środa, 13 lutego 2019

Wymiana i regulacja zaworu bezpieczeństwa w Solar 410

Na początek disclaimer: jeśli się zdecydujesz robić cokolwiek zgodnie z opisem poniżej, robisz to na własną odpowiedzialność. Jeśli uda ci się zepsuć kajak, nie będę partycypował w kosztach zakupu nowego.

No to jak dupochron już jest, to można się zabrać do uczciwej pracy.

Zawór bezpieczeństwa w Solarach, standardowo montowany jest tylko w dnie. Dno, ze względu na podłużnice, jest mniej odporne na ciśnienie, niż okrągłe burty. Stosowany jest zawór Creedi, z ciśnieniem otwarcia 0,243 bar i zamknięcia 0,21 bar. Prawdę mówiąc, dziwię się czemu Gumotex zdecydował się akurat na takie zaworu. Hi-tech to nie jest. Są podatne na zabrudzenie, nie mają możliwości blokady, a ich jakość wykonania bliższa jest Fiatowi niż Ferrari.
Jak każdy mechaniczny komponent, podlegają zużyciu, więc po kilku latach są do wymiany.


Okresowa kontrola. Płyn do naczyń wymieszany z wodą w proporcji 1:50. Pociapać na zawór i... i robią się bąble. Zawór trzeba wyciągnąć i sprawdzić. Najpierw, płaski śrubokręt wsadzamy w wycięcia w pokrywce zaworu i podważamy. Ważne żeby śrubokręt nie miał ostrych krawędzi, żeby nie uszkodzić materiału jakby zeskoczył.


Po ściągnięciu pokrywki, w zaznaczone miejsce wsadzamy klucz, o taki.  Do użytku domowego, plastikowy wystarczy. Moim zdaniem, klucz warto kupić razem z kajakiem. Od jednej strony łapiemy za klucz, od drugiej strony przez materiał dna, za obsadę zaworu. Ważne żeby łapać maksymalnie blisko górnej części zaworu, ale jednak za dolną.


Wykręcać najlepiej na płasko, tak żeby oring z obsady zaworu nie poleciał w komorę, bo ciężko go potem wyciągnąć. Tutaj, ciekawostka. Stary zawór miał oring cieńszy, za to o większej średnicy, nowy zawór miał tak gruby oring, że jak bym go użył, to zawór wraz z obsadą nie zacisnąłby się potem na materiale. Creedi dało ciała.


 Tak wygląda zawór po wyciągnięciu. Żeby go rozłożyć do końca, trzeba delikatnie ściągnąć nakrętkę. Naprawdę delikatnie, bo ona jest nakręcona na plastikowy rdzeń. Przed ściągnięciem, warto cyknąć fotkę, do jakiego stopnia jest nakręcona, żeby potem dokręcić na tę samą długość. Zależnie od głębokości wkręcenia, różne będzie ciśnienie zadziałania.



Zawór po rozłożeniu. Jest okazja żeby go dokładnie wyczyścić. Ja używam chusteczek z alkoholem. Można je kupić w aptece, bo są używane do przemywania skóry przed zastrzykiem. Najpierw wycieramy gniazdo zaworu, najczęściej jest tam sporo talku i trochę piasku. Potem ściągamy uszczelkę z trzpienia i czyścimy z obu stron. Ważne by nie zostawić ciećków z chusteczki. Jeżeli uszczelka jest wyszczerbiona, czeka nas kupno całego nowego zaworu.
Potem całość skręcamy tak jak było i wkręcamy na miejsce.

Uwaga: nie smaruj materiału wokół otworu niczym. Wyczyść go tylko chusteczką i pozwól wyschnąć. Ja raz posmarowałem wodą z mydłem. Elegancko się wkręciło i od razu złapało szczelność. Ale późniejsze odkręcenie to była masakra.

Dokręcenie musi być naprawdę solidne. Po wszystkim pompujemy kajak aż zawór zadziała, i polewamy go wodą z mydłem. Trzeba zwrócić uwagę czy nie bombluje wokół zaworu, bo to znaczy że jest niedokręcony.

Pomogło? No czasem niestety nie. Głównie dlatego że sprężyna po paru latach jest zleżała i trzyma słabiej niż na początku. Jeśli mamy do dyspozycji manometr (uważam że powinni go dawać w komplecie z kajakiem) można pokusić się o korektę sprężyny. Wykręcamy zawór jeszcze raz, i dokręcamy nakrętkę o jeden, półtora obrotu dalej. Montujemy ponownie zawór, pompujemy i co kilka ruchów sprawdzamy ciśnienie. Jeżeli otworzy się przy 0,23 bar to ok. Jak więcej, to trzeba go wykręcić i nieco zluzować nakrętkę (o pół obrotu).  Roboty jest na jakąś godzinę, namacha się człowiek przy pompowaniu, ale można 80pln zaoszczędzić. :)

UWAGA: te zawory naprawdę są biednej jakości. Moja nówka sztuka, bombluje aż ciśnienie  zejdzie do 0,17-0,18bar. A powinien być całkiem zamknięty przy 0,21. Z drugiej jednak strony, kto na to zwraca uwagę przy pływaniu....

Na koniec warto zrobić tuning zaworu. Pod pokrywkę wkładamy kawałek przyciętej gąbki, żeby piasek nie dostawał się do środka. Trzeba pamiętać żeby na koniec sezonu gąbkę wywalić bo będzie śmierdzieć. Ewentualnie, zamiast gąbki można użyć siatki z nierdzewki z drobnym oczkiem, albo tego drobnego sitka z czajnika (mesh gird) . Jeżeli używamy siatki z nierdzewki, krawędzie cięcia trzeba zabezpieczyć klejem, żeby się nie strzępiła.

Jeśli ktoś wymyśli, jak założyć jakąś gąbkę od środka, tak żeby talk nie właził na uszczelkę, niech się podzieli pomysłem ;)






niedziela, 27 stycznia 2019

Opuszczona cementownia w Jaworznie

 Tym razem pod naciskiem młodszej córy, która jest zafascynowana urbexem.

 O ile cementowania Grodziec jest dość znana w okolicy i całkiem nieźle udokumentowana, to ruiny w Jaworznie jakoś tak wszystkim umykają. Może dlatego że zostało z nich dużo mniej i położone są bardziej na uboczu.
 Dojazd autobusem do Dworca PKP w Szczakowej, pół godziny spaceru na zachód i przed oczami pojawiają się dwie wieże...

W istocie są to cztery silosy, o średnicy około dziesięciu i wysokości dwudziestu metrów. Służyły do magazynowania materiału do produkcji cementu.


Widok z pomiedzy silosów.

Ruiny budynku dyrekcji zakładu.


In the hall of the King of the Mountain....  prawdopodobnie była to lodownia na parterze budynku dyrekcji. Prawie dwumetrowe kamienne ściany, i wnętrze zabezpieczone wodoodporną farbą. Aktualnie jest to letnia rezydencja Sołtysa Jaworzna.



To jest najprawdopodobniej jeden z filarów na kórych spoczywał młyn. Młyn to taka długa rura, umieszczona pod kątem 5-10 stopni, obracajaca się i podgrzewana od spodu. Od wyższej części zasypuje się materiały, a w trakcie kręcenie zsuwają się i mieszają. Temperatura pozwala przeprowadzić proces odwodnienia. Co ciekawe nie odparowania, tylko odwodnienia.

Korzystając z okazji, pokazałem córce, bazę nurkową w Szczakowej. Cementownia jest jakiś kilometr od niej, zaraz przy drodze dojazdowej. Śmieszne jest to, że na bazę jeździłem dziesiątki razy, mijają ruiny i nie miałem o nich pojęcia.

Ujęcie na zaplecze. Pod nowym właścicielem, baza stała się bardziej profesjonalna, dorobiła się hotelu, lepszych wiat i sanitariatów. Tyle że zupełnie straciła swój nimb tajemniczości - zalanego dzikiego kamieniołomu na którym każdy może się poczuć jak pionier i odkrywca. Moim zdaniem mocno przegrywa z krakowskim Zakrzówkiem.

Drugi zbiornik w kamieniołomie. Już nie baza, tylko ścieżka dydaktyczna z wydrą. Niski stan wody odsłonił całkowicie pomost. Więcej zdjęć z tego zbiornika tutaj


W drodze powrotnej, przeszliśmy znowu przez cementownie, tyle że od innej strony. W lasku widać ruiny chłodni kominowej. Nie dało się podejść - kilka potoków skutecznie to uniemożliwia.

W sumie wycieczka na trzy godziny.

środa, 23 stycznia 2019

Kuriozalna opinia NIK w związku z tragedią w Darłówku.

 Latem 2018, wydarzyła się ogromna tragedia. Dzieciaki bawiące się na falochronie, utonęły. Pomimo akcji ratunkowej, pomimo zaangażowania służb i zwykłych ludzi, nie udało się ich uratować.

 Przez jakiś czas prasa relacjonowała, rodzicom groził proces, zapowiadano kontrole. Potem sprawa przycichła, nie wiadomo nawet czy jakieś zarzuty postawiono. Za to po pół roku poinformowano o wynikach kontroli:  RMF NEWS.   Raport z kontroli, jest jak dla mnie szukaniem dziury w całym, i dość stronniczą interpretacją przepisów.

Cytaty:

"Sposób ustawienia tablicy z napisem 'Zakaz kąpieli' nie wskazywał dokładnej
lokalizacji obszaru objętego zakazem. Zdaniem NIK znak ten powinien być ustawiony 
jak najbliżej obszaru objętego zakazem kąpieli" 
 
"Sposób ustawienia tablicy z napisem 'Zakaz kąpieli' nie wskazywał dokładnej lokalizacji obszaru objętego zakazem. Zdaniem NIK znak ten powinien być ustawiony jak najbliżej obszaru objętego zakazem kąpieli"

Czytaj więcej na https://fakty.interia.pl/pomorskie/news-rmf-tragedia-w-darlowku-sa-wyniki-kontroli,nId,2798176?fbclid=IwAR26waN8Lgpfacj3MVydXztTcO56h-UUI88HyA9chMAwN8UxstXBMo2y1HA#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox
"Sposób ustawienia tablicy z napisem 'Zakaz kąpieli' nie wskazywał dokładnej lokalizacji obszaru objętego zakazem. Zdaniem NIK znak ten powinien być ustawiony jak najbliżej obszaru objętego zakazem kąpieli"

Czytaj więcej na https://fakty.interia.pl/pomorskie/news-rmf-tragedia-w-darlowku-sa-wyniki-kontroli,nId,2798176?fbclid=IwAR26waN8Lgpfacj3MVydXztTcO56h-UUI88HyA9chMAwN8UxstXBMo2y1HA#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefoT
"Sposób ustawienia tablicy z napisem 'Zakaz kąpieli' nie wskazywał dokładnej lokalizacji obszaru objętego zakazem. Zdaniem NIK znak ten powinien być ustawiony jak najbliżej obszaru objętego zakazem kąpieli"

Czytaj więcej na https://fakty.interia.pl/pomorskie/news-rmf-tragedia-w-darlowku-sa-wyniki-kontroli,nId,2798176?fbclid=IwAR26waN8Lgpfacj3MVydXztTcO56h-UUI88HyA9chMAwN8UxstXBMo2y1HA#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox
 Znak zakazu kąpieli obowiązuje w zasięgu widoczności. Na plaży widać go bez problemu z odległości 100-150m. Dodatkowo zgodnie z ustawą, każdy kto korzysta z akwenu, ma obowiązek zaznajomić się z zasadami i ograniczeniami które na nim obowiązują. Czyli ma się rozejrzeć wokół i zobaczyć czy gdzieś nie stoi znak. A jak stoi, to podejść i zobaczyć co znaczy.

"Przeprowadzone przez NIK 28 sierpnia 2018 r. oględziny wykazały, że przy wejściu 
na kąpielisko "Darłówko Zachodnie" od strony falochronu (wejście nr. 1) ustawiona 
była tablica, na której umieszczono znak A1 "kąpiel zabroniona" z napisem 
"Zakaz kąpieli". Pod tym znakiem umieszczono napis "Czarny punkt wodny" z 
 piktogramem przedstawiającym tonącego a poniżej napis: "Przypadki utonięć". 
Na samym dole tablicy znajdował się napis "55 m" ze strzałkami skierowanymi 
w prawo i w lewo.

Takie oznaczenie jak powyżej, również jest w pełni zgodne z przepisami. Znak zgodny ze wzorem, umieszczony na dojściu na plażę - taki punkt "umieszczenie znaku na dojściach i drogach dojazdowych" jest w ustawie o bezpieczeństwie. Natomiast tabliczka "Czarny punkt wodny" nie jest ujęta w prawie, i to raczej
sugestia niż zakaz.

"Zdaniem NIK sposób oznakowania i usytuowanie tablicy nie zapewniały czytelnej 
informacji o obszarze, na którym wprowadzono zakaz kąpieli. Treść i sposób 
ustawienia znaku nie odpowiadał wymogom rozporządzenia Ministra Spraw Wewnętrznych,
według którego na obrzeżu znaku należało podać odległość, na której znak obowiązuje
w obie strony od znaku (w tym przypadku po 27,5 m). Sposób ustawienia tablicy 
ze znakiem A-1 nie wskazywał lokalizacji obszaru objętego zakazem - 
znak powinien być ustawiony na środku obszaru objętego zakazem"
Znak zgodny ze wzorem. Odległość działania - nie. Czyli działa w zasięgu wzroku. Nie ma też żadnego paragrafu który by mówił że znak ma stać na środku strefy.




Poza tym, NIK stwierdził że na pobliskim kąpielisku brakowało kilku rzutek i zestawów ABC. Nie udało mi się dotrzeć do informacji, czy ten niedobór to było 10 czy 50%. A to ma znaczenie, bo rzutka potrafi się w sezonie rozlecieć. Do tego NIK jakby zapomniał, że kąpielisko to kąpielisko, a na obszarze poza bojkami, każdy odpowiada za siebie.

Nie wiem na jakim etapie jest proces. Czy rodzice zostali uznani winnymi, czy nie. Niepokojące jest to, że taki raport, może stanowić wstęp do uruchomienia procesu od nowa, i próbie uzyskania odszkodowania od administratora plaży.

wtorek, 1 stycznia 2019

Noworoczne bunkry


 Pierwszy dzień nowego roku- cóż można robić? Dojadać wigilijną sałatkę, dopijać szampana, albo odczytać czarną skrzynkę z dnia wczorajszego.

 Można też ruszyć cztery litery i pojechać tam gdzie się jeszcze nie było. Tym razem padło na zalew Chechło. Rowerem jest tam około 30 km, a jakoś zawsze brakowało kilku kilometrów. Ruszając z Czeladzi, trzeba przejechać Będzin, Wojkowice, Bobrowniki, minąć Świerklaniec, a potem trochę pobłądzić po lesie.

Początek  - bez niespodzianek. Ponieważ jednak, postanowiłem zmienić trasę na wysokości dopływu Brynicy, trafiłem na bunkry, których nie znałem.



























Duży bunkier, na dwa działa.




 Zrekonstruowana szczelina p-lot.




 Mały bunkier przy jazie.



 Niespodzianka w jednym z bunkrów (w sumie widziałem ich cztery). Wygląda na fajną zabawę.

Świerklaniec wita mgłą, wiatrem i zimnem.



 Zalew Chechło od strony ujścia.


Jedna z wielu piaszczystych plaż. Generalnie to fajny zbiornik. Wiele działających ośrodków (a nie truchełek jak na Przeczycach czy Rogoźniku), ale nie blokują one dostępu do brzegu (tak jak na Pogorii 1)

Jeden z ośrodków. Małe, kolorowe, dobrze utrzymane domki.


 Przejaw zdrowego rozsądku - zamiast tradycyjnego zakazu kąpieli, tylko ostrzeżenie przed tym co możemy w wodzie napotkać. Chcącemu nie dzieje się krzywda ;)


Droga powrotna, to już nie była taka fajna. Trochę pobłądziłem, zaczęło wiać, lać na potęgę. W sumie na jakieś 65km wyszło 5,5godziny. Prędkość więc znikoma, ale kilka nowych miejsc warte było wysiłku. Jak się zrobi ciepło, to muszę zrobić objazdówkę po wszystkich bunkrach w okolicy.















niedziela, 23 grudnia 2018

Dodastek do miandasowego wpisu.

Dzień drugi - Garnek

(...) Przy okazji od miejscowego chłopa dowiadujemy się, że przenoska nie była konieczna, bo jakieś pół kilometra wcześniej można było wpłynąć w lewą odnogę, gdzie mieści się gospodarstwo agroturystyczne (do obniesienia tylko mały wodospadzik) i wypłynąć tu: (...)





Nie do końca tak to wygląda. Faktycznie pół km wcześniej jest na lewym brzegu jazz w stanie na wpół zniszczonym. W zasadzie to wygląda tak, jakby wbito stalowe pale i zasypano kamieniami, a boki wymurowano.



Spokojnie da się przenieść i to w miarę wygodnie.



 Problem zaczyna się potem. Do kanału trafia może z 20% całego strumienia, więc miejscami jest 5cm wody. Z racji meandrów, płycizny graniczą z 2 m głębią (zmiana na dystansie 5m). Zwalone drzewa trafiają się oczywiście w tych głębokich miejscach. Jedno takie musiałem połamać stając na nim.
Po jakichś 150 m od wpłynięcia w kanał, jest most, a pod mostem powbijane drewniane pale. Są grube - ok 15 cm i powbijane bez sensu, więc trzeba wysiąść z kajaka i go przeprowadzić. Potem jest jakieś 300m meandrów i oba nurty się łączą. Miejsce łączenia łatwo przegapić, lewy kanał na wylocie wygląda jak większy rów melioracyjny.

piątek, 7 grudnia 2018

Gotowanie w terenie - lekko i (w miarę) tanio.

 Kuchenek i menażek turystycznych jest od groma i ciut. Od całkiem tanich chińskich patyczaków za 40pln (są zadziwiająco sprawne), do profesjonalnie drogich zestawów zbudowanych z uranu i pajęczej nici. Trzeba sobie to jakoś wypośrodkować cena vs użyteczność vs jakość.

 Udało się zakupić menażkę z przeceny w Decathlonie, o taką: https://www.decathlon.pl/menaka-aluminiowa-dla-1-osoby-id_8246405.html . Cena regularna to 99pln, ale w listopadzie/grudniu, obniżają na 69 - i uważam że to maksymalna kwota jaką można dać za dwa aluminiowe garnki.
 Co ciekawe, ta menażka jest niemal identyczna (nie ma dziubka), jak ta: Optimus Terra Weekend HF. Tyle że ta profesjonalna kosztuje w przecenie 134pln. Czyli dwa razy więcej.

 Do kompletu trzeba dorzucić palnik. Najpierw miał być BT-3000 za 40pln, bo jest zacny. Ale okazało się że ma łapki za krótkie żeby trzymać radiator. Pomogli sąsiedzi z południa - firma MEVA. Która poza gazownictwem przemysłowym, robi też dla turystyki. Na serwisie aukcyjnym, ich kuchenka HIKER, kosztuje 82pln. Co ciekawe, jest niemal identyczna z kuchenką Optimus Crux, którą w mega promocji można kupić za 130pln

 Można więc skompletować zestaw za 151pln, zamiast za 260pln. Co cieszy.

 UWAGA: Gwinty w kartuszach teoretycznie są takie same, w praktyce bywa różnie. Kuchenka przetestowana z :
 - Optimus Energy 440 i 230 - działa poprawnie (zielone butle)
 - Power Gaz 450 i 220 - działa poprawnie (szare butle)
 - Providusit 220 (granatowe) - NIE DZIAŁA  - na końcu gwintu dodali przetłoczenie, i zaworek w kartuszu się otwiera ledwo ledwo.



Lekkie kuchenki, mają jedną wadę, brak wiatrochronu, jak widać powyżej. Oczywiście można poukładać graty dookoła, żeby zrobić wiatrochron. Albo znowu kupić 'profesjonalny' windshield za 50-80pln. Tak, za kilka aluminiowych listków, firmy śpiewają taką kwotę.




Masz rozum i... ręce to kombinuj. Dwie puszki po piwie, gumowa bransoletka i dziesięć minut pracy. W efekcie powstał bardzo lekki prototyp wiatrochronu.


Ciężko tu wdawać się w szczegóły. Bransoletka na kartuszu, dociska do niego dwa wycinki ze ścianek puszek. Od góry trzeba zrobić trzy małe podcięcia na łapki kuchenki, od dołu przynajmniej jedno na pokrętło. Tutaj uwaga, na lato lepiej zrobić trzy duże pocięcia od dołu, żeby butla się nie rozgrzewała.

Po ustawieniu i zalaniu, można gotować. Idzie to naprawdę ekspresowo.



Po skończeniu gotowania, trzeba wyłączyć gaz, dać zestawowi pięć minut na wystygnięcie i można pakować.

Co do dziur od dołu. Jak się zrobi tylko wycięcie na pokrętło, to butla dość silnie się nagrzewa od promieniowania z palnika. Dlatego na lato, lepiej wyciąć  więcej bo i tak jest ciepło. Za to na zimę, lepiej zostawić więcej materiału i polepszyć warunki palenia.

EDIT:
"Jeśli nie potrafisz czegoś wyrazić cyframi, to znaczy że nic o tym nie wiesz" - Kelvin.

 Nie było rady, trzeba było zrobić DOE i określić wpływ osłony na gotowanie.
Warunki eksperymentu:
Menażka napełniana 0,6litra wody kranowej, grzana do stanu zagotowania. Kuchenka ustawiana na 3,5 obrotu (max to 4,5 obrotu). Gotowanie pod przykryciem górną częścią menażki. Pomiędzy każdym testem 10 minut ustalania temperatury do poziomu otoczenia. Woda zalewana za każdym razem nowa. W trakcie testu na zewnątrz, kuchenka ustawiona na plastikowym stoliku. Słaby wiatr 2-5km/h (bez osłony widać ze ma wpływ na płomień)
Sześć testów, w kolejności jak poniżej:

- Piwnica, temp 15 stopni, bez osłony -- 135 sek
- Ogródek +/-0 stopni, bez osłony - 184 sek
- Ogródek +/-0 stopni, z osłoną - 153 sek
- Ogródek +/-0 stopni, z osłoną - 157 sek
- Ogródek +/-0 stopni, bez osłony - 196 sek
- Piwnica, temp 15 stopni, bez osłony - 145 sek

Taka kolejność pozwala uniknąć wpływu zmiany ilości gazu w kartuszu.

Wykresów robić nie będę, ale z prostych przeliczeń wychodzi:

Gotowanie na zewnątrz bez osłony -   5min 15 sek/ litr,   z osłoną  4min 10 sek - czyli różnica na poziomie 20-25 procent.  Gotowanie wzorcowe - 3min50sek.
Dało się wyraźnie zaobserwować, że dość mocno podgrzewa kartusz - już po kilkudziesięciu sekundach płomień wyraźnie się zwiększał, czyli rosnące ciśnienie wypycha gaz szybciej.

Wniosek

- osłona daje i to dużo jeśli chodzi o czas gotowania
- prawie zrównuje czas z gotowaniem wewnątrz.
- z osłoną ostrożnie, przypuszczam że gotowanie w pomieszczeniu z założoną osłoną przegrzałoby kartusz.












sobota, 27 października 2018

Bułgaria - wycieczka z górami i historią w tle (trochę wody też jest).

 Tym razem szefostwo nie ukrywało. Sprawa jest poważna, więc jedziecie we dwójkę. Miałem wprawdzie niejasne wrażenie że nie do końca ufają mojemu rozsądkowi i umiejętności prowadzenia samochodu, ale we dwójkę raźniej. Macie więc po sto kolumbijskich pesos na łeb, bilet lotniczy i nocleg w najbliższym hotelu w okolicy. Budżet jak u Jamesa Bonda w Casino Royale.
 Pobudka w niedzielę o drugiej trzydzieści. Kawa, taksówka, lotnisko. Wylot o szóstej pięć, do Frankfurtu. Przesiadka i lecimy do Sofii. Około czternastej byliśmy na miejscu. Dla porządku trzeba było popchnąć zegarki o godzinę do przodu (w końcu egzotyczny kraj), wziąć auto z wypożyczalni i w drogę.
 Przejazd przez Sofię, jest intrygujący. Z jednej strony, pokomunistyczne blokowiska w na wpół agonalnym stanie, z drugiej - dużo nowych budynków, dobre drogi i ogólna sympatia otoczenia.
 Droga na Petricz - to jak rajza bez Sosnowiec - czyli droga na zatracenie. Pierwsza połowa, całkiem ok, ale potem wjeżdża się w góry. Droga leci wężykiem, tubylcy lecą stówką, wyprzedzają na trzeciego, zajeżdżają drogę i takie tam atrakcje. Do tego ograniczenia prędkości i masa fotoradarów.
 Do hotelu dotarliśmy chwilę po piątej. Zmęczenie i jet lag zrobiły swoje - spać.
 Poniedziałek rano, pobudka o piątej. Na dworzec ciemno, ale spać się nie chce. Idę na spacer. Hotel ulokowany jest poza miastem. Obok jest szpital, a potem już tylko polna droga.

Na ogrodzeniu tabliczka jak powyżej.  Zrozumiałem tylko tyle że to strefa ochronna. Wdzięczny będę za tłumaczenie tego "leczebno kalonahodiszcze"

 
Błąkając się, dotarłem na stację kolejową w samym środku niczego. Dosłownie niczego. Po drugiej stronie nasypu z peronami są pola, a w pobliskim lasku jedno czy dwa domostwa. Stacji nie ma nawet ma mapach google ;). Ale pociągi się tam zatrzymują.

 Poszedłem trochę w czarną pustkę - mapa pokazywała że w okolicy jest rzeka. Niestety drogi w rzeczywistości nijak nie pasowały do tego co podpowiadał telefon. Zostało więc wrócić do hotelu na śniadanie (serwowali dopiero od ósmej) i jechać do pracy.
 Na kolejne wyjście udało się załapać późnym popołudniem. Znając drogę, szliśmy żwawiej i udało się dojść do rzeki.
 Rzeka typowo górska, płytka, szeroka, dno i brzegi wysypane otoczakami. Szerokość, może trzydzieści metrów, ale po ukształtowaniu brzegu, widać że czasem jest kilka razy szersza.


   Płynie wartko w stronę Grecji, kilka kilometrów dalej jest granica.

   W środę zmienialiśmy lokalizację, z Petricz do Plovdiv przez Sofię. Jest wprawdzie alternatywna droga, przez góry, ale wszyscy ją nam odradzali.

    Ponad osiemdziesiąt kilometrów takiej drogi. O dziwo, bez większych wzniesień. Zrobili ją na płasko, obcinając niektóre góry.

 Przycinanie gór, zostawia niestety takie ostre stoki nad jezdnią.


Na postoju zdjęcie rzeki, tej samej która później dociera do Petricz. Mniej więcej od tego miejsca zaczynają się spływy pontonowe i kajakowe.

 Do Plovdiv dotarliśmy na tyle wcześnie że można było wyjść na miasto pozwiedzać. Wyjście było zupełnie bez pomysłu, bo nie sprawdziliśmy co w mieście jest do oglądania.
 I dlatego było wielkim zaskoczeniem. Z hotelu przez rzekę, a zaraz po drugiej stronie, na górze widać ruiny na szczycie góry. 

  Dojście na górę, przez takie właśnie ładne uliczki.


 Z góry, widok na miasto. Z twierdzy zostały tylko fundamenty, ale planują ją odbudować.


 Schodząc z ruin, weszliśmy coś zjeść. W knajpie łaził oto taki młody kot. Tam wogóle wszędzie są koty. Wypasione, zadbane i bardzo pewne siebie. Jedzenie średnio przypadło mi do gustu. W teorii placek ziemniaczany z serem. Tyle, że zarówno placek jak i ser były lekko kwaskowate, i doprawione szałwią (chyba). Zjadliwe, ale nasz placek po zbójnicku dużo lepszy.



 Schodząc dalej, taki o to zabytkowy słupek. Całe to wzgórze jest zabytkowe. Kamienice pobudowane na fundamentach tysiącletnich budynków...

 Ogromne zaskoczenie. Najstarszy na świecie grecki teatr jest w Bułgarii.


 Najstarsze Bułgarskie gimnazjum


 Wieża kościoła prawosławnego.

 Kolejny zabytek, elegancko wkomponowany w skrzyżowanie na deptaku.


  Mury obronne z czasów Marka Aureliusza.


 Fontanna przed urzędem miejskim.


Śpiewające fontanny. Niestety, czynne były tylko te małe (na pierwszym planie). Fontanna główna, ta w tle która wygląda jak basen miejski, jest uruchamiana tylko od święta.



 I jeszcze taka ciekawostka, kładka dla pieszych, obudowana sklepami po obu stronach.

  Centrum miasta, jest spokojne i bezpieczne. Nawet po zmroku ludzie chodzą, dzieciaki biegają, sklepy są czynne.
   Ciekawostka : jest to najdłużej, w sposób ciągły zamieszkane miasto w Europie. Ponad dwa tysiące lat. Historia jest tu widoczna na każdym kroku. Masa pomników, monumentów, zabytkowych budowli. Mają bardzo dobre podejście do przeszłości- starają się ją zachować jej ślady jak tylko się da. Stąd, górujący nad miastem pomnik Żołnierza Radzieckiego, nie został wyburzony po upadku komunizmu. Zresztą, dla miasta które ma tysiąclecia spisanej historii, komunizm był zaledwie krótkim epizodem. Nie gorszym niż najazdy Gotów czy innych barbarzyńców.

 Wyjazd choć ciężki, bardzo udany.

 Podpowiedzi dla jadących tam:
- Napisy są z reguły w dwóch alfabetach. W miastach są również angielskie tłmaczenia.
- Fonetycznie język nie jest podobny do naszego, ale jeśli ktoś zna cyrylicę, większość napisów odczyta i zrozumie.
- Waluta to lewy, jeden lew kosztuje ok 2pln. Po przeliczeniu, ceny podobne, ale nieco niższe niż u nas.
- Na zwiedzanie Plovdiv trzeba zarezerwować ze trzy dni, żeby zobaczyć wszystko.
- Zwiedzanie Petricz, nie ma większego sensu. Małe miasteczko, ładne, ale bez ciekawych rzeczy.
- Północna część miasta, to niestety blokowiska i strefy przemysłowe, nic ciekawego.
- Góry w paśmie południowym nie za bardzo wyglądają na turystyczne. Strome, kamieniste, dużo osypisk. Na północy jest znacznie lepiej. Są to w większości góry wysokie, pasma powyżej 2,5km.
- Pogoda ja na październik, bardzo dobra. Nad ranem +2, ale już o dziesiątej +22.
- Kraj jest jeszcze bardzo kontrastowy. Z jednej strony historyczny wygląd, jak u naz w Krakowie bądź Toruniu, z drugiej, dużo agencji towarzyskich i kasyn. Przy czym są to przybytki na wizualnym poziomie naszych lat 90.
- Hotele tanie, ale z niskim standardem. Standard taki jak u nas jest w hotelu 2,5/3* jest tam dostępny dopiero w 4* hotelu.