca, więc nie ma się o czym rozpisywać.

------------------------------------------------------------------------------------------
* Tak. Martin tworząc Grę o Tron, pozwolił sobie użyć tego miasta jako wzoru. Zbieżność nazw i układu ulic nie jest przypadkowa.

** Trzech sławnych szwedzkich obywateli: Astrid Lindgren, Pipi Lonstruph i Szwedzki Kucharz z MuppetShow.

*** Niewielkie pływy, kamieniste brzegi i dno, silny prąd.

wtorek, 21 maja 2019

Dziki na Pogorii IV



  Jako że został jeszcze kawałek urlopu, wyskoczyłem na nocleg na Pogorii IV. Jest kilka wysepek, o tej porze ludzi nie ma. Wprawdzie dostęp do wysepek jest ograniczony, ale doszedłem do wniosku, że jak przeobozuję I dokładnie po sobie posprzątam, natura krzywdy mieć nie będzie.
  Najpierw czerwonym autobusem pojechałem na Pogorię III. Jakoś się tak złożyło, że nigdy tam swoim kajakiem nie byłem. PIII to taki ciekawy akwen. Na połowie praktycznie nie ma fal pomimo wiatru, na drugiej części, w tym samym czasie fala potrafi dochodzić do 70cm. Oczywiscie zaczynałem od spokojniejszej strony (plaza miejska), więc ubrałem się na lekko. Po wpłynięciu na fale, zostałem przemoczony od stop do głów. Wypad jednodniowy, więc zapasowych ciuchów niet. Po prostu ubrałem sztormiak na wierzch I pływałem dalej. Duże zaskoczenie na plus, to fakt że sztormiak mimo śmiesznie niskiej ceny, faktycznie jest wodoodporny I oddychający. Dwie godziny później, ciuchy pod spodem były suche.
 Kolejna atrakcja to przenoska. Aktualnie budowany jest tunel pod torami, ale tylko dla rowerów. Niestety ale kanału dla kajaków nie zrobią. A szkoda, po połączenie PIII I PIV dawałoby świetne możliwosci zwiedzania. Niestety budowa zajmuje całe miejsce gdzie jest najbilżej z akwenu na akwen. Więc zamiast 100m przenoski, było ponad pół kilometra.
 Potem obowiązkowo zwiedziłem trzy kanały na PIV. Kto weźmie łopatę I pójdzie ze mną kopać żeby udrożnić piąty kanał?  Na razie nikt się nie zgłaszał, więc chyba sam się za to wezmę.







  Na koniec dnia, ulokowałem się na dużej zachodniej wyspie. Te ze wschodniej strony odpuściłem ze względu na ptactwo - nawet w nocy hałasują. Obozowisko zrobiłem profesjonalne, jak na zdjęciu powyzej.
 No i jak tylko się ściemniło pojawiły się dziki. Lochy, warchlaki i przynajmniej jeden samiec.  Dopiero wtedy do mnie dotarło, że ślady na piasku, to nie pozostałość po czyjej zabawie z psem. To jest miejsce gdzie dziki schodzą do wody.
  Trzeba się było ewakuować - wolałem uniknąć ich myszkowania w namiocie, tudzież innych bliższych kontaktów.
  W następny weekend będzie trzeba zrobić rozpoznanie, na których wysepkach się dziki zwierz rozpanoszył.



czwartek, 2 maja 2019

Sztoła w Bukownie - spływ spacerowy.

 Rzeczka Sztoła łaziła za mną od wielu lat. Kiedyś jeżdżąc do pracy widywałem ją dwa razy dziennie, i wyglądała z mostu nadzwyczaj urokliwie, ale jakoś nigdy nie było okazji żeby nią spłynąć. Kilka lat temu władze Bukowna zdecydowały żeby odcinek płynący przez Bukowno dostosować do spływów spacerowych. Usunięcie zwałek i śmieci z dna, pozwoliło przygotować fajny trzykilometrowy odcinek.
 Dwa tygodnie temu połączonymi siłami MOSIRu Sosnowiec i masy społeczników, wysprzątano całą Sztołę, aż do ujścia w Sosnowcu.
 Szkoda było nie spróbować. :)

 Początek poniżej zalewu, przy którym stoi restauracja Leśny Dwór. Brzeg umocniony - specjalnie dla kajakarzy.


Zdecydowałem się na ponton, bo kajaka trochę jednak szkoda, gdyby się okazało że będą zwałki. Młoda dała radę, mimo że na tej jednostce nie pływała dwa lata.


 Rzeka na tym odcinku ma 2-4 metry szerokości. Głębokość od 20cm do 1,5m. Woda czysta ale bardzo zimna. To taka cecha Sztoły, może być 35 stopni w cieniu, a woda będzie nadal lodowata.

 Następny ładny widok.
 Piaszczyste skarpy - najbardziej rozpoznawalny element tej rzeczki.

 Most dla pieszych. Ponieważ postawiony z pni, bez dokumentacji, projektu i zezwoleń - na obu wejściach są tabliczki "Wejście na własne ryzyko"

 Koniec spływu przez Bukowno. Po prawej łagodne ale bardzo śliskie wyjście na brzeg. Po lewej widać oddalony most, pod nim dwustopniowy próg. Kajakiem do spłynięcia.

 Dopłynęliśmy jakieś 200m za most kolejowy. Czyli jakiś kilometr dalej niż oficjalne miejsce zakończenia. Niestety, dalej było już sporo powalonych drzew i ponton żadną miarą by się nie przecisnął. Gdyby chcieć faktycznie wyczyścić rzekę do ujścia, to myślę że tygodnia pracy by było mało.


Jak się ponton suszył, poszliśmy dalej wzdłuż rzeki. Natrafiliśmy na jakieś ruiny - chyba stary młyn. Wcześniej był próg wodny, ale niedziałający. Rzeka tak bardzo zmieniła swoje koryto, że zarówno próg jak i młyn straciły rację bytu.

Najdalsze miejsce gdzie dotarliśmy (pieszo). Musieliśmy wracać po ponton. Na upartego dałoby się płynąć dalej, ale co 50-100m czekałaby nas przenoska. A koryto rzeki ma prawie prostokątny przekrój i wysiadanie na brzeg jest skomplikowane.


Przez następne kilka kilometrów rzeka wygląda tak. Są ludzie którzy spłynęli to pneumatykiem, ale prawdę mówiąc nie wiem jak.


Kilometr przed ujściem do Przemszy - niewielkie piaszczyste rozlewisko. Idealne miejsce na to żeby zalec i kontemplować uroki natury.