piątek, 3 kwietnia 2020

Meksyk po raz pierwszy - magiel.

   Wyjazd sprzed lat, pierwszy raz na taki dystans. Służbowy bo służbowy, ale zawsze udało się coś zobaczyć i poznać. Od razu uprzedzam, na dziwne rzeczy zwracam uwagę ;)

  Pobudka o nikczemnej porze, dobrze że to już maj i wcześnie robi się widno. Taksówka do Pyrzowic, skok do Monachium. Nie podejrzewałem wtedy że przelot Pyrzowice-Monachium albo Pyrzowice-Frankfurt stanie się dla mnie czymś takim jak przejazd PKSem z Sosnowca do Krakowa.
  Nic to, po długim transkontynentalnym locie z Monachium, wylądowaliśmy w Huston. Potem zaczęło się wariactwo. Do tej pory latałem tylko po EU, więc godzina-półtorej na przesiadkę to zawsze było aż nadto czasu na lotnisku. Poza tym, lotniska w Europie nie są aż tak wielkie.
 Najpierw po bagaże i od razu pierwsze zdziwienie. No tak, rozładowanie takiego samolotu trwa, a czas leci. Potem już biegiem do urzędnika imigracyjnego. Pomimo tego że w Stanach mieliśmy tylko przesiadkę, to i tak trzeba było przejść pełną odprawę wizową.
 Zegarek tyka.
 Po odprawie, bieg na pociąg. Dzięki projektantom za ruchome chodniki. Dopadliśmy pociąg. Ciekawostka - bezzałogowy. Kilkanaście minut jazdy koleją napowietrzną. 2-3 kilometry może więcej i już jesteśmy na terminalu wylotowym.
 Lotnisko ma taki gabaryt że między teminalami się jeździ pociągiem. Więcej szczęscia niż rozumu - wylot do Meksyku się opóźnił i tylko dlatego zdążyliśmy.
 Dwie godziny później wylądowaliśmy na lotnisku w Monterrey. Ogromna chwila stresu, bo okazało się że do Meksyku też obowiązują wizy. Na szczęście, cała procedura to wbicie pieczątki do paszportu.
 Z lotniska odebrał nas firmowy taksówkarz. Przed wyjazdem kręciliśmy nosami na to że nie możemy wziąć po prostu auta z wypożyczalni, ale potem się okazało że firmowy transport to lepsza opcja.

 Widok z hotelowego okna. Mógłbym się pochwalić - Hilton. Ale co z tego, w tej okolicy są same sieciówki. Poza tym to nie CopaCabana, tylko... no nawet nie przedmieścia...po prostu skrajne rubieże Monterrey. Dla wyjaśnienia. To ogromne miasto (2,5mln) leży u stóp gór. Wygląda to tak. Na stoku góry luksusowe hotele i posiadłości. Zaraz poniżej miasto. Potem ogromne pola z deszczownicami. Następnie zona intustriala ciągnąca się 20km. A na samym końcu... tak właśnie ta hotelowa ulica. Pięć hoteli, kilka knajp, sklep 7-11, kładka nad drogą i pustka. Dalej już po horyzont ichnia odmiana pustyni z niskimi krzakami.

  Pokój hiltonowski ale skromny. Biurko, łóżko, klimatyzator. No telewizor też był.


 I taki kwiatek. Zraszacz nie na suficie tylko na ścianie. I karteczka z ostrzeżeniem żeby nic na nim nie wieszać.


 Ostania firma strefy przemysłowej. Ten mur ma ok 6.6-7m wysokości i drut kolczasty na górze. To nam dało do myślenia że okolica jest naprawdę niebezpieczna i nie bez powodu nie pozwolona nam jeździć samym.


  Meksykańska autostrada. Rudy budynek po prawej, to hotel zaraz obok mojego.

 Dalej nie ma już nic... nawet zszedłem z kładki nad drogą na drugą stronę i trafiłem na tabliczkę "Beware of snakes" więc poszedłem po rozum do głowy i wróciłem.
  Węże są tam na serio w dużych ilościach. Tak samo jak duże pająki. Przy nastepnym wyjeździe się przekonałem, że okna w hotelach na parterze się nie otwierają - właśnie z tego powodu.
  Raz siedząc przy basenie w hotelu wiedzieliśmy jak jakiś orzeł niesie w rękach węża. Polecam zobaczyć jak wygląda herb tego miasta ;)

  Ciekawostka. Nazwaliśmy to żółwie. To nie jest próg spowalniający. To rozdzielenie pasów ruchu. To samo co u nas paski wymalowane na asfalcie. Paskami po prostu nikt się tam nie przejmuje.



  Z przyczyn bezpieczeństwa zabrano nas tylko na kilka godzin na wycieczkę do ścisłego centrum. To znaczy ochroniarz nas zabrał. Poza tym dwa tygodnie siedzieliśmy w hotelu albo w pracy. Wszystko to wydawało nam się mocno przesadzone. Dopiero w poniedziałek rano jak przy śniadaniu leciała lokalna TV, usłyszeliśmy " w mieniony weekend w Monterrey zginęło w wyniku przestępstw 72 osoby". Prezenter mówił to takim samym głosem jak "jutro czterdzieści stopni i brak opadów". NORMA.




  Lokalne centrum handlowe stylizowane na stare.

 I autentyczny stary kościół, niestety w trakcie renowacji więc nie dało się podejść bliżej.

  Ratusz. Beton i kratownice królują. Taki brutalistyczny styl jest teraz tam modny. Temperatura nieziemskie 40 stopni w cieniu. Ilość słońca która daje poparzenia skóry po kilku minutach. I nieustający zapach magla.
Kto był w takim starym maglu z maszyną do prasowania? Gorąc, para wodna i charakterystyczny zapach gorącego materiału - tak pachnie Monterrey.
 Ten zapach i temperatura towarzyszyły nam cały czas.

 Lokalna roślinność. Obłędnie intensywnie zielony kolor. Mój Nikon klękał pod nawałą światła. Jaki bym program nie wybrał, większość zdjęć była prześwietlona.


 Fontanna. Tak z 50m średnicy.


 A to nie jest rzeka. To dalsza część fontanny. Całość ma jakieś 700m długości. Naprawdę duża fontanna.

 No i na koniec film tam nakręcony. Robiony Colpixem, który nie do tego był projektowany, stąd jakość mizerna.



 I w zasadzie tyle co można napisać o pobycie. Gorąc, magiel i żółte stalowe żółwie - najbardziej mi to zapadło w pamięć.

 Zwiedzania więcej nie było, więc więcej ciekawych zdjęć też nie mam.

 Wróciliśmy po dwóch tygodniach, w dużo mniej wariackim stylu bo mieliśmy dłuższe przesiadki.

Podpowiedź: jeśli ktoś by się tam wybierał. Nasza Czysta Wyborowa albo Zubrówka to najlepszy prezent jaki można tam komuś przywieźć z Polski. Lokalnie jest mniej więcej pięciokrotnie droższa niż ichnia "standardowa" Tequila.

Monterrey to nie jest teren turystyczny. Chyba że góry. Porwania, narkotyki i inne nieprzyjemności mogą tam spotkać nadzwyczaj łatwo.
Jeśli jedziesz własnym autem, unikaj aut policyjnych. Tam policja ma prawo ostrzelać każdego jeśli uznają że ich śledzi.
Walute wymień w Polsce nie na miejscu.
Uważaj na pamiątki. OMC byśmy mieli problemy bo chcieli nam sprzedać ozdobę z orlich piór. Kupić można, tyle że próba wywozu skończy się źle.