sobota, 27 października 2018

Bułgaria - wycieczka z górami i historią w tle (trochę wody też jest).

 Tym razem szefostwo nie ukrywało. Sprawa jest poważna, więc jedziecie we dwójkę. Miałem wprawdzie niejasne wrażenie że nie do końca ufają mojemu rozsądkowi i umiejętności prowadzenia samochodu, ale we dwójkę raźniej. Macie więc po sto kolumbijskich pesos na łeb, bilet lotniczy i nocleg w najbliższym hotelu w okolicy. Budżet jak u Jamesa Bonda w Casino Royale.
 Pobudka w niedzielę o drugiej trzydzieści. Kawa, taksówka, lotnisko. Wylot o szóstej pięć, do Frankfurtu. Przesiadka i lecimy do Sofii. Około czternastej byliśmy na miejscu. Dla porządku trzeba było popchnąć zegarki o godzinę do przodu (w końcu egzotyczny kraj), wziąć auto z wypożyczalni i w drogę.
 Przejazd przez Sofię, jest intrygujący. Z jednej strony, pokomunistyczne blokowiska w na wpół agonalnym stanie, z drugiej - dużo nowych budynków, dobre drogi i ogólna sympatia otoczenia.
 Droga na Petricz - to jak rajza bez Sosnowiec - czyli droga na zatracenie. Pierwsza połowa, całkiem ok, ale potem wjeżdża się w góry. Droga leci wężykiem, tubylcy lecą stówką, wyprzedzają na trzeciego, zajeżdżają drogę i takie tam atrakcje. Do tego ograniczenia prędkości i masa fotoradarów.
 Do hotelu dotarliśmy chwilę po piątej. Zmęczenie i jet lag zrobiły swoje - spać.
 Poniedziałek rano, pobudka o piątej. Na dworzec ciemno, ale spać się nie chce. Idę na spacer. Hotel ulokowany jest poza miastem. Obok jest szpital, a potem już tylko polna droga.

Na ogrodzeniu tabliczka jak powyżej.  Zrozumiałem tylko tyle że to strefa ochronna. Wdzięczny będę za tłumaczenie tego "leczebno kalonahodiszcze"

 
Błąkając się, dotarłem na stację kolejową w samym środku niczego. Dosłownie niczego. Po drugiej stronie nasypu z peronami są pola, a w pobliskim lasku jedno czy dwa domostwa. Stacji nie ma nawet ma mapach google ;). Ale pociągi się tam zatrzymują.

 Poszedłem trochę w czarną pustkę - mapa pokazywała że w okolicy jest rzeka. Niestety drogi w rzeczywistości nijak nie pasowały do tego co podpowiadał telefon. Zostało więc wrócić do hotelu na śniadanie (serwowali dopiero od ósmej) i jechać do pracy.
 Na kolejne wyjście udało się załapać późnym popołudniem. Znając drogę, szliśmy żwawiej i udało się dojść do rzeki.
 Rzeka typowo górska, płytka, szeroka, dno i brzegi wysypane otoczakami. Szerokość, może trzydzieści metrów, ale po ukształtowaniu brzegu, widać że czasem jest kilka razy szersza.


   Płynie wartko w stronę Grecji, kilka kilometrów dalej jest granica.

   W środę zmienialiśmy lokalizację, z Petricz do Plovdiv przez Sofię. Jest wprawdzie alternatywna droga, przez góry, ale wszyscy ją nam odradzali.

    Ponad osiemdziesiąt kilometrów takiej drogi. O dziwo, bez większych wzniesień. Zrobili ją na płasko, obcinając niektóre góry.

 Przycinanie gór, zostawia niestety takie ostre stoki nad jezdnią.


Na postoju zdjęcie rzeki, tej samej która później dociera do Petricz. Mniej więcej od tego miejsca zaczynają się spływy pontonowe i kajakowe.

 Do Plovdiv dotarliśmy na tyle wcześnie że można było wyjść na miasto pozwiedzać. Wyjście było zupełnie bez pomysłu, bo nie sprawdziliśmy co w mieście jest do oglądania.
 I dlatego było wielkim zaskoczeniem. Z hotelu przez rzekę, a zaraz po drugiej stronie, na górze widać ruiny na szczycie góry. 

  Dojście na górę, przez takie właśnie ładne uliczki.


 Z góry, widok na miasto. Z twierdzy zostały tylko fundamenty, ale planują ją odbudować.


 Schodząc z ruin, weszliśmy coś zjeść. W knajpie łaził oto taki młody kot. Tam wogóle wszędzie są koty. Wypasione, zadbane i bardzo pewne siebie. Jedzenie średnio przypadło mi do gustu. W teorii placek ziemniaczany z serem. Tyle, że zarówno placek jak i ser były lekko kwaskowate, i doprawione szałwią (chyba). Zjadliwe, ale nasz placek po zbójnicku dużo lepszy.



 Schodząc dalej, taki o to zabytkowy słupek. Całe to wzgórze jest zabytkowe. Kamienice pobudowane na fundamentach tysiącletnich budynków...

 Ogromne zaskoczenie. Najstarszy na świecie grecki teatr jest w Bułgarii.


 Najstarsze Bułgarskie gimnazjum


 Wieża kościoła prawosławnego.

 Kolejny zabytek, elegancko wkomponowany w skrzyżowanie na deptaku.


  Mury obronne z czasów Marka Aureliusza.


 Fontanna przed urzędem miejskim.


Śpiewające fontanny. Niestety, czynne były tylko te małe (na pierwszym planie). Fontanna główna, ta w tle która wygląda jak basen miejski, jest uruchamiana tylko od święta.



 I jeszcze taka ciekawostka, kładka dla pieszych, obudowana sklepami po obu stronach.

  Centrum miasta, jest spokojne i bezpieczne. Nawet po zmroku ludzie chodzą, dzieciaki biegają, sklepy są czynne.
   Ciekawostka : jest to najdłużej, w sposób ciągły zamieszkane miasto w Europie. Ponad dwa tysiące lat. Historia jest tu widoczna na każdym kroku. Masa pomników, monumentów, zabytkowych budowli. Mają bardzo dobre podejście do przeszłości- starają się ją zachować jej ślady jak tylko się da. Stąd, górujący nad miastem pomnik Żołnierza Radzieckiego, nie został wyburzony po upadku komunizmu. Zresztą, dla miasta które ma tysiąclecia spisanej historii, komunizm był zaledwie krótkim epizodem. Nie gorszym niż najazdy Gotów czy innych barbarzyńców.

 Wyjazd choć ciężki, bardzo udany.

 Podpowiedzi dla jadących tam:
- Napisy są z reguły w dwóch alfabetach. W miastach są również angielskie tłmaczenia.
- Fonetycznie język nie jest podobny do naszego, ale jeśli ktoś zna cyrylicę, większość napisów odczyta i zrozumie.
- Waluta to lewy, jeden lew kosztuje ok 2pln. Po przeliczeniu, ceny podobne, ale nieco niższe niż u nas.
- Na zwiedzanie Plovdiv trzeba zarezerwować ze trzy dni, żeby zobaczyć wszystko.
- Zwiedzanie Petricz, nie ma większego sensu. Małe miasteczko, ładne, ale bez ciekawych rzeczy.
- Północna część miasta, to niestety blokowiska i strefy przemysłowe, nic ciekawego.
- Góry w paśmie południowym nie za bardzo wyglądają na turystyczne. Strome, kamieniste, dużo osypisk. Na północy jest znacznie lepiej. Są to w większości góry wysokie, pasma powyżej 2,5km.
- Pogoda ja na październik, bardzo dobra. Nad ranem +2, ale już o dziesiątej +22.
- Kraj jest jeszcze bardzo kontrastowy. Z jednej strony historyczny wygląd, jak u naz w Krakowie bądź Toruniu, z drugiej, dużo agencji towarzyskich i kasyn. Przy czym są to przybytki na wizualnym poziomie naszych lat 90.
- Hotele tanie, ale z niskim standardem. Standard taki jak u nas jest w hotelu 2,5/3* jest tam dostępny dopiero w 4* hotelu.


sobota, 6 października 2018

Mam nowy namiot :) - Vango Nevis 200


 Namiot rzecz poważna, lepiej go na wyprawie mieć niż nie mieć. Jest wprawdzie spora grupa miłośników tarpów i trudno przecenić ich zalety, ale nie lubię bliskiego obcowania z robactwem. Zwłaszcza z komarami. Używałem różnych namiotów, ostatnio Colemana Darwina 3. Nie mogę na niego narzekać. Dwie osoby, plus bagaż mieszczą się bardzo dobrze. Nawet kajak może być w środku.
 Nowy namiot nie był koniecznością, ale skoro była okazja by zyskać takowy całkiem za darmo ( i legalnie), to szkoda było nie wziąć.
 Z małych namiotów do wyboru był tylko Nevis 200.

 O samym namiocie. Produkowany w Anglii przez Vango. Jest to, jeden z większych tamtejszych producentów, na rynek 'cywilny'. Robi sprzęt na rodzinne wycieczki, trekkingi, ale ma w swojej ofercie trochę sprzętu w wyższe góry lub ultralekkie podróże.
 Namiot waży 2kg. Po odjęciu worka, zestawu naprawczego i dwóch śledzi - 1.8kg. Szczerze mówiąc nie widzę powodu żeby go odchudzać. Układ pomieszczeń wygląda tak:

Sypialnia ma 120 cm na środku, i około 70 cm na końcach. Wysokość na końcach to jakieś 50-60cm. Wodoodporność tropiku 3000mm, podłogi 5000mm. Wprawdzie producenci się ścigają, i produkują namioty które wytrzymują 10 czy 15 tysięcy mm słupa wody, ale prawdę mówiąc - po co? Na Mazurach spędziłem dwa dni ciężkiej ulewy, w namiocie z marketu z odpornością 2000 czy 2500mm. Pozostał suchy, choć kałuże na polu namiotowym miały już po kilka cm głębokości. Niski indeks wodoodporności ma tylko tę wadę, dla mnie, że co rok-dwa trzeba namiot impregnować.

Tutaj moja video recenzja, czy też raczej ogląd namiotu.





Oczywiście kręcąc film się pomyliłem, i podałem szerokość 145 a to jest szerokość wersji jednoosobowej.

Rozstawianie namiotu jest mega proste i zajmuje dwie trzy minuty, jeśli tylko zachowa się kolejność. 
- Najpierw centralny pałąk
- Potem przyłapać jeden koniec namiotu po bokach,
- Ustawić pałąk do pionu
- Przyłapać drugi koniec i zamontować tam krótki maszt,
- Wsadzić maszt z 'pierwszej' strony.
Sypialnia jest spięta z tropikiem, nie moknie przy rozkładaniu w razie deszczu. Z kolei przy składaniu w ulewie, można ją najpierw zdemontować i schować, potem spakować resztę bagaży, a na koniec zwinąć tropik i dać do siatkowanego worka żeby sechł przez cały dzień. 



W środku jest dość miejsca na jedną osobę i bagaż. Dwóch osób nie potrafię sobie tam wyobrazić. Chyba, że to ma być przetrwanie a nie nocny odpoczynek.


 Jak widać powyżej, spakowany Solar mieści się obok śpiącego :). Nie jest to jednak rozwiązanie optymalne, trzeba będzie pomyśleć nad innym ułożeniem kajaka. Tak żeby był węższy a dłuższy.



Miejsca na głowę, i nad nią, jest dość. Nie ma klaustrofobicznego efektu, ani zaduchu. Jak widać człowiek w śpiworze, wypełnia miejsce dość ściśle. Białe kropeczki na zdjęciu to kropelki kondensacji. W wyższych temperaturach powinno być lepiej, ale to zdjęcie było robione przy +5 stopniach.


Tropik jest oddalony od sypialni od 8 (szczyt) do 15cm (boki), jest to dość dużo żeby zapewnić swobodny przepływ powietrza. Otwory wentylacyjne na obu końcach. Niestety nie ma górnych otworów pod okapami nad drzwiami - nie wiem czemu, bo to idealne miejsce.


Po jednej ze stron namiotu jest przedsionek. Można tam zostawić buty, albo bardzo mały plecak. 30 może 40 litrów, nie większy. Główną zaletą przedsionka, jest to że w deszczu nie leje się do sypialni przy wychodzeniu.

 Kondensacja - w tym typie namiotu nie do uniknięcia. Dużo wody się zbiera na ściankach. Większość z niej spływa na boki, trochę trafia na sypialnie. Sypialnia jest na szczęście hydrofobowa, i nie przemaka. Jednak, co bardzo istotne, pomimo kondensacji w namiocie nie jest duszno, wentylacja jest bardzo dobra.

Duże zaskoczenie, pod okapami drzwi, nie ma otworów wentylacyjnych :( . Szkoda bo to idealne miejsce, a może zmniejszyłoby kondensacje.


 Ilość wody po dwóch noclegach, przy raczej chłodnej nocy.

 Schnięcie - słaba strona, taki urok nowoczesnych tkanin. Przy październikowej pogodzie, dosechł dopiero koło 10 rano. Dlatego lepiej pakować tropik osobno.


  Można rozstawić sam tropik, bez sypialni. Wtedy do noszenia jest tylko kilogram, ale za to komary nawiązują bliższą znajomość. Przy wyprawach, można rozstawić tropik w przerwie obiadowej - osłoni od słońca, a przy otwartych po obu stronach drzwiach, będzie dobry przewiew.


 Sypialnie można narzucić na wierzch, żeby też podeschła. Co jest fajne - łatwo ją wywrócić na lewą stronę  i dokładnie wysuszyć.

 Cena - w Polsce ok 500pln i naprawdę nie potrafię powiedzieć czy warto go brać. Po najbardziej gruntownych przemyśleniach:
- Dla samotnego piechura - nie. Lepszy będzie model Vango 100 - jest ciaśniej, ale masa niższa o 0,4kg na plecach to dużo.
- Dla dwóch piechurów - jeśli się kochają... a plecaki będą zostawiać w workach poza namiotem, to jakoś to będzie.
- Na zimę - absolutnie nie. Nawet nie chodzi o brak fartuchów. Po prostu na dachu namiotu będzie się zbierał śnieg.
- Dla samotnego rowerzysty - moim zdaniem ok. I rowerzysta i sakwy bez rozpakowywania, zmieszczą się bez problemu.
- Kajakarze - myślę że tak. Czy ze sztywnym kajakiem, który zostaje na zewnątrz, czy z pneumatykiem chowanym do środka - będzie ok.
- Dzieci - sztuk dwie - jak najbardziej ok. Jeśli się tylko nie pozabijają kto ma władać przedsionkiem.





czwartek, 13 września 2018

Francja - Lyon - wycieczka z pływaniem na dziko.


 Tym razem za podróżą nie kryła się szefowa, która zleciła poprzedni, walentynkowy wyjazd, do miasta z lwem w herbie. Ot rutynowa robota. Weźmiesz sto kolumbijskich pesos, i tak jak ostatnio podszyjesz się pod sprzedawce tanich rurek do nurkowania. Zlokalizujesz i zrobisz co trzeba, a potem znikniesz
jak sen jaki złoty.
Fajnie by było.
 W rzeczywistości, wyjazd to przelot najtańszym lotem, i dwa dni mozolnej pracy nad papierami. Do tego budżetowy hotel B&B. Ale, korzystając z okazji że dni ciepłe, a do jezior z hotelu niedaleko, były duże szanse że uda się popływać.

Pobudka o chorej godzinie. Trzecia zero zero. Taksówka i dosypianie w samolocie. Hotel. Ogarnięcie, spakowanie i heja w drogę .

Tym razem wybrałem trasę wzdłuż zachodniego brzegu. Z założeniem że dojdę do plaży.




Po drodze minąłem wypożyczalnie kajaków, niestety nieczynną.



Koniec końców, krętymi ścieżkami dotarłem kolo pierwszej na planowane miejsce. Plaża, poniżej i na prawo od wypożyczalni żaglówek. W sezonie jest tutaj kąpielisko.


Hyc do wody. Cieplutko, czysta, płytka. Dno kamieniste. Popływałem, w te i nazad.

Trochę wody, słońca i od razu człowiek szczęśliwy.


W niektórych miejscach jest tak płytko, że można stanąć i nakręcić film.



 Większość płycizn jest oznaczona żółtymi bojami.


Po drugiej stronie, ładna, ale niestety kamienista plaża.


Na jeziorze jest sporo wysp. Wszystkie z kamienista plaża. Dużo zieleni i nieagresywnych łabędzi.


Na zachodnim brzegu klub sportowy z kajakami i małymi żaglowkami. Wypożyczalni brak, uciechy tylko dla członków klubu.

Ponad półtorej godziny luźnego pływania w pięknych okolicznościach przyrody.



Potem pieszo przez parki i stawy, droga dookoła wschodniego brzegu.



Na moście człowiek spytał mnie o drogę. Ja nie znam francuskiego, on angielskiego, ale dogadaliśmy się na tyle że zrobiłem zdjęcie wehikułu i dowiedziałem się że podróżuje do jakiegoś innego Kraju.
Lepsze to niż traktor, co nie ;)

Późnym popołudniem, zrobiłem jeszcze zakup w postaci soku, i polazłem do hotelu spać.


Drugiego dnia, udało się jeszcze popływać po osiemnastej. Tym razem na La Grande Large. I tu o mało nie zostałem rozjechany przez kajak. Model sportowy, w którym siedzi się tyłem i zasuwa. Przepłynęły między mną a bojką. Hol do bojki ma 2,5m długości, wiec to było naprawdę o pici włos. Jeszcze przed wiosłem pod wodę uciekałem ;) Chłopak był bardziej przestraszony niż ja zdziwiony.


Jeszcze kilka smaczków dotyczących budowli hydrotechnicznych, falochron z kaloryfera.

Fotka na do widzenia i do hotelu. Potem już tylko praca.

Wpis udało mi się zrobić jeszcze na lotnisku w Lyon, ale zdjęć nie dałem rady z telefonu wrzucić .


Przy okazji, we Francji potrafią całkiem elegancko zareklamować dziurę w dupie. ;)

sobota, 8 września 2018

Anglia - wycieczka z wodą w tle*


  Wyjazd był rutynowy. Mniej więcej jak ostatni lot Concorda. Mając doświadczenie z wizyty w Rumunii, nie przykładałem się zbytnie od planowania. Przelot i hotele. Resztę się jakoś ogarnie na miejscu. Wypożyczenie auta odpadało - nie wyobrażałem sobie jazdy po niewłaściwej stronie.
  Przy okazji, po cichu liczyłem, że skoro w UK nie ma ograniczeń co do pływania, a wydawnictwo wildswimm powstało właśnie tam, to na pewno uda się zamoczyć cztery litery, a może nawet i kawałek przepłynąć.
  W Luton byliśmy około 8.30. Pierwszy problem pojawił się z autobusem. Okazało się że nie akceptują ani kart płatniczych, ani Euro. Tylko i wyłącznie funty. Znalezienie właściwego autobusu i normalnego bankomatu, spowodowało że wyruszyliśmy dopiero koło 10. Niecałą godzinę później byliśmy w Hitchin, a stamtąd już pociągiem do Sandy.

Tak wygląda domek w Hitchin. Cegła+dachówka są dobre na wszystko.



Dworzec w tejże samej miejscowości. Technologia budowlana ta sama.




  Taka ciekawostka odnośnie pociągów. Bilet kupuje się na dworcu, i odbija na bramce przed wejściem na peron. Dzięki temu na peronie nie ma osób postronnych. Bez szans na romantyczną pogoń za pociągiem...
Bilet trzeba zachować, bo trzeba go również odbić wychodząc z dworca docelowego. Inaczej wyjść się nie da.
 Druga ciekawostka - trzeba zwracać uwagę na komunikaty w pociągu. Czasem pociąg jest dłuższy niż peron, i drzwi w kilku ostatnich wagonach, mogą się na stacji nie otwierać.
 Łatwo wtedy przejechać stację. Jeśli się to zrobi, i wysiądzie przystanek dalej, trzeba od razu powiadomić pracownika stacji, a nie próbować się z niej wydostać.
 Z dworca w Sandy mieliśmy do hotelu jedną milę, wiec wiadomo spacer - byłem ciekaw jak wygląda ta miejscowość.
 Cóż, wygląda tak samo jak wszystkie inne. Ceglane prostokątne domy, skośne dachy, kryte szarą dachówką i ... i tyle. Serio. W każdym mieście, wiosce, gdziekolwiek byśmy byli 99,9% domów wygląda tak. Pozostały ułamek procenta to pruski mur z bielonymi ścianami.
 Prawie pod samym hotelem zonk - nie ma się jak do niego dostać. Kończy się wioska, zaraz obok niej biegnie autostrada, a hotel jest za autostradą. Przynajmniej zakładam że to autostrada - choć ma wbudowane rondo więc pewności nie mam.
 Przebiegnięcie górą, nie wchodziło w grę. Pół godziny zajęło nam znalezienie przejścia pod autostradą. Most nad lokalną rzeką chwilowo wyschniętą.
 Pierwsze pytanie jakie zadaliśmy na recepcji - jak tu ludzie przychodzą?
 - Przebiegają górą.
W hotelu który ział pustkami nie dało się zalogować wcześniej. Check-in o 14.00 nie wcześniej. Zostawiliśmy bagaże, i tą samą drogą poszliśmy zwiedzać wioskę.
 Monotonia, monotonia i monotonia raz jeszcze. Ceglane domki wszędzie.
 Jedyny w miarę atrakcyjny teren, to miejscowy rezerwat. Lasek, kilometr na półtora, jedyny w okolicy kilkudziesięciu mil. Anglia jest tak ściśle zapełniona, że brakło im miejsca na większe lasy. Wiec nawet taka popierdółka jest lokalną atrakcją.



 Po zwiedzeniu parku, koło 16.00 wróciliśmy do hotelu. Ogarnęliśmy się w pokojach. Ku mojemu zdziwieniu, standard hotelu był skromny.

 Trzy gwiazdki. W łazience pofałdowany gumolit na podłodze, wszechobecna korozja, meble z niczym nie zabezpieczonej płyty meblowej.



 Po ogarnięciu poszedłem szukać szczęścia nad wodą. W końcu do rzeki niedaleko. Niestety, rzeka okazała się być bardzo podobna do kanału Szczakowskiego - płytka i z dużą ilością roślin. Do tego błotnisty brzeg, na którym tataraki walczą z jeżynami.


 Jako wisienka na torcie - rzeka jest ogrodzona siatką, i jest tam rezerwat wydry. Można wchodzić, ale należy się trzymać ścieżek.

  Plan B. Z mapy wynika, że dwa kilometry z prądem zaczynają się stawy z kąpieliskiem. Prowadzi tam ścieżka wzdłuż rzeki. Prowadziła kilka lat temu. Nikt jej nie używał i zarosła jeżynami. Po stu, może stu kilku metrach się poddałem. Do nocy bym nie dotarł do tych jeziorek.
 Wróciłem do hotelu, i na chwilę się położyłem. Wieczorem mieliśmy jeszcze iść coś zjeść na wiosce. Obudziłem się o trzeciej rano, przykryty tylko poduszką. Bardzo epickie urwanie filmu, bez grama alkoholu.
 Następny dzień to sprawy zawodowe, skończyliśmy dość późno, tak że dopiero o 18.00 byłem w hotelu w Cambridge.
 Niewielką nadzieję dawał fakt, że dwadzieścia minut spacerem od hotelu są trzy spore jeziorka.

  Po drodze odkryłem że domy w C. są w tym samym stylu co w Sandy, Luton i March. To się nazywa standaryzacja.



Niestety, jak się okazało, wszystkie jeziorka są prywatne i ogrodzone siatką. Obszedłem ile mogłem, ale miejsca do pływania nie znalazłem aż do dwudziestej, czyli w praktyce do zmroku.

 Środa. Od rana sprawy zawodowe. Wprawdzie zakończone szybciej niż się spodziewałem, ale o wymeldować się z hotelu, musiałem przed pracą i nie miałbym gdzie zostawić walizki idąc pływać.


Za to obejrzałem Cambridge w centrum, gdzie ponownie wita jednostajna architektura.




  W drodze powrotnej, pozwiedzałem sobie Hitchin. Mają mały ładny park, z rzeczką i kaczkami i choć trochę inną architekturę.

Potem już tylko autobus do Luton. Autobus, jedzie autostradą (albo ekspresówką), i ma na niej przystanki.
 Ten miał nawet konkretniejszy przystanek, bo się wziął i popsuł. Tutaj trzeba oddać angolom sprawiedliwość, zamiennik, podjechał po 20 minutach i szczęśliwie dotarłem na lotnisko.
  
 W Luton, jechaliśmy przez tak monotonne dzielnice, że żałość brała. Identyczne domy, po pięćdziesiąt w rzędzie. Kolejne rzędy różniące się tylko odcieniem cegły. Pewnie kuzyn brata królowej, ma fabrykę cegieł.

 Myślę że po tygodniu mieszkania tam, zacząłbym pić. Nie przypuszczałem że monotonia w architekturze jest taka męcząca.

 Na koniec dowcip opowiedziany przez taksówkarza. Pewnie nie oddam go dokładnie, bo mój angielski zostawia sporo do życzenia, ale spróbuję.

 Czasy Imperium Rzymskiego, które dotarło aż do wysp brytyjskich. Nie dali rady zająć całych, więc zajęli kawałek wybrzeża i ogrodzili to murem. W murze, zrobili bramy, żeby chłopi mogli przechodzić, a jednocześnie by zagrodzić drogę wojsku.
 Na bramie, stoi dwóch strażników,  stary i młody. Młody prawie sika po nogach, bo tyle co przyjechał z Rzymu i Brytole mu się jawią jakio dzikusy. Stary strażnik, na pełnym chilloucie.
 Nadchodzi grupa tublyców. Gnomo-trole. Wąsate i brodate. W łapach ogromne topory, wzrok dziki, suknia ich plugawa (jak u naszego wieszcza)
 Krzyczą "Śmierć Rzymianom". "Poszli won", ale przez bramę przechodzą w miarę spokojnie.
 Młody strażnik oddycha z ulgą.
 - No myślałem że będą większe problemu.
 - Mówiłem ci że będą spokojni. Problemów spodziewam się za jakieś dwie godziny.
 - A co się wtedy stanie?
 - Ich mężowie wyjdą z pubów.

 W przyszłym tygodniu Francja - może tam będzie lepiej.

--------------------------------------------------------------------------------
* Z wodą w tle, bo angielska architektura, to mokry sen każdego miejskiego architekta który lubi ład, harmonie i monotonię.