poniedziałek, 11 czerwca 2018

Peronin - koktajl protonowo-energetyczny.


 Do tej pory hołdowałem zasadzie normalnego jedzenia w trakcie wysiłku. Preferowałem, niemalże idealną kaszkę owsianą, która kosztuje pojedyncze monety, a zawiera w sobie wszystko co przy wysiłku potrzebne. Owsianka była uzupełniona batonikami. Najczęściej z owsianki, bakalii i miodu. Czasem przy dłuższym wysiłku, dorzucałem do menu kabanosy. Kabanos to też skondensowana moc, a przy tym jak smakuje :)

 Zarówno długie pływanie na wodzie otwartej (w końcu o tym jest blog), wielogodzinne maratony pływackie, jak i spływy kajakowe opierałem na świętej trójcy: owsianka, bakalie, kabanosy. Jednak nadszedł czas gdy wąż w kieszeni pilnujący portfela trochę osłabł, ciekawość zaczęła brać górę, no i doszedł jeszcze jeden ciekawy czynnik.

 Czytaliście kiedyś opisy wypraw w niedostępne rejony albo w kosmos? Co się bardzo rzuca w oczy, bohaterowie nie wydalają. Serio. O ile opisy posiłków są dość rozbudowane, precyzyjnie określa się ich smak i wysoką jakość, o tyle potem ulega to w organizmach śmiałków cudownej anihilacji i nie trzeba chodzić do toalety*.
 To jest właśnie cecha koktajlu Peronin. Niewiele jest do wydalania...

 No to teraz po kolei.
 Napój jest dostępny w opakowaniach 100gram, (worek), oraz 700 gram (puszka). Mniejsza porcja jest jednorazowa. Wlać trochę wody, rozpaćkać na maź, uzupełnić do pełnej objętości. Ten proces jest o tyle istotny, że jak się wleje całość wody od razu to ciężko rozetrzeć gródki.
  Żeby ocenić jakiego kopa daje ta substancja, przeprowadziłem test. Zjadłem liche śniadanie przed siódmą, i pojechałem nad wodę. Od dziewiątej do jedenastej wiosłowałem, aż w końcu poczułem pierwszą ścianę. Moment takiego nagle przychodzącego osłabienia w rękach. To sygnał, że organizm zużył to co miał dostępne na bieżąco**.
 
                                  
Przygotowanie posiłku zajęło kilka minut. Zrobiłem go trochę za gęsty, był przez to bardziej budyniowy niż kakaowy. Oczywiście wodę brałem z jeziora. Zjadłem i...
I na początku nic. Producent deklaruje wchłanianie w sześć minut! Realnie upłynęło prawie dwadzieścia, zanim się pojawił efekt. Do rąk wróciła siła, zniknęły mimowolne przykurcze tricepsów.
Pojawiło się uczucie sytości, ale bez ociężałości. Tak jakby organizm rozmyślił się z jedzenia. Wróciłem do wiosłowania. Nie było jakieś euforii, ale była siła. Siła na prawie cztery godziny machania wiosłem. Wprawdzie już pod koniec trzeciej godziny, żołądek trochę burczał, ale nie pojawiał się głód jako taki. Nie wiem, czy organizm faktycznie dostał co powinien, czy został jakoś oszukany, ale to działa.
 Kalorycznie, jest to odpowiednik tabliczki czekolady, więc całkiem sporo. Ale po zjedzeniu tabliczki słodkiego, można iść spać od wyrzutu insuliny, a tutaj senność się nie pojawiła.
 Pływanie skończyłem o piętnastej i miałem jeszcze dość sił na powrót do domu. Głód zacząłem odczuwać dopiero koło siedemnastej, więc prawie po ośmiu godzinach.

 Sumarycznie:
Na plus:
- Uważam że działa i może z powodzeniem zastąpić jeden z posiłków w ciągu dnia.
- Smak jest przyzwoity, ale na trzy posiłki dziennie nie dałbym rady tego spożywać
- Nie zamula, nie powoduje ospałości ani ociężałości.
- Opakowanie jest w miarę ok - solidne, i bez nadmiaru powietrza wewnątrz.
- Z chodzeniem do WC faktycznie prawda. Nie ma potrzeby :)

Na minus:
- W opakowaniu ciężko to rozpuścić, grudki kryją się w zakamarkach
- Przydałaby się miarka w środku opakowania, dokąd nalewać wody
- Tylko dwa smaki. Kakao i pomarańcza. Przydałoby się więcej.

Cena.
 Regularna to 21zł/porcja, ale w tuttu.pl*** dostałem rabat i wyszło po 19pln. Jak na regularne posiłki na spływie - drogo, a nawet bardzo drogo. W tej cenie można przejeść cały dzień. Ale, warto mieć ze sobą ze dwie paczki, na jakieś sytuacje awaryjne albo na czyste lenistwo. Dobry jako drugi posiłek w ciągu dnia.


------------------------

* W praktyce wygląda to dramatycznie. Toaleta to foliowy worek ze zintegrowaną rękawiczką, oraz środkiem chemicznym który ma zneutralizować odchody i chusteczką nawilżaną. Worek trzeba przykleić do tyłka, zrobić swoje, wsadzić łapę w rękawiczkę i wyczyścić tyłek. Odkleić od żopy, zamknąć opakowanie i wyrzucić w kosmos. A teraz ,wyobraź to sobie że robisz to w pomieszczeniu wielkości dużej szafy w której poza tobą są dwie osoby. Tak to mniej więcej wyglądało w Apollo 11.

** Tak sobie to interpretuje na podstawie doświadczenia. Lekarzem nie jestem.

*** Tuttu nie jest moim sponsorem. A mogliby, bo kupuję u nich sprzęt turystyczny od ponad dwudziestu lat.


sobota, 5 maja 2018

Spływk kajakowy - górna Wisła - wszystko poszło nie tak.

Najbardziej zmarnowany długi weekend jaki mi się trafił. Dokładnie zaplanowany i spaprany w 90%.

Początek jest taki. W tym roku majówka była na wypasie. Wystarczyło dobrać trzy dni urlopu by mieć dziewięć dni wolnego cięgiem. Firma poszła na rękę, prawie wszyscy dostali te dni, zakład zamknięty. To uspokaja myśli, bo po długiej przerwie skrzynka będzie mniej zawalona mailami. Luz.
Planowanie trwało od początku maja. Miało to wyglądać tak:
- W sobotę, dwudziestego ósmego, biorę młodszą córkę i jedziemy na Wisłę do Niepołomic - tam ostatnio skończyliśmy spływ z Krakowa, więc robimy kontynuację.
- Drugiego dopływamy do Sandomierza. Żona przyjeżdża ze starszą córką, zabiera młodszą i płyniemy aż do Dęblina.
- W następną sobotę wieczorem, albo w niedzielę rano - wracamy pociągiem.
Komunikacja sprawdzona, połączenia są, czasu aż nadto - jest pięknie.

Bomba w czwartek wieczór. Żona jednak nie da rady jechać do Sandomierza drugiego maja. Zgryz i plan awaryjny.
- W poniedziałek rano z Oświęcimia.
- We wtorek koło południa, żona podmienia dzieciaki w Krakowie, i ze starszą płynę do Sandomierza.

Poniedziałek rano - bombs gone.

Do Oświęcimia docieramy 9.20, później niż w zeszłym roku, bo zlikwidowano pociąg, który przyjeżdżał o 7.00. I od tego momentu planowanie się sypie. Sklep który był po drodze z dworca, najbliżej Soły jest zamknięty. Dylam do Kauflanda po chleb i wodę. Młoda jeszcze nie była na wielodniowych spływach więc trochę nie ogarnia. Wszystko trwaaaa. Wypływamy o 11.10.
W Sole wody na pici włos. Gdzie do karwy nędzy jest wodowskaz który na pogodynce pokazywał 225cm? Wody jest dosłownie po kostki. Zamiast płynąć, prowadzimy kajak na linie. Przenoska na pierwszym progu. 17kg kajaka, plus 10 kg sprzętu biwakowego. Torbę z wodą i jedzeniem młoda dała radę przenieść.
Po przenosce i dzięki silnemu słońcu, już czuję że się odwadniam. Zapasy wody kurczą się jak ... no w każdym razie szybko.
Odbiję sobie na śluzach - niska woda, będą otwarte.
Taki uj.
Dwory nie prześluzują jednego kajaka. Więc robimy myk i przenosimy się na starorzecze - w tym miejscu jest bliżej przenieść na starorzecze niż za śluzę. Do pokonania jest może 40m, ale znowu na dwie raty. No i pod górkę, bo wały przed śluzą mają dobre dziesięć metrów wysokości.
Starorzecze...nie płynie. W zeszłym roku woda niosła 5-6km/h sama z siebie. Teraz, robi może 1km/h. Wiosła i cała naprzód. Pot się leje po żopie, woda schodzi z baniaków za szybko. Z reguły pływam ze starszą córką, która też wiosłuje i też nosi. Młoda jest do wiosła za niska. No a swoje waży, więc kajak się robi mułowaty. Albo ja za stary.
Druga śluza. Sytuacja się potarza, więc zaliczam sztafetę 2x200m z pokonywaniem wałów i drogi ekspresowej. Przy okazji serdeczne dzięki dla kierowców - żaden z was nawet nie zwolnił żeby nas puścić.
Znowu wiosła. Grzbiet boli, barki bolą. Daje się we znaki prawie rok braku treningów pływackich. O dziwo, kontuzjowany bark sprawuje się dobrze - boli nie bardziej niż ten zdrowy.
Wisła robi się stopniowo coraz szersza i całkiem przestaje płynąć.
Mieliśmy dopłynąć na do połowy kanału Łączany, na 42km rzeki. Tam mamy umówione pole namiotowe z prysznicem i dostępem do kuchni.
Żopa. O 18.30 po 7,5h wiosłowania i noszenia, jesteśmy pod nieczynnym mostem kolejowym, na 30km Wisły. Nie mam siły wiosłować dalej. Słońce jest nisko, a pływanie nocą odpada, głównie ze względu na wędkarzy. Nocujemy kilkaset metrów poniżej mostu na wędkarskiej miejscówce. Ze względu na niski stan, brzeg śmierdzi mułem. A komary mają karnawał w Rio.
Na kolację owsianka, rozbicie namiotu, schowanie kajaka i spać. Jakby kto prąd wyłączył.
Wtorek rano. Pobudka o 5.30. To znaczy wstaję ja, młoda śpi jak zabita. Dmucham kajak, pakuje rzeczy, robię śniadanie. Młoda wstaje o 8, ogarnia się i sporo pomaga. 9.30 jesteśmy, na wodzie. Woda STOI, serio, jedząc śniadanie, patrzałem jak kawałek styropianu, przez 5 minut nie rusza się ze swojego miejsca na środku nurtu.
Wiosła i heja. 12km Wisły. 14km kanału. Pot się leje tak że siedzę w mokrym. Śluza. Nawet chcą prześluzować, ale nie mają wysokiej wody, więc stracilibyśmy godzinę. Czyli przenoska. Dzwonie do żony żeby nie przyjeżdżała, siadają mi mięśnie i nie będę miał siły, żeby zapakować starszą i przepłynąć wieczorem 20km przez Kraków do śluzy Przewóz.
Rozważałem myśl żeby przenocować w Krakowie, i ze starszą płynąć następnego dnia rano. Znaleźć nocleg w historycznym mieście, w środku majówki....
Następne 3km kanału, potem 5 km rzeki.
Dopływamy do klasztoru. Uzupełniamy płyny, bo woda się skończyła na ostatniej przenosce. Potem już w miarę łatwo dopływamy do śluzy Kościuszko. Tym bardziej że nurt przyśpieszył do jakichś 2km/h i pomaga. Na Kościuszce w końcu be przenoski. Tu jest ruch i obsługa nie robi problemu. Komora ma 120m długości, jakieś 12 szerokości, 3,6m spadku. Ponad pięć tysięcy ton wody. Komora opróżnia się w jakieś 3-4 minuty. Robi wrażenie.
Potem już tylko na zasadzie - trzy machnięcia - odpoczynek i o 18 docieramy do centrum Krakowa.
45km w 9 godzin. Z tego nurt 'zrobił' za mnie może 8-9km.
Pakowanie, taksówka i na dworzec. Czuje że poza barkami odgniotłem sobie któryś krąg i boli jak skurczysyn.
Do domu docieramy o 22.
Środę leżę i wcieram maści wszędzie gdzie się da i nie da. Ale normalnie zaczynam się ruszać dopiero w czwartek rano.

Czemu się nie udało?
- Za mało znam tę rzekę i założyłem że woda będzie niewiele wolniejsza niż ostatnio. Ostatnio był stan ostrzegawczy i sam nurt, dawał 5km/h bez wiosłowania.

- Nie miałem żadnego zapasu czasu na nieprzewidziane okoliczności. Mogliśmy ruszyć bez problemu w niedzielę po południu, zrobić odcinek choćby do drugiej śluzy, drugiego dnia przeskoczyć na agroturystykę na Łączanach, i trzeciego dnia dopłynąć pod Wawel. wtedy bylibyśmy na miejscu w południe i byłoby dość czasu na dopłynięcie do ostatniej śluzy za Krakowem.


- Nie wziąłem poprawki na niewiosłującego pasażera. Duża nie jest, ale razem z bagażem, to kilkadziesiąt kilo więcej. Kajak siedzi głębiej i zupełnie inaczej się rozpędza.

Zdjęć nie ma żadnych. Pomimo tego że aparat był pod ręką, byłem zbyt zajęty wiosłowaniem.

Przy okazji stwierdziłem że trzeba ograniczyć jednak objętość bagażu, bo przy dwóch osobach ciasno. Maty samopompujące, będę wymieniał na materacyki, jeden sobie już kupiłem. Więc jeśli by ktoś reflektował na dwie sprawne samopompy w dobrej cenie - priv.

środa, 11 kwietnia 2018

Spływ kajakowy - Dunaj


 Trafiła się okazja podróży aż na koniec Słowacji. Praktycznie do samej granicy z Węgrami. Mapa podpowiedziała że granica leży na rzece Dunaj.
 Nie można było przepuścić takiej okazji, kajak był dziejową koniecznością. Na szczęście da się go złożyć, więc bez problemu zmieścił się w bagażniku. Zaplanowaliśmy wczesny wyjazd, tak żeby jak najwcześniej być na miejscu. I jak najwięcej zobaczyć na miejscu.
 Oczywiście plany to jedno, a życie jak zwykle swoje.
 Dojechaliśmy do mostu nad odnogą rzeki o 15.40. Przy okazji odkryliśmy że zaraz obok jest ośrodek dla uchodźców. W sumie niegłupie rozwiązanie. Ten most jest jedynym mostem w promieniu 20km, a rzeka ma tak trudny nurt, że przepłynięcie w poprzek - wpłat, jest bardzo ryzykowne.
 Przy wypakowywaniu klamotów, okazało się że przy zamykaniu klapy uszkodziłem wiosło. Jedna z rurek była zgnieciona. Chwila nerwów, ale na szczęście udało się je złożyć przy użyciu siły.
 Mając wszystko przygotowane, ruszyłem nad wodę.
 I od razu - ogromne zdziwienie. Rzeka płynie w przeciwną stronę do planowanej. Ze wschodu na zachód. Zdębiałem. Sprawdzałem przecież trzy razy. Telefon, wikipedia i.... i jednak wszystko jest ok. Po prostu silny wiatr powoduje że fale poruszają się przeciwnie do nurtu.



Planowane miejsce się nie sprawdziło, błoto, gałęzie i komary.  Trzeba było się przejść jednak do rzeki, czyli pod kolejny most.

Na szczęście w drugim miejscu, zejście do wody było eleganckie - schodki, wodowskaz, krótko mówiąc luksusy. Dzięki temu, mogłem wrzucić kajak do wody, poczekać aż powietrze w dnie się schłodzi i dopompować je do otwarcia zaworu bezpieczeństwa.


Start. Most jest ogromny, jak wszystko na tej rzece.

Woda szeroka na dobre 300m. Bardzo silny wiatr, spora fala. Najgorszych warunków nie fotografowałem, bo byłem zajęty wiosłowaniem. Co ważne - po obu stronach, w nurcie są kamienne ostrogi. Ze względu na prędkość nurtu, zawirowania za ostrogami są bardzo silne.
 W dodatku, na niektórych odcinkach, ostrogi się rozmyły i są pół metra pod wodą. W takich miejscach, woda jest pozornie spokojna, ale jak się w taki obszar wpłynie - ciężko się z niego wydostać.



   Brzeg po słowackiej stronie. Widać że lepiej umocniony kamieniami. Po węgierskiej umocnień, poza osiedlami jest znacznie mniej.


Postój po węgierskiej stronie.  Ciepło słonecznie, plaża z otoczaków. W trakcie całego spływu widziałem kilka miejsc, gdzie można by spokojnie i bezpiecznie przenocować.


 Migawka ze spływu. Tylko tyle udało się nakręcić bez szalonego rzucania kamerą.


Połowa spływu. Osiedle i zakłady na wyspie.

 Port rzeczny. Biała flota, kutry obsługi technicznej, policja.

 Nabrzeże ładunkowe (piasek) po stronie słowackiej. Ślad wody jakieś dwa metry wyżej niż w dniu spływu.

No i sam piasek też. Zacne sterty.

 Malownicze osiedle na Węgrzech. Widać że rzeka żyje. Sporo łódek na posesjach, dwa miejsca do wygodnego wodowania.

 Obowiązkowe selfie - tak naprawdę tam byłem.

 Ichnia biała flota. Dwa pokłady widokowe, pierwsza i druga klasa... Na oko, stateczek może spokojnie zabrać nawet tysiąc osób. Jednostka płynęła torem wodnym, więc ja sobie uciekłem poza jego obrys.

 EDIT : znalazłem ten 'stateczek' w sieci. Zabiera tylko 168 osób. W bardzo luksusowych, jedno i dwuosobowych kabinach. To nijak nie pasuje do tego co u nas jest białą flotą.

 Ciekawostka. Droga jest wytyczona bardzo dokładnie. Boje torowe, znaki na brzegu, nawet oświetlenie (!) w szczególnie trudnych miejscach.
 I monitoring po Słowackiej stronie. Podejrzewam że bynajmniej nie z powodu żeglugi.


 Ujście małej rzeczki. Można tu zakończyć rejs, ale tylko jeśli nie padało. Wtedy śluza na rzece jest zamknięta i nurtu w zakolu nie ma. Od 1889 km, trzeba się już trzymać lewego brzegu, bo nurt z łatwością przeniesie za to zakole. Jest ono jakieś 50m poniżej znaku 1888km.

 Suszenie kajaka po spływie.

 Ostatni rzut oka na Dunaj. Jeszcze ponad tysiąc osiemset kilometrów do ujścia. Żeby tak kiedyś mieć dość czasu na całość.

  Jazz połączony ze śluzą, na dopływającej rzeczce.

I sama rzeczka dopływająca do Dunaju. Oryginalnie planowałem, że popłynę nią w górę. Jest jednak mocno zarośnięta, komarów jest masa, no i była już 19 z minutami a słońce zaczęło się chować za horyzontem.


Na koniec jeszcze sms po transport, i dwadzieścia minut później Dobry Człowiek po mnie przyjechał.


poniedziałek, 5 marca 2018

Śpiwór na spływy kajakowe. ;)



 W zasadzie to blog jest o pływaniu. Ale teraz dla odmiany będzie o śpiworze. Żeby było coś wspólnego z wodą - śpiwór kupiłem pod kątem spływów kajakowych.

 Dobry śpiwór kupić niełatwo. Marketowe, czy lidlowe wynalazki po 50-80pln są dobre, jeśli planujemy wyjechać raz. Na kilka dni. Potem ze śpiwora można zrobić leżysko dla psa. W tanich modelach ocieplenie, jest zrobione z pociętej gąbki a nie z włókien. W dodatku większość śpiworów, jest robiona na raczej smukłe osoby.  Muszę w takowych spać na baczność, a i tak na ramionach są opięty. Z kolei jak śpiwór ma odpowiednia szerokość ramion, to jest na wzrost 195+ i przez to dużo za długi.

 Udało mi się znaleźć śpiwór niemal idealny. Czeska firma Pinguin, produkuje model Savana. Łatwo go dopasować, bo jest robiony w trzech wersjach długości. Na wzrost 175/185/195, każda wersja z wyborem po której stronie ma być zamek. Wersja 175 i 185 ważą tyle samo, bo ta krótsza jest dla pań, i ma trochę więcej izolacji.
 Jest to śpiwór 2-3 sezonowy. Komfort dla pań +6, dla panów +1, ekstremum -15. Masa zależna od rozmiaru - 185 waży 1,4kg. Cena - od 200 do 300pln zależnie od sklepu i sezonu.

 Poniżej jest opisany rozmiar średni - na wzrost do 185 cm. Wymiary : szerokość w ramionach 85, w stopach 55, długość 210. Szerokość w ramionach pozwala na swobodne oddychanie, a stosunkowo szerokie miejsce na stopy, pozwala nie sklejać ud ze sobą.  Wypełnienie: włókna Hollowfiber 6- czyli z sześcioma kanalikami powietrznymi. Taki rodzaj wypełnienia, typowy jest dla średniej półki cenowej.   Poszycie zewnętrze DWR (wodoodporne), gładkie, śliskie, rip stop. Wewnątrz, syntetyczna wersja bawełny. Kaptur ze ściągaczem, kołnierz termiczny na szyję, kieszonka wewnątrz,

 Zestawiłem go z popularnym modelem Kjolen MID.

Worek Savany jest troche węższy (19cm) od Kjolena (22cm), ale za to ma o 10cm większą długość. Ma cztery paski kompresyjne, z ogranicznikami, żeby ich nie wsunąć całkiem, bo potem trudno je chwycić. O ile wypakowanie jest łatwe, o tyle wpakowanie śpiwora do wora, jest trudniejsze niż produktu FJN, Savana ciężej się kompresuje, trzeba użyć sporo więcej siły żeby ją wcisnąć.
  Szerokość: Savana i Fiord wyglądają tak samo jak leżą na płasko.Ale to efekt sposobu jej uszycia - jest asymetryczna, góra jest szersza niż dół. Różnicę w szerokości, czuć dopiero po wejściu do środka. Natomiast większa długości, jest widoczna od razu.


Zamek wprawdzie nie YKK ale też duży i solidny, taśmy zabezpieczające przed zacinaniem po obu stronach. Jedyne miejsce które się czasem zacina - to wewnętrzna tabliczka znamionowa. Nie mam pojęcia po co ją tam dali.   Wieszaki do wietrzenia: dwa od środka, jeden od zewnątrz. Kieszonka na drobiazgi na dodatkowym kołnierzu. Jest mała: klasyczny klawiszowy telefon, dokumenty, portfel, wejdą; smartfon -nie.
Zewnętrzne poszycie jest faktycznie wodoodporne - przez kondensacje w namiocie, okolice stop w śpiworze byłwały mokre. Ale tylko materiał wierzchni, wilgoć nie weszła w ocieplenie. Suszenie trwało pięć, może dziesięć minut.


Testy praktyczny (spanie w samych slipach, bez koszulki i skarpet):
  • 20 stopni - można użyć tylko jako kołdry
  • 18 stopni - można wejść do środka, zamek zasunięty na 10cm od dołu (spanie na małża). Minus taki, że można spać tylko na plecach, albo na jednym boku - twarzą do suwaka.
  • 16 stopni - suwak zaciągnięty do połowy.
  • 14 stopni - suwak zapięty do końca, ale bez kaptura (lepszy cienka czapeczka) i bez zaciągania kołnierza.
  •  8 stopni - głowa w kapturze, kołnierz zaciągnięty trochę. Zaciągnięcie do końca równa się obfite pocenie.
  • 7 stopni - Kaptur na głowie i chyba zaciągnięty kołnierz. Najniższa temperatura w jakiej spałem bez kompletu bielizny termoaktywnej.
  •  0-5 stopni. Koszula Kipsta (ta cienka), legginsy do biegania (też cienkie), skarpety, czapka, maska - w środku ciepło, można spać ;)
Biorąc pod uwagę, że śpiwory testuje się razem z bielizną termoaktywną - parametry podane przez producenta są jak najbardziej realne. 

 Pewnie gdyby użyć, zgodnie z normą dotyczącą ciepłoty śpiworów, grubej bielizny - takiej 200-240 i długich skarpet, to można by zejść do -1 , -2 stopnie i się wyspać.

  Wewnętrzny materiał bardzo 'łapie' co ciała. Nie klei się, ale nie jest śliski jak w Kjolenie, przez co nie da się obrócić wewnątrz śpiwora, obracałem się zawsze razem z nim.
Jakość wykonania OK- zgrabne przeszycia, nie ma luźnych nitek czy niedoróbek. Półka cenowa ta sama co Kjolen. Przeliczając w przybliżeniu relacje wymiarów i masy - wychodzi że to ta sama klasa cieplna.

  Do tej pory używałem go kilkanaście razy i nie widać śladów zmechacenia.

Podsumowanie:
Na plus:
  • Wymiary, zwłaszcza szerokość w ramionach
  • Możliwość dopasowania rozmiaru.
  • Jakość wykonania
  • Ciepłota zgodna z deklarowaną.
Na minus:
  • Materiał wewnętrzny, który utrudnia wchodzenie i wychodzenie. Śpiwór trzeba rozpiąć i do niego wsiąść. Nie da się wśliznąć do środka 
  • Czasem tabliczka znamionowa wchodzi w zamek.
  • Po kilkunastu użyciach, spruło się jakieś 20cm nitek trzymających ocieplenie. Na razie nic się nie przesuwa, ale nie powinno się tak dziać - powinni dać jakieś mocniejsze.
Porada praktyczna, którą odkryłem po kilku użyciach. Błędem jest wejście wieczorem do śpiwora, i od razu pozapinanie wszystkiego na maksimum. Po chwili człowiek zlewa się potem, śpiwór robi się mokry, i sporo mija zanim odparuje wilgoć.
 Znacznie lepiej, wejść do środka, narzucić kaptur, ale nie zapinać suwaka. Zostawić wentylację. Dopiero po kilkunastu minutach, kiedy ciało się uspokoi i spadnie ilość wytwarzanego ciepła, stopniowo zasuwa się zamek. Tym sposobem wszystko jest suche i przyjemne. 

 Druga praktyczna porada. Jeśli wychodzi się nocą z namiotu, przed wejściem do śpiwora trzeba wysuszyć nogi ręcznikiem. Choćby nie wiadomo jak kombinować z butami, rosa zawsze osiądzie na stopach.

 Trzecia porada praktyczna. Dobrą bluzą do spania jest cieniutka podkoszulka Kipsta z długim rękawem. Ona praktycznie nie grzeje (a nawet mam wrażenie że chłodzi), ale zabezpiecza śpiwór przed zabrudzeniem.

sobota, 17 lutego 2018

Francja - Lyon - wycieczka z wodą w tle


  Nie upłynęły nawet dwa tygodnie od wyjazdu do Rumunii, gdy usłyszałem podchwytliwe pytanie: czy masz plany na walentynki? Gdyby to pytanie padło w domu, po prostu bym się zaczął bać. Pińsion groszy Greja, czy inna komedia romantyczna. Ale w pracy? Mogłem co najwyżej inteligentnie odpowiedzieć ‘yyy… ‘. Ponieważ taka odpowiedź  została uznana za przecząca, myśl została rozwinięta. Francja, Lyon, czternastego do szesnastego… tu masz zdjęcie celu, paszport na fałszywe nazwisko, i sto kolumbijskich peso na wydatki… niestety, ta druga część zdania zaistniałą tylko w mojej głowie.
 Skoro jechać trzeba, warto by było zobaczyć przy okazji coś innego niż praca. Szybkie sprawdzenie i jest. Bingo. W okolicy sporo jezior. Jedno większe na kanale i dużo małych, wyglądających jak pozostałości starorzecza.
 Pomnny poprzedni problemów, nie szykowałem się tak intensywnie jak ostatnio. W sumie dobrze bo i tak na lotnisku był drobny kłopot z rezerwacją. Potem, poszło już bez problemu i o 10.30 zameldowałem się w hotelu. Oczywiście za wcześnie, bo doba hotelowa zaczyna się o 13.00 (nie napisali o tym na stronie gdzie się rezerwuje pokoje).

 Pokój hotelowy niewielki, jakieś 3,5 na 3,5 metra. Mikroskopijna łazienka, całkowity brak udogodnień typu czajnik, mineralna czy żelazko. Na szczęście żelazko można było wypożyczyć na recepcji.

  Koniec, końców o 11.00 gotów do drogi. Przebrany w solidne buty, gej-gacie, i żółtego wilka.
Czas wyruszyć ku przygodzie.




 Z hotelu, nad pierwszy zalew, zgodnie z GPS. Poszło płynnie, choć Obracająca się mapa ciut irytuje. Północ na mapie powinna być zawsze na górze. Po drodze obejrzałem sobie lokalną architekturę. Widać że to ciepłe miejsce, brak ociepleń budynków, większość dachów płaska, lub o małym nachyleniu. Wiele dachów wykorzystanych jako balkony. Duże balkony - na zdjęciu powyżej. Na jednym z nich stoi altanka, taka marketowa. Ktoś przerobił sobie balkon na ogródek.
  Co jest bardzo znamienne, większość osiedli jest typu zamkniętego - bramka plus domofon na wjeździe. Widać też, że wzorem Ameryki, głównie jeździ się autem. Chodniki są wąskie, albo wogóle ich nie ma.





Docieram nad pierwszy zalew. Pomimo tego że już niemal południe, słońca niewiele. Przystanie, żaglowki, pomosty i całkowity brak ludzi. Wszystko pozamykane. O dziwo, łódki takie jak u nas. Pięć, sześć metrów dominuje. Ósemki jedna czy dwie. Okolica czysta, choć co dziwne - ani jednego kosza na śmieci.




 Na brzegu, taki ciekawy katamaran. Widać że dostosowany do wyciągania rzeczy z dna. Pewnie wyciągają utopione silniki.


 Spacer wzdłuż brzegu, kolejne jachkluby, nadal żywego ducha.



 Jest osiedle domków holenderskich. Wypisz wymaluj, jak na Przeczycach przy tamie.





Po pokonaniu górki i placu zabaw, deptak w dół wody. Ścieżka przyrodnicza, na razie w budowie. Znaki ostrzegają przed stawaniem nad wodą, bo można wpaść i się zamoczyć.



Kawałek dalej, ciekawe ostrzeżenie - ‘Fala może pojawić się znienacka, nawet jeśli nie pada. ‘ Tabliczka zaraz przy wylocie kanału płynącego od elektrowni. W sumie to bardzo ciekawe rozwiązanie, w czasie zwiększonego poboru, elektrownia puszcza wodę w jezioro, nie zalewając przy tym miasta poniżej.




Nad kanałem most, a na nim tabliczki nawigacyjne, czyli szlak żeglować. Tyle że nurt ma ma oko z 15km/h więc kajakiem można tylko spływać.Woda w rzece mało przejrzysta, o mocno zielono-niebieskim zabarwieniu.


Hyc przez most i jest mapa sytuacja. Idę w kierunku górnego jeziora -na mapie pokazano że jest tam wypożyczalnia. Pierwszy zalew, to ten na rzece, zaznaczony pogrubioną linią, natomiast ten do którego dotarłem jest położony powyżej niego (na zdjęciu to ten z nazwą).




  Po drodze mijam kilka mniejszych i większych stawów. Przed przyjazdem, zakładałem że te jeziora to pozostałość po starym rozlewiska rzeki. Jednak ich wygląd odbiega od typowego. Nieskomplikowana linia brzegowa,  kilka prostych grobli. Zagadka wyjaśnia się przy jednym z punktów widokowych. Cały ten teren to pozostałość po kopalniach żwiru, gliny i piasku. Zrekultywowane w latach 90. Stąd woda w jeziorach z tendencja do mętnienia. W niektórych miejscach kopalnia nadal funkcjonuje, stawy powstaną tam za kilka lat.


 Korzystając z faktu że wyszło słońce, zdjęcie podwodne



 Do dużego jeziora, można dotrzeć albo wzdłuż brzegów tych mniejszych, albo ścieżką w wykopie po dawnej drodze transportowej. Trzeba tu uważać na rowerzystów, ciągnie ich do błota niczym żaby.


  Po drodze przechodzi się przez kilka mniejszych kanałów rozprowadzających wodę. Trasa idealna dla miłośników kajakarstwa zwałkowo-błotnego.



   Nad kanałami, bardzo stare, betonowo-kamienne mosty, porośnięte jaskrawozielonym mchem.




 Po godzinie docieram do połowy największego jeziora. Wypożyczalnia nieczynna. Straszna szkoda bo że względu na ilość wysp, jest to kapitalne miejsce do pływania. Zbiornik nieco mniejszy od Pogorii 4. Wyspy to ogromny plus, ale kamienisto trawiasty brzeg - duży minus. Na akwenie są dwie plaże ze sztucznie nawożonym piaskiem. Wokół jeziora jest bardzo ładnie zorganizowana przestrzeń. Ławki, plaża, place zabaw i nadal ani jednego kosza. 


Wracam, mniej więcej  tą sama droga. Do zmroku daleko, więc zupełnie bez pośpiechu. Słońce przygrzewa, jest koło dziesięciu stopni. Siadam przy przy pomoście na pierwszym zalewie i napawam ciepłem.

  Woda nad którą siedzę jest czystsza niż w północnych jeziorach.




 Jakieś dwadzieścia minut później pojawia się Pan i Pani Francuzowie z czarną reklamówka. Witają się i idą na koniec pomostu. Wrzucają zawartość do wody. Wygląda to jak iglasta gałązka wymieszana z trawa. Przez chwilę kontempluja patrząc jak to coś unosi się na wodzie, i sobie idą. Kie licho oni tam wrzucili? Stary stroik? Czy to jakaś tradycja? Jak już sobie poszli, idę zobaczyć co to. Faktycznie gałąź z trawa, pajęczyna i milion pająków.

Widać zaczęli wiosenne porządki -pomyślał Styrlitz.

Potem już tylko powrót do hotelu i o 19 dociera do mnie ze wstałem o 3.30… sen przychodzi nie wiadomo kiedy.





Następne dni to już tylko praca, i długi piątkowy powrót do domu. Krowa powyżej jest sztuczna. To wystrój jednej z restauracji.

  Jeszcze taka myśl na koniec. Po pobycie tam, stwierdzam że my w Polsce mamy lepiej. Ładniej jakoś, ludzie lepiej ubrani (to dopiero zaskoczenie), a poziom usług mamy o niebo lepszy. W okolicy, czyli na jeziorach i rzece, internet pokazał dziewięć wypożyczalni kajaków. Wysłałem dziewięć zapytań  i otrzymałem tylko jedną odpowiedź - negatywną. Ośmiu właścicieli wypożyczalni po prostu zlało temat.

 Powyższa relacja, powstała jak na prawdziwego podróżnika z XXI wieku, na telefonie, w trakcie oczekiwania na samolot powrotny w Lyon. Wow, podróżowanie on-line. Tyle tylko że podpowiadacz klawiatury, kłóci się ze skryptem na blogspocie. Więc czekając mogłem napisać tylko tekst w notatniku, a obróbkę i zdjęcia wstawiałem już w domu. I tyle było bycia nowoczesnym.


czwartek, 25 stycznia 2018

Rumunia - Bacau - wycieczka z wodą w tle

 Tym razem ani zły los, ani poświąteczna nuda - obowiązki zawodowe. Trzeba było się wybrać do pachnącego egzotyką miasta Bacau we wschodniej części Rumunii. Wycieczka była bardziej złożona, z dwóch przyczyn. Po pierwsze - nie da się dolecieć prosto do Bacau. Trzeba najpierw tanią linią lotniczą udać się z Katowic do Luton (tak, tego w Wielkiej Brytanii), a stamtąd inną tanią linią, do miejsca docelowego. Po drugie - drugi etap podróży, to wyprawa z Rumunii do Włoch, a potem powrót przez Monachium, bo oczywiście lotów bezpośrednich brak.
 Do wyjazdu szykowałem się kilka dni. Wydrukowałem wszystkie mapy, opłaciłem bilety, samochód, ubezpieczenia, hotele, włączyłem roaming w telefonie, kupiłem pakiety internetowe, w kantorze zanabyłem ichnią walutę.. - co mogło pójść nie tak?

 Wszystko.

 Wprawę czas zacząć. Niedziela wieczór, kierunek Luton. Wylot opóźniony o około godzinę. Nic to, sukę statystykę trzeba nakarmić, więc nie ma się co przejmować. Skoro coś się ma nie udać, to niech to będzie pierdoła na starcie.
  W trakcie lotu, tekst niczym z filmu. Stewardesa włączyła intercom, I zadała pytenie w stylu: "czy jest na sali lekarz'. Oczyma duszy już widziałem jak awaryjnie lądujemy we Wrocławiu. Na szczęście było to tylko omdlenie I po zwiększeniu ciśnienia w kabinie, mogliśmy lecieć dalej.
 Koniec końców - o 21 byłem na miejscu w hotelu. Na recepcji pani posługująca się biegle polskim, w hotelowej restauracji również, kierownik zmiany też Polak.. po co ja się uczyłem angielskiego? Oczywiście nic w Luton poza hotelem nie widziałem - przylot i wylot po ciemku.
 Poniedziałek rano - kierunek Rumunia. Wylot opóźniony o godzinę, nie ma się czym przejmować. O 14 ichniego czasu (Rumunia jest o godzinę do przodu) jestem na miejscu.



 "Internationale aueropuerto..." - czyli lotnisko międzynarodowe. Zdjęcie oczywiście tendencyjne ;) . Budynek lotniska jest nowy, niewielki ale funkcjonalny. Nieco mniejszy niż Balice. Wysłużony Antek, to własność lokalnego klubu spadochronowego (mocno nieformalna grupa).
 Po wyjściu z lotniska, ominąłem nagabujących taksiarzy  i poszedłem spacerkiem do centrum.

  Po drodze kościół. Odnowiony i całkiem ładny.


 A tak wygląda blokowisko obok kościoła. Pomimo wysiłków mieszkańców, większość budynków wygląda bardzo skromnie. Praktycznie każdy balkon jest przerobiony na dodatkowe pomieszczenie. Bloki nie mają centralnego ogrzewania - tak je wybudowano w poprzednim ustroju. Dlatego każdy ma swój piec gazowy. Co ciekawe instalacja jest puszczona na zewnątrz budynku. Nurtowało mnie to dopóki nie zobaczyłem że w większości instalacje są na mufach a nie spawane. Ze szczelnością pewnie jest słabo.


Sklep, typu mydło-powidło. Elektronika bazarowa, kask motocyklowy, figurki i dwa stare lampowe radia. Na oko w niezłym stanie. Niestety, bariera językowa uniemożliwiła głębszy wywiad.

Pierdut znaczy zagubiony, utracony. Prawie jak u nas: pierdut i nie ma.


Schody, które bezbłędnie można rozpoznać że pochodzą z minionej epoki. Gdyby je tylko odnowić, wyglądałyby naprawdę ładnie. Styl przypomina rzeźby z parku chorzowskiego. Widać nawet wtedy ludzie którzy mieli wyczucie sztuki dawali radę się przebić.


Czterogwiazdkowy hotel. Realnie dałbym mu trzy. Wystrój, powierzchnia, czajnik, herbata, ładnie zrobiona łazienka, przyjemne kolory. Z mankamentów - niewielki przeciąg i elektryczne nagrzewnice powietrza z hałasującymi wentylatorami.
 Nie mogłem się oprzeć i ułożyłem reklamówkę z biedry, w której jechały ubrania na zmianę. Po prawej stronie - plecaczek. Z poczuciem dumy mogę powiedzieć - wyjazd na trzy i pół dnia. Dwie wizyty biznesowe i wszystko spakowane do plecaka 24 litry. Przy wyjeździe zmieściła się w nim jeszcze drewniana sowa i talerzyk - prezenty dla dzieciaków.

 Ponieważ do zmroku było jeszcze sporo czasu, zgodnie  planem poszedłem zobaczyć wyspę.


Plan umieszczony przy moście prowadzącym na wyspę. Co ciekawe wcale nie tyczy się terenu rzeki i wyspy, tylko zbiornika który jest kilometr wyżej.


Żeby nie było, naprawdę tam byłem.


 Na wyspie jest budowany deptak. Budują i budują o pięciu lat. W tym roku mają skończyć. Z ciekawości chciałem przeleźć przez plac budowy (kto by się tam sznurkiem przejmował), ale okazało się że budka stróża wcale nie jest pusta. Gość nawet znał język obcy, tyle że hiszpański o którym z kolei ja nie mam pojęcia. Translator pomógł na tyle, że nie udało mi się go przekonać żeby mnie wpuścił.


 Poszedłem deptakiem w górę rzeki, w stronę zalewu. Rzeka poza tym że zamarznięta, wygląda na bardzo płytką.


  Na brzegu taka dziwna konstrukcja. Jest to dawny hangar na łodzie. Przy wysokim stanie wody, można było wpływać do środka.



Teraz hangar jest siedliskiem dzikich psów. Jest to poważny tutajszy problem. Wyrzucone, zdziczałe, przestraszone. Najwięcej jest ich w miastach gdzie szukają pożywienia. Za dnia nie atakują ludzi, w nocy bywa różnie. Przez dwa popołudnia spacerów spotkałem trzy spore watahy i kilka samotnych sztuk. Nie ma małych kundli, wszystkie są wilczuropodobne.

  Duży park, rzeźby z minionego okresu, ładne i zadbane. Tabliczka na bramie z drugiej strony wyjaśniła wszystko - dom pracy twórczej ministerstwa edukacji.



Rzeka 50m poniżej tamy, widoczny przepust rurowy. Konstrukcja identyczna jak u nas w początkowym biegu Wisły.

 Początek kanału, biegnącego równolegle do rzeki. Kanał szeroki, prosty i zabierający dla siebie niemal całą wodę.


Ujęcie wzdłuż kanału. Prosto jak strzelił. Dwa kominy na horyzoncie, to kombinat chemiczny, też z minionej epoki. To był pomysł na rozwój miasta.

 Elektrownia na ujściu zbiornika, pomimo sporego gabarytu (jakieś 80m szerokości) generowana moc jest znikoma. Byłoby więcej, ale poziom wody w kanale jest prawie taki sam jak w zbiorniku a bez spadku nie ma mocy.


Widok na zbiornik w kierunku północnym. Na akwenie jest kilka miejsc widokowych, stanowiska do połowu i żadnej wypożyczalni łódek. Okresowo jest wypożyczalnia kajaków.


Ujęcie w kierunku na zachód. Cały zbiornik jest spory, długość ok 2km, 700 m szerokości. Tyle że linia brzegowa mało skomplikowana. Za to rzeka powyżej zbiornika kusi, ale to już zostaje planem na przyszły rok, jeśli znowu mnie tam wyślą.

 Całe miasto wygląda skromnie, z wyjątkiem kilku takich posesji jak ta. Czterometrowej wysokości ogrodzenie, powierzchnia działki jakieś dziesięć tysięcy metrów. Kort, dwa stawy, wyspa, mostek. Myślę że wiem gdzie się podziały pieniądze które dostali z unii na remont pobliskiego ronda.

Na zwiedzanie miałem dwa popołudnia, więc zbyt wiele nie zobaczyłem.

Drugiego dnia pobytu, miałem okazję jechać taksówką. Pomimo tego że korporacyjna, żaden samopas, poczułem się jak w filmie akcji. Jedynka, dwójka, klakson, rura. W trakcie jazdy, zaliczyliśmy obcierkę z inną taksą, i gość nawet nie zwolnił. Widać takie rzeczy to codzienność.

Bacau, ma wszystko żeby stać się letnim turystycznym kurortem. Góry po obu stronach, dwa zalewy, rzekę, lotnisko. Przede wszystkim - leży na równinie między dwoma pasmami, a nie w dolinie  miejsca na rozbudowę jest dość. Na razie nikt się nie zorientował.

Trzeci dzień wyjazdu to było kompletne wariactwo. O pierwszej w nocy zaczęło się odśnieżanie chodnika wokół hotelu. Robili to za pomocą koparki która zdrapywała lód. Spać się nie dało.
O 4.00 trzeba było się zwlec z łóżka, ubrać i wyruszyć ku przygodzie.  Tym razem taksówkarz jechał bardzo spokojnie.
Check in, kontrola bezpieczeństwa, przysypianie w poczekalni. Potem załadowano nas do autobusu, który po 20metrach jazdy się zepsuł. Zawrócono nas na bramkę i podstawiono inny. Koniec końców jak już wszyscy siedzieli w samolocie, trzeba go było odladzać.
 Wylot opóźniony o godzinę, a wiedziałem że we Włoszech będę miał ciasno z czasem.
 Przylot, też opóźniony o godzinę. Auta w wypożyczalni nie ma bo poprzedni wypożyczający je rozbił, i zamiast segmentu B zaoferowali 9 miejscowego vana. Wynegocjowałem mniejszą terenówkę.
 Potem przejazdy, sprawy zawodowe, powrót (oczywiście z pomyleniem trasy na lotnisko) i o 17 stawiłem się do odprawy. Zonk. Nie ma mojej rezerwacji.
 A przed wylotem się zastanawiałem - cóż może pójść nie tak.
 Koniec końców 'wstukali mnie z palca' do systemu i biegiem na kontrolę bezpieczeństwa. Na bramce byłem na 2 minuty przed zamknięciem.
 Przelot do Monachium bez przygód. Na miejscu ponowna odprawa, tym razem już bez żadnych problemów. Dziwne to jak diabli, bo przecież bilet kupowałem jeden na oba loty, a był to wiodący niemiecki przewoźnik, utrzymujący tradycyjnie wysoką jakość.
 Przed ostatnim przelotem miałem sobie zamówić taksówkę i okazało się że roaming w służbowym przestał działać. W Rumunii działał, w Niemczech nie.
 To już była drobnostka, potem krótki lot do Balic, taksówka do domu (nie będą podziękowania wszystkim w niebiosach za polskich taksówkarzy i ich jakość jazdy), o 01.00 w domu i spać.

 I tyle.

 Z praktycznych rzeczy. Na miejscu płci się leiami. 1 lei to mniej więcej 1 zł. Ceny mają takie jak u nas. Najbezpieczniejszy, bo znany sklep to Lidl.  Mają swoją sieciówkę z bułkami i zapiekankami - LUCA. Zapiekanki dobre, ale słodkie bułki z jabłkiem beznadziejne - zbyt słodkie.
 Z kolei ichnie bułki z serem są robione z kwaśnego sera i też są niedobre.
 Dobre i tanie mają za to wędliny, tyle że mięsnego trzeba się naszukać.
 Taksówkarze akceptują tylko gotówkę i mają stosunkowo niskie ceny - 5km na lotnisko 19Lei, ale 20km do firmy tylko 30 Lei. Wszystkie taksówki są żółte i wszystkie to Dacie. Praktycznie żaden taksówkarz nie zna żadnego języka obcego. Nawet taki którego polecają lokalne firmy. O zamówieniu taksy przez telefon w jezyku herbaciarzy, nie ma nawet co myśleć.
 Podobnie z obsługą w sklepach i aptekach. Dopiero w trzeciej aptece udało mi się dogadać na tyle ze kupiłem aspirynę.
 Nigdzie nie idzie kupić pocztówek, nawet na poczcie głównej! Przy wyjeździe się dowiedziałem że powinienem był pytać w bibliotece.
 Na psy trzeba naprawdę uważać. Nawet jeśli nie atakują to pcheł mają masę.