środa, 11 kwietnia 2018

Spływ kajakowy - Dunaj


 Trafiła się okazja podróży aż na koniec Słowacji. Praktycznie do samej granicy z Węgrami. Mapa podpowiedziała że granica leży na rzece Dunaj.
 Nie można było przepuścić takiej okazji, kajak był dziejową koniecznością. Na szczęście da się go złożyć, więc bez problemu zmieścił się w bagażniku. Zaplanowaliśmy wczesny wyjazd, tak żeby jak najwcześniej być na miejscu. I jak najwięcej zobaczyć na miejscu.
 Oczywiście plany to jedno, a życie jak zwykle swoje.
 Dojechaliśmy do mostu nad odnogą rzeki o 15.40. Przy okazji odkryliśmy że zaraz obok jest ośrodek dla uchodźców. W sumie niegłupie rozwiązanie. Ten most jest jedynym mostem w promieniu 20km, a rzeka ma tak trudny nurt, że przepłynięcie w poprzek - wpłat, jest bardzo ryzykowne.
 Przy wypakowywaniu klamotów, okazało się że przy zamykaniu klapy uszkodziłem wiosło. Jedna z rurek była zgnieciona. Chwila nerwów, ale na szczęście udało się je złożyć przy użyciu siły.
 Mając wszystko przygotowane, ruszyłem nad wodę.
 I od razu - ogromne zdziwienie. Rzeka płynie w przeciwną stronę do planowanej. Ze wschodu na zachód. Zdębiałem. Sprawdzałem przecież trzy razy. Telefon, wikipedia i.... i jednak wszystko jest ok. Po prostu silny wiatr powoduje że fale poruszają się przeciwnie do nurtu.



Planowane miejsce się nie sprawdziło, błoto, gałęzie i komary.  Trzeba było się przejść jednak do rzeki, czyli pod kolejny most.

Na szczęście w drugim miejscu, zejście do wody było eleganckie - schodki, wodowskaz, krótko mówiąc luksusy. Dzięki temu, mogłem wrzucić kajak do wody, poczekać aż powietrze w dnie się schłodzi i dopompować je do otwarcia zaworu bezpieczeństwa.


Start. Most jest ogromny, jak wszystko na tej rzece.

Woda szeroka na dobre 300m. Bardzo silny wiatr, spora fala. Najgorszych warunków nie fotografowałem, bo byłem zajęty wiosłowaniem. Co ważne - po obu stronach, w nurcie są kamienne ostrogi. Ze względu na prędkość nurtu, zawirowania za ostrogami są bardzo silne.
 W dodatku, na niektórych odcinkach, ostrogi się rozmyły i są pół metra pod wodą. W takich miejscach, woda jest pozornie spokojna, ale jak się w taki obszar wpłynie - ciężko się z niego wydostać.



   Brzeg po słowackiej stronie. Widać że lepiej umocniony kamieniami. Po węgierskiej umocnień, poza osiedlami jest znacznie mniej.


Postój po węgierskiej stronie.  Ciepło słonecznie, plaża z otoczaków. W trakcie całego spływu widziałem kilka miejsc, gdzie można by spokojnie i bezpiecznie przenocować.


 Migawka ze spływu. Tylko tyle udało się nakręcić bez szalonego rzucania kamerą.


Połowa spływu. Osiedle i zakłady na wyspie.

 Port rzeczny. Biała flota, kutry obsługi technicznej, policja.

 Nabrzeże ładunkowe (piasek) po stronie słowackiej. Ślad wody jakieś dwa metry wyżej niż w dniu spływu.

No i sam piasek też. Zacne sterty.

 Malownicze osiedle na Węgrzech. Widać że rzeka żyje. Sporo łódek na posesjach, dwa miejsca do wygodnego wodowania.

 Obowiązkowe selfie - tak naprawdę tam byłem.

 Ichnia biała flota. Dwa pokłady widokowe, pierwsza i druga klasa... Na oko, stateczek może spokojnie zabrać nawet tysiąc osób. Jednostka płynęła torem wodnym, więc ja sobie uciekłem poza jego obrys.

 EDIT : znalazłem ten 'stateczek' w sieci. Zabiera tylko 168 osób. W bardzo luksusowych, jedno i dwuosobowych kabinach. To nijak nie pasuje do tego co u nas jest białą flotą.

 Ciekawostka. Droga jest wytyczona bardzo dokładnie. Boje torowe, znaki na brzegu, nawet oświetlenie (!) w szczególnie trudnych miejscach.
 I monitoring po Słowackiej stronie. Podejrzewam że bynajmniej nie z powodu żeglugi.


 Ujście małej rzeczki. Można tu zakończyć rejs, ale tylko jeśli nie padało. Wtedy śluza na rzece jest zamknięta i nurtu w zakolu nie ma. Od 1889 km, trzeba się już trzymać lewego brzegu, bo nurt z łatwością przeniesie za to zakole. Jest ono jakieś 50m poniżej znaku 1888km.

 Suszenie kajaka po spływie.

 Ostatni rzut oka na Dunaj. Jeszcze ponad tysiąc osiemset kilometrów do ujścia. Żeby tak kiedyś mieć dość czasu na całość.

  Jazz połączony ze śluzą, na dopływającej rzeczce.

I sama rzeczka dopływająca do Dunaju. Oryginalnie planowałem, że popłynę nią w górę. Jest jednak mocno zarośnięta, komarów jest masa, no i była już 19 z minutami a słońce zaczęło się chować za horyzontem.


Na koniec jeszcze sms po transport, i dwadzieścia minut później Dobry Człowiek po mnie przyjechał.