Test

Ogromna prośba do wszystkich którzy tu zaglądają - komentujcie, to co czytacie. I jeśli możecie to piszcie skąd jesteście i jak trafiliście.

czwartek, 21 maja 2020

Ocieplenie domu fińskiego - etap pierwszy.

 To nie ma nic, ale to nic związanego z pływaniem. To konstrukcja DIY czyli własnymi rencami jak mawiał jeden z prezydentów.

 Materiał bazowy kantówka 50x50x2500 i kantówka 50x20x2500. Kolega specjalista od traktorów doradził standaryzacje komponentów - to jest zajebisty pomysł, bo nie trzeba szukać konkretnej długości belki na budowie. Minus taki, że musiałem zamówić kilkadziesiąt łączników, i wkręcić 350 wkrętów więcej.


2020.04.03 (piątek) przyjechał materiał na kratownicę nośną.

 Mizerny efekt pierwszych dwóch dni pracy. Rozstaw łat 60cm, tak żeby pasowała do nich płyta wełny mineralnej bez przycinania. Mocowanie na wkrętach fi fi 6x100 i 120 tak żeby łapały do odeskowania a nie tylko do elewacji. Pierwsza rzecz to przycięcie dwóch belek dystansowych 600mm, które potem się po prostu ustawia a o nie opiera kolejny rząd.


   Tu już mieliśmy trochę wprawy.
 


 Stan na 2020.04.30 (czwartek wieczór)


 Stan na 2020.05.02 (sobota wieczór). Ukończona całkowicie strona północna i zachodnia. Na południowej zrobione tylko belki poziome na parterze. Przy okazji informacja odnośnie konstrukcji domu. Sciany na parterze, mają następującą konstrukcje (patrząc od środka): pełne deskowanie poziome deską 25mm, paroizolacja, rama nośna z kantówek 80x80 wypełnionych ociepleniem, pełne odeskowanie skośne (45*) deską 20mm, warstwa wiatrochronna, elewacja pionowa deską 15mm.
 Na piętrze, nie ma skośnego deskowania. Jest tylko ramiak z belek 80x80, wiatrochron i elewacja. Ponieważ nowa rama musi się trzymać do starej, dlatego odstępy są zwiększone do 92 cm. Ramiak składa się z trzech belek pionowych: między oknami i po jego bokach oraz czterech belek poziomych (jak na zdjęciu na górze).


  
  Stan na 2020.05.04 (poniedziałek). Podstawa pod obróbkę wokół okna. Cienka rurka wychodząca z beczki na wodę, to bypass do mauzera. Przez kilka ostatnich dni, z połówki dachu zeszło 500litrów wody.


  Stan na 2020.05.05 (wtorek). Południowa i wschodnia ściana. Trzy pionowe rzędy na południowej, cztery poziomie na wschodniej, plus jeden skos. Byłoby więcej gdyby nie to że trzy razy lało i musiałem zwijać majdan.

 Stan na 2020.05.07 (czwartek). Cztery pionowe rzędy, plus postawa pod obróbkę wokół okna.

Piątek 2020.05.08 Tylko dwa rzędy nabite. Jak na razie to maksymalna wysokość, do której można robić samemu. Narzędzia odstawia się między elementy kratownicy, lub stawia na parapecie. Wyżej, musi być już ktoś kto będzie podawał wkrętarki przez okno.


 Nadal ten sam piątek. Usuwanie starej izolacji z tyłu domu. To jest najprawdopodobniej izolacja celulozowa. Ostatnio po kilkuletniej dominacji wełny mineralnej i styropianu, do łask wracają izolacje z wełny drzewnej lub celulozowej.
  Miałem sporo obaw co do tej izolacji. To co wyciągnąłem wygląda niespecjalnie. Ale, jest całkowicie suche, nie ma śladów gnicia czy jakiegoś robactwa. Jest to dobry znak, biorąc pod uwagę że przeleżała w stropie kilkadziesiąt lat.

Sobota 2020.05.09 Na południowej ścianie przymocowana JEDNA deska nad oknem. Półtorej godziny dłubania z podcinaniem i przymierzaniem. Za to nabite cztery rzędy z tyłu, żeby było jakiś postęp wogóle widać. ;)


 Piątek 2020.05.15 - przyjechała nowa wełna.


 I korzystając z chwil bez deszczu, udało się dokończyć kratownicę na południowej ścianie.


Niedziela 2020.05.17. W sobotę usunąłem stary wiatrołap, i resztę ocieplenia spod okapów z tyłu domu. Zrobiłem prowizoryczny daszek. W niedzielę obróbka wokół okna po prawej i reszta pionowych desek. Skończyły się wkręty do złączy ciesielskich, skończyły się wkręty 6x120 do mocowania poziomych desek, prace trzeba przerwać do poniedziałku.


 Sroda 2020.05.20. W końcu dojechały wkręty. Okazuje się że większość sklepów sprzedaje łączniki, a nie sprzedaje wkrętów do nich. Wszyscy montują na rympał zwykłymi wkrętami do drewna.

  Pierwszy etap prac, czyli kratownicę można uznać za skończony ;)
300 wkrętów fi 8, 700 wkrętów fi 6, 350 wkrętów fi 5, kilkadziesiąt łączników ciesielskich różnych typów, półtorej baniaka impregnatu w kolorze zielonym..
Zostało 27 kantówek, będzie z czego na jesieni zrobić wiatrołap.
 Zaczynałem od przodu domu, potem boki, tył na koniec. Poziome belki które doszły do drzwi, różnią się na wysokości tylko o 2mm !

Jutro  przyjeżdża elewacja, deski 140x15x3000mm frezowane na pióro-wpust.

piątek, 3 kwietnia 2020

Meksyk po raz pierwszy - magiel.

   Wyjazd sprzed lat, pierwszy raz na taki dystans. Służbowy bo służbowy, ale zawsze udało się coś zobaczyć i poznać. Od razu uprzedzam, na dziwne rzeczy zwracam uwagę ;)

  Pobudka o nikczemnej porze, dobrze że to już maj i wcześnie robi się widno. Taksówka do Pyrzowic, skok do Monachium. Nie podejrzewałem wtedy że przelot Pyrzowice-Monachium albo Pyrzowice-Frankfurt stanie się dla mnie czymś takim jak przejazd PKSem z Sosnowca do Krakowa.
  Nic to, po długim transkontynentalnym locie z Monachium, wylądowaliśmy w Huston. Potem zaczęło się wariactwo. Do tej pory latałem tylko po EU, więc godzina-półtorej na przesiadkę to zawsze było aż nadto czasu na lotnisku. Poza tym, lotniska w Europie nie są aż tak wielkie.
 Najpierw po bagaże i od razu pierwsze zdziwienie. No tak, rozładowanie takiego samolotu trwa, a czas leci. Potem już biegiem do urzędnika imigracyjnego. Pomimo tego że w Stanach mieliśmy tylko przesiadkę, to i tak trzeba było przejść pełną odprawę wizową.
 Zegarek tyka.
 Po odprawie, bieg na pociąg. Dzięki projektantom za ruchome chodniki. Dopadliśmy pociąg. Ciekawostka - bezzałogowy. Kilkanaście minut jazdy koleją napowietrzną. 2-3 kilometry może więcej i już jesteśmy na terminalu wylotowym.
 Lotnisko ma taki gabaryt że między teminalami się jeździ pociągiem. Więcej szczęscia niż rozumu - wylot do Meksyku się opóźnił i tylko dlatego zdążyliśmy.
 Dwie godziny później wylądowaliśmy na lotnisku w Monterrey. Ogromna chwila stresu, bo okazało się że do Meksyku też obowiązują wizy. Na szczęście, cała procedura to wbicie pieczątki do paszportu.
 Z lotniska odebrał nas firmowy taksówkarz. Przed wyjazdem kręciliśmy nosami na to że nie możemy wziąć po prostu auta z wypożyczalni, ale potem się okazało że firmowy transport to lepsza opcja.

 Widok z hotelowego okna. Mógłbym się pochwalić - Hilton. Ale co z tego, w tej okolicy są same sieciówki. Poza tym to nie CopaCabana, tylko... no nawet nie przedmieścia...po prostu skrajne rubieże Monterrey. Dla wyjaśnienia. To ogromne miasto (2,5mln) leży u stóp gór. Wygląda to tak. Na stoku góry luksusowe hotele i posiadłości. Zaraz poniżej miasto. Potem ogromne pola z deszczownicami. Następnie zona intustriala ciągnąca się 20km. A na samym końcu... tak właśnie ta hotelowa ulica. Pięć hoteli, kilka knajp, sklep 7-11, kładka nad drogą i pustka. Dalej już po horyzont ichnia odmiana pustyni z niskimi krzakami.

  Pokój hiltonowski ale skromny. Biurko, łóżko, klimatyzator. No telewizor też był.


 I taki kwiatek. Zraszacz nie na suficie tylko na ścianie. I karteczka z ostrzeżeniem żeby nic na nim nie wieszać.


 Ostania firma strefy przemysłowej. Ten mur ma ok 6.6-7m wysokości i drut kolczasty na górze. To nam dało do myślenia że okolica jest naprawdę niebezpieczna i nie bez powodu nie pozwolona nam jeździć samym.


  Meksykańska autostrada. Rudy budynek po prawej, to hotel zaraz obok mojego.

 Dalej nie ma już nic... nawet zszedłem z kładki nad drogą na drugą stronę i trafiłem na tabliczkę "Beware of snakes" więc poszedłem po rozum do głowy i wróciłem.
  Węże są tam na serio w dużych ilościach. Tak samo jak duże pająki. Przy nastepnym wyjeździe się przekonałem, że okna w hotelach na parterze się nie otwierają - właśnie z tego powodu.
  Raz siedząc przy basenie w hotelu wiedzieliśmy jak jakiś orzeł niesie w rękach węża. Polecam zobaczyć jak wygląda herb tego miasta ;)

  Ciekawostka. Nazwaliśmy to żółwie. To nie jest próg spowalniający. To rozdzielenie pasów ruchu. To samo co u nas paski wymalowane na asfalcie. Paskami po prostu nikt się tam nie przejmuje.



  Z przyczyn bezpieczeństwa zabrano nas tylko na kilka godzin na wycieczkę do ścisłego centrum. To znaczy ochroniarz nas zabrał. Poza tym dwa tygodnie siedzieliśmy w hotelu albo w pracy. Wszystko to wydawało nam się mocno przesadzone. Dopiero w poniedziałek rano jak przy śniadaniu leciała lokalna TV, usłyszeliśmy " w mieniony weekend w Monterrey zginęło w wyniku przestępstw 72 osoby". Prezenter mówił to takim samym głosem jak "jutro czterdzieści stopni i brak opadów". NORMA.




  Lokalne centrum handlowe stylizowane na stare.

 I autentyczny stary kościół, niestety w trakcie renowacji więc nie dało się podejść bliżej.

  Ratusz. Beton i kratownice królują. Taki brutalistyczny styl jest teraz tam modny. Temperatura nieziemskie 40 stopni w cieniu. Ilość słońca która daje poparzenia skóry po kilku minutach. I nieustający zapach magla.
Kto był w takim starym maglu z maszyną do prasowania? Gorąc, para wodna i charakterystyczny zapach gorącego materiału - tak pachnie Monterrey.
 Ten zapach i temperatura towarzyszyły nam cały czas.

 Lokalna roślinność. Obłędnie intensywnie zielony kolor. Mój Nikon klękał pod nawałą światła. Jaki bym program nie wybrał, większość zdjęć była prześwietlona.


 Fontanna. Tak z 50m średnicy.


 A to nie jest rzeka. To dalsza część fontanny. Całość ma jakieś 700m długości. Naprawdę duża fontanna.

 No i na koniec film tam nakręcony. Robiony Colpixem, który nie do tego był projektowany, stąd jakość mizerna.



 I w zasadzie tyle co można napisać o pobycie. Gorąc, magiel i żółte stalowe żółwie - najbardziej mi to zapadło w pamięć.

 Zwiedzania więcej nie było, więc więcej ciekawych zdjęć też nie mam.

 Wróciliśmy po dwóch tygodniach, w dużo mniej wariackim stylu bo mieliśmy dłuższe przesiadki.

Podpowiedź: jeśli ktoś by się tam wybierał. Nasza Czysta Wyborowa albo Zubrówka to najlepszy prezent jaki można tam komuś przywieźć z Polski. Lokalnie jest mniej więcej pięciokrotnie droższa niż ichnia "standardowa" Tequila.

Monterrey to nie jest teren turystyczny. Chyba że góry. Porwania, narkotyki i inne nieprzyjemności mogą tam spotkać nadzwyczaj łatwo.
Jeśli jedziesz własnym autem, unikaj aut policyjnych. Tam policja ma prawo ostrzelać każdego jeśli uznają że ich śledzi.
Walute wymień w Polsce nie na miejscu.
Uważaj na pamiątki. OMC byśmy mieli problemy bo chcieli nam sprzedać ozdobę z orlich piór. Kupić można, tyle że próba wywozu skończy się źle.

piątek, 27 marca 2020

USA - wycieczka z wodą w tle.

  Wyjazd sprzed kilku dobrych lat. Doszło do niego w klasyczny sposób - czyli przypadkiem. Szef przyszedł i zapytał: widziałeś kiedyś prund? Ano nie widziałem - odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Prund to takie magiczne coś, co nikt nie widział tego, z resztą na co to komu, świeczka też dobra.
  Szef się trochę zasępił, bo właśnie się zorientował że srogo musiałem naściemniać na rozmowie kwalifikacyjnej. Ale po chwili mu się uśmiech poluzował.
 To pojedziesz do Hameryki, zobaczyć prund.

 No i pojechałem. Poleciałem. Wyjazd z domu o jakiejś nikczemnej porannej godzinie. Pyrzowice - Monachium. Krótki lot, jako że to były moje początkowe wyjazdy, ledwo powstrzymałem się od klaskania po wylądowaniu. Potem kilka godzin czekania na lotnisku i wsiadamy do transatlantyka.
 Przelot do Nowego Yorku - jakieś 11 godzin. Po doświadczeniach z ostatniego długiego lotu, tym razem ograniczyłem się do picia, przez co nie skończyłem końcówki podróży w toalecie.


 Na miejscu odprawa, cło, imigracyjny i papierkologia. Po dwóch godzinach, po raz trzeci stanąłem na amerykańskiej ziemi.
 Teraz już tylko dwugodzinny lot do Eden Praire, potem wypożyczalnia i już po 27 godzinach podróży byliśmy w hotelu.
  Od następnego dnia praca, praca i praca.


 Dostałem standardowe korporacyjne miejsce pracy - kubik. Dzięki niemu mogłem się poczuć jak Dilbert z komiksów Scotta Adamsa ;)

 Jednak nie dane mi było zakosztować luksusowego odgniatania krzesła w biurze, bo większość czasu spędzałem na patrzeniu jak wygląda prąd. Prąd był schowany w tej szafie na końcu pomieszczenia.

 Po pracy - hotel. No ale ileż dni można siedzieć w hotelu. Poza tym, ponieważ Hameryka jest daleko i tam jest inny czas to jak wracałem do hotelu, to dzwonił szef i pytał: Widziałeś ten prund? Widziałeś? Opowiadaj, jak wygląda.

 Na szczęście obok był park. Dziesięć minuta na piechotę. Osoba która idzie w USA na spacer jest tak dziwnym zjawiskiem, że kilka razy kierowcy się zatrzymywali i pytali czy mi się auto nie zepsuło. Sam park ciekawy. Podzielony na część do grania w ringo-golf, kąpielisko, plac zabaw, ścieżki do wyprowadzania psów, ścieżki do jazdy konnej, i ścieżki dla tych co nie mają konia ani psa tylko rower.
 Genialne w swojej prostocie rozwiązanie. Każdy rodzaj ludzi ma swoje ścieżki i nikt nikomu w niczym nie przeszkadza.


 Widok na jedno jezioro.

 I na inne jezioro ( w sumie było trzy).

 I kąpielisko z dużym napisem - BRAK RATOWNIKA NA OBIEKCIE. Tak, tam obywatel ma prawo pływać a nawet się utopić jeśli chce. I nikomu nic do tego.

Oczywiście wlazłem do wody popływać. Pomimo tego że to luty i tylko ciut cieplej niż u nas.

  Jest i fajny pomost. Ciekawostka. To nie jest drewno. To wygląda jak fakturowany beton.

  Jadłodalnia na obiekcie - nieczynna, bo poza sezonem. Co ciekawe, cała pokryta drewnianym gontem.

  Słupy po których są kable z prondem też są drewniane.

  Domy mają faktycznie duze... i drewniane.

  Albo małe.. i drewniane za to z plastikową fasadą.

  Nie, to nie jest McDonald. To jest przedszkole.

  Kamień ozdobny.

  I dzikie gęsi przy stacji benzynowej. Pełno tego tam łazi, i wszyscy je omijają. Chronione, albo co.

  Jak już obejrzałem prąd z każdej strony, trzeba było wracać do domu. Przelot na tej samej trasie, tyle że jeszcze dłuższy. Bo coś zrobiłem nie tak wybierając lot powrotny i w Monachium miałem 6,5 godziny czekania na lot do Polski.

  I tyle. Po powrocie do Polski musiałem jeszcze raz opowiedzieć jak wygląda prund.





niedziela, 22 marca 2020

Potok Bobrek w Sosnowcu.

Potok Bobrek czyli z braku laku i kit dobry. ;) Jak się nie mieszka na jakimś pojezierzu, trzeba się zadowalać mniejszymi ciekami wodnymi. Ten akurat potok, zaczyna się w Dąbrowie Górniczej a kończy w Sosnowcu na Niwce, uchodząc do Białej Przemszy.

Najpierw mapa, początkowego biegu (jakieś dwa kilometry..)

Punkt zerowy to potok Rakówka wypływający z jakiegoś akwenu wodnego.

 (0) Punkt zerowy, pod prąd. Widać że zbiornik wodny jest z gatunku okresowych. Przy czym bardzo mnie zastanawia kto to projektował. Potok Rakówka, który zaczyna się w DG to do tego miejsca potoczek. 2-3 metry szerokosci, i wody do pól łydki. Mimo tego już w tym miejscu zrobiony jest zbiornik buforowy o wymiarach 150 na 500m, z głębokością piętrzenia jakieś 4 metry. Jakie roztopy musiały tu być że to jest potrzebne?
 W teorii, można spływ Rakówką zacząć z DG jakiś kilometr wcześniej: na tym dystansie są: dwa przepusty kolejowe (spływalne), jaz (niespływalny 3m wyskości), przepust rurowy (niespływalny), próg wodny (spływalny), most drogowy (spływalny) i jakieś 200 m w tym zbiorniku buforowym który ma nieprzyjemny zapach.

 (0) Punkt zerowy na mapie, widok z prądem. Zdjęcie robione z przelewu zbiornika. Normalnie woda jest odprowadzana dwoma rurami biegnącymi pod spodem.


 (1) .Zdjęcie z nasypu w kierunku na Dąbrowę Górniczą. Potok z lewej strony, to nie jest Bobrek, tylko Rakówka.  Bobrek to ten słabo widoczny rów, odchodzący w prawo.Z powodu małej ilości śniegu zimą, nie miał co odprowadzać i wysechł.

 (1) Z tego samego nasypu, ale w stronę Sosnowca (z nurtem). Trzy-cztery metry szerokości, wody do kolan.

 (2)Kolejny most. W miejscu gdzie ulica Bobrek zmienia się na ulicę Szałasowizna. średnica rur, około półtora metra.

(2) Z nurtem, poniżej mostu rurowego. Płytko, dużo gałęzi.

 (3) Most w dzielnicy Kazimierz, ulica Armii Krajowe.  Kierunek pod prąd.


(3) Ten sam most, ale po drugiej stronie.

 Druga część mapy (nie do wszystkich mostów mam zdjecia)

 (6). Most przy ul. Ligonia. To jest ten z wysokimi larsenami po obu stronach.


(8) Pod mostem na Wileckiej. Ten z kolei ze względu na zwisające rośliny wygląda jak żywcem wyjęty z "Pikniku na skraju drogi".