Test

Ogromna prośba do wszystkich którzy tu zaglądają - komentujcie, to co czytacie. I jeśli możecie to piszcie skąd jesteście i jak trafiliście.

sobota, 25 czerwca 2022

Spływ Wisłą z Krakowa do Kazimierza Dolnego.

 W telegraficznym skrócie :)

Dzien 1  (kilometry od 76 do 100)

Zaczynam w Krakowie, 19 czerwca mniej więcej koło godziny 12.00. Miejsce startu pod mostem, zaraz obok Wawelu. Skwar nieziemski - podobno najcieplejszy dzień roku. Wisła jest tu szeroka i skanalizowana. Betonowe nabrzeża po obu stronach i zapory regulujące stan wody. Dla kajakarzy do źle, bo nurtu prawie nie ma. Ale jest to niezbędne jeśli nadal chcemy mieć Kraków. Jeśli ktoś powątpiewa... polecam poszukac dwóch rzeczy. Starych zdjęć niskiej Wisły w latach 30 i 50 ubiegłego wieku. Czasem w centrum Krakowa można było przejść z brzegu na brzeg. Drgua rzecz wymaga wizyty w tym mieście i poszukania w kościołach. W kilku z nich zaznaczone są linie wysokiej wody z największych powodzi. W skrócie, bez zapór i śluz Wisła albo byłaby strumykiem albo zalewała prawie że do rynku. 

 Wiosłuję w upale. Po godzinie docieram do pierwszej śluzy. Krótki telefon, chwila czekania i darmowe śluzowanie. Kiedyś kosztowało 4-5pln teraz jest w całym kraju darmo. ;) Potem znowu do wioseł. Brzeg na tym odcinku jest mało ciekawy, widac zabudowania, drogi miasto - no generalnie cywilizacja. Jako że płynę to drugi raz, to chce pokonac ten kawałek jak najszybciej.

 Docieram do Sluzy Przewóz. Ta Sluza praktycznie nigdy nie działa bo jest za mało wody. Jak planowano uregulowanie Wisły, to 20km dalej miała być kolejna śluza, ale nie powstała. Wiec poziom wody za Przewozem zawsze jest za niski.

 Ta przenoska jest mordercza. Upał niemożebny, a do przeniesienia jest cała długość kanału za śluzą, plus minus 200m, plus oczywiście 150m przez samą śluze. Po tej przenosce to mam mroczki przed oczami i kręci mi sie w głowie.

 Ruszam dalej, ale nurt nie niesie. Jest wyjątkowo niski stan (wszystkie wodowskazy na czarno) i rzeka przesuwa sie może z predkoscia 1km/h.

 Docieram do 100km. Tu powstają zaczatki przystani flisackiej. Z pomocą opa wyciągam kajak na brzeg. Jest miejsce na namiot na świeżo skoszonym sianie. Jest też bar z prysznicem z kilka złotych. Robie zapas wody, zjadam ciastko i owsiankę, rozstawiam namiot. Kąpiel i wykończony kładę się spać.

Ze spaniem jest problem. Muszę zostawić otwarty tropik. Jak go zamykam to opary z siana od razu powodują ból głowy. Jak otwieram to jest zimniej, ale głowa nie boli.

 Koło jedenastej wybudam sie kiedy dopływa kolejny kajakarz. Ten startował z zerowego i nie dosc że walczył z temperaturą i powolnym nurtem, to jeszcze stopień Kościuszko był zamknięty z powodu zawodów i gość się ewidentnie przemęczył. Słysze jak rozmawia z obsługą przystani i mam wrażenie że ma udar cieplny bo mówi bardzo nieskładnie.


Dzień 2 (kilometry 100-160)


Pobudka wcześnie rano. Pakowanie kajaka i koło 8 jestem na wodzie. Mimo młodej godziny żar się leje z nieba. Czapka zydwetka, ręcznik na kolanach, masa kremu do opalania na rekach. 

Płynę. 

Na tym odcinku po obu stronach są wysokie wały więc nie widać nic poza nimi. Mijam Niepołomice. Jakieś dwie godziny później spotykam małżeństwo na starym kajaku. To emeryci którzy płyna do Gdańska. Mają czas, są dobrze wyekwipowani i widac ze nic ich nie goni.

Udaje mi się utrzymać tempo 6km/h. Piję rozpuszcone tabletki z magnezem, koło południa zatrzymuje się na obiad i wciągam MRE podgrzane na gazie. Smakuje paskudnie. Wydaje mi się że kiedys były smaczniejsze.

Na 119 kilometrze trafiam na bystrze zaraz za zakrętem. Próbuje spłynąć prawą stroną ale kajak więźnie na kamieniach. Trzeba wyskoczyć i przepławić na cumie. Tak czy inaczej  do środka wlewa się sporo wody. I nie ukrywam, przedarcie się przez to bystrze było wyczepujące.

Co chwila moczę w wodzie czapkę-zydwestkę żeby choć czerep się wychłodził. Często też zanurzam dłonie w wodzie - na mokrej skórze wolniej robią sie odciski.

Około 17.00 zaczyna się chmurzyć na poważnie. Daje to ulge od słońca ale staje się niesamowicie duszno.Mniej więcej wtedy kończy mi się woda do picia.

 O  osiemnastej docieram do Opatowca i wtedy zaczyna lekko padać. Wyciągam kajak na brzeg zaraz za przeprawą promową. Próbuję wypytać ludzi na brzegu - gdzie sklep, ale wszyscy przyjezni. GPS prowadzi do dwóch sklepów, które zlikwidowano. W końcu w deszczu trafiam do delikatesów. Usta mam tak wyschnięte że na migi musze pokazac ze chce coś do picia. Odwodniłem się potężnie. Kupuje soki, duży baniak wody, i ostatnią, zeschłą słodką bułkę.

Wracam do promu. Ląduje na cyplu pomiędy Wisłą i Dunajcem. Rozbijam namiot i mając na uwadze opady zakładam wszystkie odciągi. To był dobry pomył. W nocy zaczyna potężnie wiać. Na wpoły śpiący zapinam jeszcze wewnętrzne paski stabilizujące w namiocie.

Potem już śpię do rana.


Dzień 3 (Kilometry 160-230).


 Pobudka przed szóstą. Na wodzie jestem dopiero dwadzieścia po ósmej. Zmęczenie nie pozwala się chyżo poruszać. Od samego rana wieje zimny wiatr. Słońce pojawia się okresowo i wtedy przygrzewa.

 Wiatr na szczęście wieje w plecy, więc prędkośc płynięcia trochę wzrasta - do 7km/h. Potem dzieje się wszystko. Dwa albo trzy razy dopada mnie deszcz. Ze względu na niski stan wody i kiepską widoczność trudno wypatrywać łach piasku. Przez to kilka razy kajak utyka na dnie. Trzeba wysiadac i przepychac na głębszą wodę. Zamiast obiadu jest kawałek rozpuszczonej czekolady i woda z sokiem. 

Na tym odcinku rzeka jest znacznie szersza, a wały niższe. Ponieważ jednak brzegi są zarośnięte drzew przy drzewie, nie ma co podziwiac na brzegu. Ot od czasu do czasu zza wałów i drzew widać pojedyncze dachy.

Mijak pracujące barki, kilka mostów i w końcu dopływam do Połańca.

Oczywiście próg piętrzący wodę jest podniesiony na maksimum wysokości i przez to niespływalny. Obnoska na jakies 100m. Wkurzający jest fakt że pomimo istnienia progu od dziesiątków lat nie zrobiono żadnej pomostu ani kładki dla kajakarzy.

 Po przenosce jestem wyżęty jak szmata do podłogi. Nurt wyraźnie zwalnia. Ale płynę dalej, bo jest dopiero piąta po południu.

 Godzine później jestem jakieś 7km poniżej Połańca i decyduje się na nocleg na piaszczystym brzegu. Jak już się rozlokwałem to okazało się że to miejscówka loklanych wękarzy. Ale dziś tylko zanęcali a zasiadkę planowali  dopiero na weekend.


Dzień 4 (kilomety 230-287)


 Pobudka 5.30. Do tego żwawsze zbieranie i równo o siódmej jestem na wodzie. Z rana jest nieźle.  Można płynac bliżej brzegu i chować się w cieniu drzew.Zeby nie było kolorowo - widać że rzeka jeszcze opadła i płynie jeszcze wolniej. To oznacza że jeszcze łatwiej zapędzić się na płyciznę. Niby są tyki i wiechy które wyznaczają tor wodny, ale przy tak niskiem stanie pomaga to tylko trochę. Pojawiają się za to pierwsze wzgórza za wałami i przez to są jakieś widoki w końcu - to znaczy widać wsie na brzegach w całej okazałości.

Pojawia się wiatr, tym razem w twarz, który jeszcze bardziej spowalnia. Mam serdecznie dość, zastanawiam się czy nie skończyć spływu w Sandomierzu. 

Kiedy tam dopływam pomysł od razu wybija mi się sam z głowy. Nabrzeże jest nieprzyjazne - tylko slip dla łodzi i przystań białej floty. No i żeby dojść na dworzec musiałbym pokonać kilometr pod górę, przejść straszliwie długim mostem i iść jeszcze dwie godziny na dworzec. A stamtąd powrót z trzema przesiadkami. Zmęczony czy nie - płynę dalej.

Oznakowanie robi się coraz lepsze. Tor wodny jest w miarę spływalny. Pojawiają się też pierwsze płaskodenne łodzie flisackie idące na silniku w górę rzeki. O siedemnastej dopływam do Zawichostu. Ląduję pod wodowskazem i idę do sklepu. Okazuje się że mogłem zacumować przy promie, byłoby bliżej. Po spacerze mam tak dość że jak spływam 500m poniżej promu i znajduje fajne miejsce to od razu cumuje i rozkładam obóz. Poniiważ namiot jest w słońcu, to rozkłądam sobie matę w jego cieniu i śpię przez godzinę zanim słońce się nie przesunie. Potem dopiero wpełzam do środka.

W nocy przychodzi wydra czy inne coś i skacze do wody polując na ryby. Budzi mnie ze trzy razy.


Dzień piąty (kilometry 287-359)


Tym razem na wodzie jestem już kwadrans po siódmej. Wiosłuję choć nurt słabo niesie. Na brzegu pojawiają się skaliste kamieniłomy. Robią wrażenie. Na zdjęciach słabo wychodzą bo dystans jest za duży dla apartu w telefonie.

Srednia prędkość jest około 6km/h więc nie liczę na dotarcie do Kazimierza. 

Oznakowanie torowe jest coraz lepsze. Z tyk i wiech przeszły na dwubarwne tyki. Zielone po lewej i czerwone po prawej. Coraz więcej jest też flisackich łodzi. Przy czym coraz więcej oznacza dwie na godzinę.

Mijam jeden czy dwa mosty.

Koło południa wpływam w obszar w którym w nurcie pokazują się duże wyspy. Ogromne wyspy. Tutaj znowu trzeba pływac od brzegu do brzegu żeby je omijać. Musze parę razy stawać na kajaku żeby zobaczyć w dal bo pomiędzy niektórymi wyspami są łachy piachu i trzeba je omijać.

Zeby było ciekawiej, wiatr też kręci. Raz z przodu raz z tyłu. Głębokość wody zmienia się skokowo. No i zamiast piachu na wypłyceniach pjawia się kurzawka. Wygląda jak zwykłe dno ale można wpaść w nią po kolana albo i głębiej.

Koło czwartej wypływam z tej wariackiej strefy. Rzeka wyraźnie przyśpiesza. Mijam tabliczkę 150km. Teraz znowu można płynąć po prostu wzdłóż zewnętrznych brzegów w szybszym nurcie. Mijam prom i plaże dla naturystów. Na plaży dwóch samotnych panów, bardzo smutny widok.

Chwile po osiemnastej dopływam do Kazimierza. Dłuższą chwilę zajmuje mi znalezienie wejścia do mariny. To jest pierwsza przystań od Krakowa. 259 kilometów między przystaniami. 

Robie opłaty, rozbijam namiot, idę zwiedzać. Kazimierz jest małym i bardzo ładnym miastem. Dużo starych, drewnianych domów i bardzo kameralna atmosfera. Zjadam pózny obiad, kręc  się po rynku. 


Późnym wieczorem wracam na marinę, myję kajak i zostawiam go do wyschnięcia przez noc.

Dzień szósty (dużo kilometrów tyle że pociągiem)

Pobudka 5.30. Namiot o dziwo bez sladu kondenzacji, można zwiać. Pakuję kajak, wurzucam niepotrzebne rzeczy. Kwadrans po siódmej ruszam na przystanek PKS. Do przejścia jest 700-800 m ale ciężar bagaży robi swoje.

O 8.05 przyjeżdzą autobus MZK jadący prosto na dworzec do Puław. Tam łapię pociąc IC prosto do Sosnowca. Generalnie połączenie z Kazimierzem jest nadpodziewanie dobre - dużo lepsze niz sie spodziewalem.

Sama jazda pociagiem jest średnia. Niby ekspres ale przyjeżdza z pół godzinnym spóźnieniem. A potem to spóxnienie się zwiększa. Do Sosnowca trafiam 72 minuty po czsie.

poniedziałek, 9 maja 2022

Spływ Białą Przemszą - po wyłączeniu pomp w Bukownie.

 Na początku tego roku zaprzestano pompowania wody upadowej z kopalni w Błędowie. Rzeka Biała wyschła, a rzeka Sztoła wyschła. Z kolei Biała Przemsza do której wpadały obie wymienione, znacząco obniżyła poziom. Uczeni w piśmie powiedzieli że Przemsza straciła 80% przepływu.

 Z ciekawości objechałem całą Przmszę w lutym, stan wody faktycznie był niski, ale nie wyglądało to dramatycznie.

 Postanowiłem spłynąć tradycyjnie najgłębszy odcinek Maczki-Niwka i przekonać się na własnej skórze jak jest z tą wodą.

 

 Przystań na Maczkach. Oryginalnie, przy pomoście było jakieś 10cm głębokości. Zaraz po wyłączeniu pomp, pojawił się przy nim wąski pasek ziemi. Teraz od desek do wody jest około dwóch metrów. W dali widać leżące nad wodą drzewo. Zawsze trzeba było się pod nim solidnie schylić, a teaz takiej potrzeby nie ma. Woda jest dużo czystsza niż była.


 Na pierwsze wypłycenie trafiam już 100m od startu. Dno składa się dosłownie ze wszystkiego. Piasek, muł, pokruszone cegły, kruszywo, kamienie, trylinki. Próbuję spłynąć prawą stroną, ale tylko przycieram ponton tak że dziobowa komora zaczyna gubić powietrze. Na szczęście powoli więc decyduje się płynąć dalej. 

 W tym miejscu dmuchańca po prostu trzeba przepławić i to ostrożnie.


Potem robi się głębiej. Nie ma problemu z ocieraniem o dno, ale jest problem ze zwałkami. Dużo drzew leżących od lat pod lustrem wody, teraz wyszło na powierzchnię. Na odcinku od startu do mostów kolejowych, trzeba pokonywać zwałki pięć albo siedem razy. Po nabrzeżnych roślinach widać że brakuje 40-50cm wody.

Zaraz przed mostami kolejowymi zaczyna się kolejne wypłycenie. Kończy się dopiero kilkanaście metrów za drugim mostem. Da się płynąć, ale kilka razy słychać jak ponton szoruje po dnie. Na tym odcinku nie ma resztek cegieł, ale są trylinki i dużo kruszywa w najróżniejszych rozmiarach. Mam wrażenie że prawie cała rzeka od starej tamy na Maczkach aż do ujścia była kiedyś potężnie skanalizowana.


 Odcinek za mostami kolejowymi. Tu jest dosłownie wszystko. Trzy długie wypłyecenia po krótych spływa się na milimetry od dna. Ogromne powalone przez bobry drzewa. Bywa tak że rzeka ma 30m szerokości a z trudem znajduje się miejsce do przeciśnięcia. Niski stan wody ujawnia pralkę franie, porzuconą dziesiątki lat temu taczkę, pale po dawno nie istniejąych mostach. Na wypłyceniach prawie zawsze na dnie królują kamienie.

 Największy próg wodny, ten na wysokości zrzutu wody z kopalni Maczki-Bór jest ledwo spływalny. Udaje się po prawej stronie na dwa razy. To znaczy że po pierwszym zeskoku trzeba mocno odbić w lewo, żeby ominąć zwałowisko. Sztywne długie kajaki lepiej przepławiać bo mogą się zaklinować.

 Po tej przeszkodzie - kilometr wiosłowania aż do elektrowni wodnej. Nurt jest słaby i trzeba się solidnie napocić nad wiosłami. Kiedyś niosło samo, wystarczyło się ustawić na środku, teraz nie ma luksusów...


 Poniżej elektrowni wodnej. Tu rzeka jest skanalizowana. Brzegi i dno wyłożone trylinkami. Nurt niesie żwawo jakieś 500-700m. Potem koryto się pogłębia i prąd wody zanika. Aż do następnego jazu na Niwce (ok 3km) trzeba mozolnie wiosłowąc.



  Poniżej jazu na Niwce.  Tu rzeka wygląda po prostu fatalnie. Wiać rumowiska na obu brzegach. Smierdzi mułem. Zwałka jest jedna, można pokonać ją pod.

 Dalej są dwa małe progi, spływalne. Potem bystrze pod mostem drogowym. O dziwo da sie przepłynąć choć znowu na milimetry od dna.

 Za mostem kolejne dwa spływalne progi i koniec spływu przy ujściu potoku Bobrek.

Podsumowanie

  • O komfortowym i bezpiecznym dla dmuchańców spływie można zapomnieć.
  • Da się płynąć pod warunkiem że przed bystrzami będzie się wysiadać, a jednostkę spławiać.
  • Spływ lepiej zacząć nie pierwszej przystani, tylko na drugiej. Około kilometra niżej z nurtem.
  • Zakończyć najlepiej przy jazie na Niwce.
  • Z 9km trasy zostało jakieś 6.5km.
  • Największy próg przepławiać, zwłaszcza przy długich jednostkach.
  • WIdać że głębokość maleje wraz ze wzrostem temperatur, obwawiam się że latem będzie można rzekę raczej przejść niż przepłynąć.

poniedziałek, 2 maja 2022

Butelka filtująca Water To Go - przepływ samoczynny.

 O butelce pisałem szczegółowo tutaj ->Nietypowy bidon od WTG.

 W skrócie. Butelka filtruje wszystko włącznie z wirusami i wystarcza na 200 litrów. Ma jednak mankament. Zaprojektowano ją do użycia jako bidon, a nie jako źródło wody do gotowania. Nawet jak odwrócić ją do góry nogami, to woda nie poleci, trzeba wysysać.  Jest też zbyt sztywna żeby wyciskać z niej.

 Posłużyłem się trikiem znanym każdemu domorosłemu producentowi wina ;)

 Szczegóły na filmie.


  Całe rozwiązanie to była rurka silikonowa o średnicy zewnętrznej 10mm założona na wylewkę.

 W międzyczasie WTG wypuściło nową wersje zakrętki do tej butelki. Ta ma znacznie lepsze zamknięcie, ale też i większą średnicę dzióbka przez co rurka przestała pasować.

 Trochę kombinowałem jak to dopasować i finalnie okazało się banalnie proste. Potrzeba 1m rurki silikownowej 10mm, nożyczki, coś co będzie miało 6-7mm średnicy i 2cm długości (kawałek kredki, ołówka, ja użyłem kawałka rurki z filtra domowego).

 Najpierw do środka silikonowej rurki wkładamy ten przygotowany obiekt o średnicy 6mm i długości 20mm.


 Z drugiego końca silikonowej rurki obcinamy kawałek ok 20mm. I naciągamy go od tej strony gdzie wcześniej wsadziliśmy nasz obiekt. Zeby łatwiej się naciągało, rurkę trzeba poślinić. Nie polecam mydlenia, bo potem będzie psuło smak.

 Jak już naciągniemy cały odcięty kawałek to możemy ten rozpychacz ze środka wyjąć. On jest tylko po to żeby rurka, która jest wewnątrz się nie zapadła przy montażu.


 Tak pogrubioną rurkę po prostu wkładamy w wylewkę na wcisk. 

 I gotowe. Reszta idzie tak samo jak na filmie. Tym razem nie przycinałem rurki do 50cm tylko zostawiłem cały metr, żeby mieć pewność że nawet przy cześciowo zapchanym filtrze będzie działąć.

Lubię takie idiotycznie proste rozwiązania ;)

sobota, 30 kwietnia 2022

Spływ Małą Panwią od Krupskiego Młyna do Ozimka

 Mała Panew to typowo komercyjna rzeka, do której mam całkiem niedaleko, a mimo to jakoś było nie po drodze. Stwierdziłem że spłynę ją przed majówką, żeby uniknąć tłoku.

 Wedle serwisu pogodynka.pl stan wody w dniu spływu - 50cm. Podobno da sie płynąć nawet jak jest połowę mniej, ale to już raczej nie dmuchańcem.

 Do Krupskiego Młyna to ja mam dobre połączenie. Wstaję czwarta pięć i idę na 935. I zdanżasz pan? No tak, przecież jest niedaleko. Jadę dwa przystanki i przesiadam sie w 40. Wtedy juz prosto do Katowic. Tam się przesiadam w dalekobiezny M3 i już po czterdziestu minutach jestem na dworcu w Tarnowskich Górach. Tam mam pięć minut przerwy, to mam spacer... z przystanku na przystanek. A potem w 129 i po kolejnych 40 minutach jestem w Krupskim Młynie. Jest jeszcze wcześnie, to sobie zakupy robie, żeby wieczorem nie musieć i idę na spływ..

 

 O ósmej jestem w miejscu startu - Most Przyjaźni w Krupskim Młynie.


O dziewiątej gotów do odcumowania. Zabrałem dwa worki 40 litrów. W jednym są rzeczy biwakowe, a w drugim pompka, plecak z kajaka, buty i trzy butelki wody mineralnej. Nie wiedziałem jak będzie wyglądało zaopatrzenie pod drodze, więc wody zabrałem tyle żeby starczyło na dwa dni.

 

 Początek lekki, łatwy i przyjemny. Brzegi już zazielenione. Na brzegach las mieszany więc też pomimo wczesnej pory roku ma sporo zielonego. Odcinek przez miasteczko jest taki sobie. W dwóch, trzech miejscach przepływa się przez rozmyte progi. Woda niestety ma przykry zapach mułu, a jak zawieje to od zakładów chemicznych czuć węglowodorami.


 Po wypłynięciu z miasta, najpierw płynie się ogrodzoną rzeką. Po obu stronach jest płot z drutu kolczasego. I to jeszcze w dwóch rzędach. No cóż. Różne plastiki tam produkują. Dwa czy trzy razy słychać syrenę a potem eksplozje. Widać kontrola jakości sprawdza co im tym razem wyszło. Dopiero godzinę od wypłynięcia wpływam w dziki las. Wygodne miejsca na postój są tu niemal co chwile. W miastę przystępny brzeg, na górze płasko, piasek i miejsce na ognisko.

 Odwiedzam jedną z przystani, jeszcze nieczynną. Kilka kilometrów dalej, orientuje się że zgubiłem zalaminowany kilometraż rzeki.


 Dopływam do rozstajów. Drogowskaz na rzece pokazuje że jeśli przepłynę pod tą zastawką to dopłynę do Młyna Bąbelek - miejsce wypoczynku. Ja jednak płyne w drugą stronę.


 I dopływam do takiej przenoski. Jest wyraźnie oznaczone gdzie wysiadać i dokąd przenosić. 

  Potem płnę jakąś godzinę miedzy polami. Na brzegach mniej drzew. Troche zwałek jest, ale poprzycinane że kajak przejdzie. Packraft niekoniecznie.


Kolejna przenoska przy młynie. Bardzo uciążliwa. Wyciąganie na wysoki brzeg,  przenoszenie na jakieś 250m. Wodowanie dopiero za następnym mostem. Nie można przeciągać bo na ziemi dużo drobnego ostrego szkliwa. Szkłocement, albo jakiś odpad z produkcji porcelany. Prawdopodobnie to na tej przenosce zgubiłem robocze rękawice schowane w kieszeni za siedzeniem. Muszę coś lepszego wymyślić na trzymanie drobiazgów.

 

Kolejna przenoska - tym razem MEW. Po tej to już byłem umordowany. Głównie dlatego że trzeba było wnieść kajaka na wysoką skarpę. Dodatkowym mankamentem był "wodowanie na kamieniach" brzeg wysypany ostrym tłuczniem, więc kajak trzeba zanieśc na głębszą wodę.
 


Potem naprzemiennie las, posesje, las. Jedna katarakta pod mostem, da się spłynąć środkiem. Potem bardzo płytki i szeroki odcinek przez las w samym środku niczego. Trafia się też taki dziwny budynek. Wygląda jakby ktoś wybudował sobie kaplicę z widokiem na rzekę. 

 Na tym odcinku bywa płytko, na szczęście dno jest piaszczyste.  Ale jak na Pilicy kilka lat temu - czytanie wody nie na wiele się zdaje. Kilka razy słysze jak skeg trze o dno, a raz czy dwa kajak po prostu grzęśnie na łasze.

 Na tym kawałku spotykam ludzi w kajaku którzy sprawdzają czy w rzece nie ma śmieci. Od nich dowiedziałem się  że na Amazonce można się przenocować. 

 Koło  szesnastej dopływam do ostatniej w tym dniu przenoski. Jest rampa do spławiania kajaków, ale trzeba być w kilka osób żeby z niej skorzystać więc umordowany setnie przenoszę. Kilkanaście minut póżniej  dopływam do przystani Amazonka. Pole jeszcze nie było otwarte, ale była pani z obsługi która je szykowała.


Jestem jedynym klientem. Gdybym płynął dzień później, już by tak luksusowo nie było. Piątek wieczorem był tu zlot motocykli. 

 W cenie 22zł mam miejsce i ciepły prysznic. To ostatnie jest mega luksusem. Parę razy wlazłem w muł, i byłem mocno upaprany.

 Wieczorem bardzo szybko robi się zimno. Z reguły na spływach, wieczorem kładę się na śpiworze (jest wtedy bardziej miękko) i przez jakieś pół godziny leżę i odpoczywam. Tym razem temperatura spadała w takim tępie, że po pięciu minutach założyłem grubą bieliznę Barensa (zimowa bluza termo), leginsy do biegania, skarpetki i cienkie rękawiczki. Mimo tego leżenie na śpiworze odpadał.. 

 W nocy marznę. Budzę się zziębnięty co godzinę. Pewnie gdyby nie zmęczenie po 30km wiosłowania i 4 przenoskach to bym wogóle nie zasnął. Ze spaniem na materacyku trekkingowym jest tak że choć wygodny to słabo izoluje. Dodatkowo ściśnięta ocieplina w śpiworze też słabo trzyma ciepło. Więc jak leże na boku, powierzchnia styku z materacem jest niewielka, i powierzchnia skompresowanej ciężarem ciała izolacji też jest mała - to po prostu jest mi chłodno.

 Ale jak leże na plecach, i obszar skompresowanej otuliny jest duży, to mnie łapią dreszcze. Miałem nawet plan żeby między śpiwór a materac dać jeden z polarów, żeby izolowało, ale zapomniałem i zrobiłem z niego poduszkę. A w nocy już mi się nie chciało grzebać po workach.

 Najznimniej oczywiście pół godziny przed świtem. Potem stopniowo odpuszcza. O siódmej robi się wręcz duszno i gorąco więc wypełzam na zewnątrz. I zaraz wracam po ciepły polar który służył za poduszkę.

 Zjadam śniadanie, pakuje sprzęt, dopompowywuje kajak. Ruszam o dziewiątej. Szybko trafiam na pierwsze bystrze pod mostem. Na szczęście spływalne bez problemu.


Miejscami brzegi bardzo wymyte. Widać że zmienił się rodzaj gruntu. Z samego piasku na glinę.


Między polami rzeka znowu się rozlewa szeroko i robi się płytka. Kilka razy kajak staje na mieliźnie.


Ostatnia przenoska. Kilka lat temu zrobiono rampe do spławiania kajaków, ale jak widać konstrukcja uległa zniszczeniu. Przenoszac niestety uszkadzam statyw do kamery. I musze filmować z ręki.


No i przez brak statywu nie mam ujęć z najlepszych miejsc. Trzech skalnych kaskad które można spływać środkiem. Rozfalowanie jest tak duze jak na górksiej rzece. Pierwszy raz woda przelewa się NAD dziobem kajaka i wlewa do kokpitu. A przecie płynę sam, i kajak jest lekki. Przy dwóch osobach przydałby się pokład. 


O 12.30 docieram do Ozimka. Po lewej przed mostem ostatnia przystań kajakowa. Dalej huta. Tutaj wiatr niesie zapach topionego metalu. 

 Czyszczę kajak, pakuję i ruszam na dworzec. 1100m. Załuję że nie wziąłem wózka. Barki bolą od wiosłowania i przenosek, a dwadzieścia kilo kajaka przytłacza. Na szczęście jest płasko, a nie pod górę jak w Płocku.

 Przy dworcu spotkykam człowieka od spływów kajakowych. Okazuje się że poniżej Ozimka są dwie ogromne zwałki zrobione przez bobry. Dobrze że nie popłynąłem dalej, choć kusiło.

 Docieram na dworzec i okazuje sie że pociąg do Opola jest za 2.5 godziny :(. Potem w Opolu mam IC do Katowic, który się spóźnia więc ledwo zdążam na autobus i finalnie o 19.10 docieram do domu.



piątek, 22 kwietnia 2022

Reperaturka.

 Miało być pływane, ale pogoda zdechła. Z nudów zrobiłem zdjecie reperaturki do kajaka, może komuś się przyda przy kompletowaniu zestawu.


 Dodatkowy opis

  1. Pojemnik w Carrefour za jakieś 10pln. Długość wewnątrz około 16cm (tuba z klejem ma 14.5)
  2. Rękawiczki gumowe z Rossmana (są w paczkach po 100szt)
  3. Nożyczki ze sklepu papiernicznego. Tam mają rozmiary dla dzieci. Konieczne żeby przycinać łaty do rozmiaru dziura +2cm na stronę.
  4. Gaziki z alkoholem. 3M kupione na alle (1.1pln/sztuka). Są lepsze niż apteczne - bo większe). Bardzo dobrze odtłuszczają.
  5. Łatki samoprzylepne. Sprzedawane w Deca jako produkt do naprawy sakw. Da się nimi też kleić dętki (jeśli mamy zamontowane większe niż mniejsze) i materacyk trekkingowy.
  6. Podkładki z dętki. Daje je miedzy śrubę statywu a kamerę żeby się nie odkrecała.
  7. Reperaturka namiotowa. Skuwka i kilka kawałków materiału. Była razem z namiotem.
  8. Pędzel z oryginalnego zestawu Zelgera.
  9. Klej, jak wyżej.
  10. Igły i nitki, zestaw z pasmanterii za 1.5pln.
  11. Tear Aid.  Można tym podkleić kurtkę wodoszczlną, podłoge w namiocie, tropik, a nawet materacyk. Choć trzymaniu do materaca nie do końca ufam.
  12. Karabińczyk. Na zapas.
  13. Papier ścierny - był w zestawie Zelgera.
  14. Baterie. Tanie alkaliczne z Lidla.
  15. Trytki - wersja odporna na UV (do stosowania na zewnątrz pomieszczeń) trytka zawsze sie przyda ;)
  16.  Łaty PCV z oryginalnego zestawu

Co do pakowania do pudełka to jest jeden trik. Łaty i tear Aid najlepiej owinąć na tubce z klejem i lekko ściągnąć trytką lub gumką. Wtedy całość zajmuje mało miejsca.


niedziela, 6 marca 2022

Czarna Przemsza od Przeczyc do Będzina

 Efekt kilkunastu rowerowych wycieczek oboma brzegami oraz kilku spływów na różnych odcinkach przy różnych stanach wody.

Punkt zerowy to ujście ze zbiornika Przczyce. Wszystkie stany wody w tekście są podawane z wodowskazu zaraz poniżej tamy - można go znaleźć na pogodynka.pl, mapa hydrologiczna.  Jest to najbardziej miarodajne dla rzeki na tym odcinku. Dystanse podane w km. 

 Od tego miejsca można bezpiecznie płynąć dmuchańcem jeśli wodowkaz Przeczyce pokazuje przynajmniej 80cm wody.

  • 0.0 - Ujście wody z tamy. Wygodne miejsce do wodowania po prawej stronie w kanale którym płynie woda z przesączania.
  • 0.140 - próg wodny około metrowej wysokośći. Obnosić LB
  • 0.270 - Kładka. Płynąć środkiem. Nawet przy wysokim stanie nie trzeba się schylać.
  • 0.320 - Bród. To jest miejsce zalecane do start. Z prawego brzegu jest około 500 do przystanku Przeczyce-Remiza.
  • 0.440 - Próg ze ścianki larsena. Niebezpieczny dla dmuchańców przy poziomie wody 75 i mniej cm.
  • 0.450 - Drewniane pale w nurcie. Są około 1.5m od siebie. Całe rzędy tego stoją. Kończą się dopiero pod mostem drogowym E86 (na Siewierz).  Najgorsze jest to że mają różną długość nawet w jednym rzędzie. Wiec część z nich widać, a część jest tuż pod powierzchnią wody i non stop się kajak na nich wiesza.
  • 0.750-0.900 - możliwe powalone drzewa.
  • 0.930 - Most drogowy, zaraz zanim bystrze. Niebezpieczne przy poziomie wody 75 i mniej. Przy wyższym nawet się go nie zauważa.
  • 1.03 - Kolejny próg z larsena. Bezpiecznie jest przy poziomie wody 80cm. Zaraz za progiem rumowisko. Obnoska PB zaraz przed progiem jest mikrozatoczka.
  • 1.06  - Kolejny próg z larsena.
  • 1.4 - Początek meandrów. Często zwalone drzewa w nurcie.
  • 1.57 - Most i kamieniste bystrze pod nim. Bezpieczny poziom wody to 75cm. Jeżeli mniej to koniecznie obnosić prawą stroną.
  • 2.0 - Kładka, płynąć środkiem
  • 2.24 - Próg, restykcje takie jak przy poprzednim. Ewentualna obnoska prawą stroną.
  • 3.07 - Bród
  • 3.5 - koniec meandrów i drzew w nurcie, rzeka robi się szersza
  • 3.74 - most rowerowy, płynąć  środkiem
  • 4.00 - początek długiego prostego odcinka
  • 4.27 - Most drogowy, pod nim bystrze. Minimalny bezpieczny poziom 75cm. Jeśli niżej to przepławić kajak bez załogi.
  • 4.33 - druga nitka mostu, to samo do zrobienia
  • 4.5 - z lewej strony dopływa potok.
  • 4.77 - wpłynąć w odnogę do Pogorii (w lewo) i od razu lądować na prawym brzegu. W odnodze jest woda jeszcze przy poziomie 60cm. (przy 63 zaczyna działać przelew)
  •  Obnoska przez Jaz przy Wojkowicach na jakieś 50m.

 Od  tego miejsca bezpieczny poziom wody jest niższy - 68 cm. Komfortowy przy 73cm.

  •  5.21 - Niski próg na długiej prostej, płynąć środkiem. Progi od tego miejsca mają cembrowinę przeciw wmywaniu więc nie ma takiego dużego odwoju.
  • 5.31 - Most drogowy. Płynąć na lewo od środka. Po prawej są resztki metalowych wzmocnień.
  • 5.83 - Niski próg płynąć środkiem
  • 6.08 - Niski próg , płynąć środkiem
  • 6.16  -Próg wyższy niż poprzednie. Da sie przepłynąć środkiem.
  • 6.5 - Początek bobrowisk. Powalone drzew w nurcie na dystansie 200m. Trzeba lawirowac, i za każdym razem  sytuacja jest inna.Zaraz przed pierwsza przeszkodą jest wygodne miejsce do lądowania po prawej - ujście małego strumyka. Obnosić lepiej koroną wału lub drogą za nim, a nie przy samej wodzie bo tam rosną akacje. Obnieść trzeba prawą, aż do miejsca gdzie dwie gruntowe drogi się łączą  a na wał prowadzą schodki.
  • 6.65 - koniec bobrowisk i bardzo niski próg 
  • 7.44 - niski próg betownowy, płynąć środkiem
  • 7.65 - Mosta Ratanice - płynąć środkiem. Przy brzegu po lewej i prawe kamienie w nurcie.
  • 7.69 - niski próg.
  • 7.95 - zaraz za dopływem potoku z prawej, jest drzewo w poprzek  rzeki jakieś 1.5m nad lustrem wody.
  • 8.0 - wysoki próg ale nadal spływalny bo prawie bez odwoju. Srodkiem i szybko. UWAGA: to jest podwójny próg. Jakieś 8m poniżej tego zrobionego z betonu, ktoś usypał kamienie w poprzek nurtu. Przez te kamienie lepiej kajak spławić. Na szczęście przed kamieniami i za nimi jest płytko, można wysiąść.
  • 8.14 - Niski próg
  • 8.85 - Niski próg
  • 9.58 - Wysoki próg. Polecam obnoskę lewą stroną jeżeli poziom jest niższy niż 80cm. Można lądować zaraz przed progiem. Wcześniej są niestety resztki faszyny przy brzegach.
  • 10. - Zrzut wody w Pogorii 4 z lewej strony. 
  • 10.16 - Niski próg, bezpieczny do poywżej 63cm, płynąć bliżej prawej.
  • 10.4 - most kolejowy
  • 11.33 - Jaz w Parku Zielona - obnoska lewa strona, można lądować zaraz przy jazie, już za urządzeniem hydro.
  • 11.83 - kładka dla pieszych w Parku Zielona. Po lewej stronie za 20m za mostem dobre miejsce do lądowania. Przy stanie 63 widać słupki dawnego pomostu, trza je ominąć.
  • 12.45 - most drogowy, pod nim płycizna. Płynąć prawa strona. Przy stanie mniej niż 65 lepiej przepławić kilka meterów dmuchańca bez załogo.
  • 13.40 - prawa strona dopływ do elektrowni, lewa strona ujęcie wody. Na środku słupek wodowskazu Łagisza (niewidoczny przy stanie 80 i większym) . Nie wpływać w kanał elektrowni, minąć go i lądować po prawej stronie. Obnoska za jazz, uważać na szkła

Od tego miejsca minimalny poziom wody to 73cm. Komfortowy przy 80-90.

  • 13.5 - zaraz za jazem zaczyna się odcinek górski, kamieniste dno, duże rozfalowanie. Przy poziomie wody mniejszym niż 60cm nawet sztywnym się nie przepłynie bo siada na dnie.
  • 13.8 - kłdadka dla pieszych, zaraz za nią na środku nurtu łata wodowskazu, płynąć w prawej.
  • 14.2 - Filary dawnego mostu kolejowego. Pod nimi kamieniste zwalowisko. Bezpieczne powyżej 73cm.
  • 14.9 - most drogowy, pod nim kamienie. Płynąć prawa strona. Bezpieczny poziom 63cm
  • 15.15 - jaz w Będzinie. Obnoska prawa strona. Jeżeli poziom jest niższy niż 73cm Nie ma sensu płynąć dalej- tu się kończą ładne widoki, czysta woda i w miarę uporządkowane koryto.
  • 15.31 - próg usypany z kamieni, płynąć środkiem
  • 15.36 - ujście potoku Pogoria z lewej strony. Od tego miejsca woda zaczyna śmierdzieć.
  • 15.86 - płynąć prawa strona, kładka dla pieszych
  • 17.20 - Most drogowy Będzin centrum , pod nim kamienne rumowisko.
  • 17.60 - lądowac na lewym brzgu najszybciej jak się da. Brzeg wysoki, umocniony. Przy stanie 85 cm woda dochodzi do krawędzi deptaka. Nie jest to dobre miejsce na kończenie spływu, bo cały deptak jest pokryty ptasim gaunem. Z kolei płynąć dalej nie ma sensu bo co chwila w nurcie są kamienie.

 Płynąć niżej niż do centrum Będzina nie ma już absolutnie żadnego sensu. Koryto zaniedbane z dużą ilością śmieci i gruzu. Przy elektrowni konieczna przenostka przez próg. Przy dawnej Hucie Buczka najczęściej są monstrualne zwałki na kablach i rurach, a brzeg jest ogromnie zaśmiecony.


Filmy z poszczególnych odcinków:

 Pierwszy film: od jazu na P4 do ujścia potoku (kilometry 4.77-7.95) - około 2h

Od ostatniego progu na P4 do Elektrowni Łagisza (  kilometry 9.58-13.40)


Od jazu przed Parkiem Zielona do Centrum Będzina (kilomety 11.33 - 17.60) - około 2h.


W sumie na odcinek od jazu na P4 do centrum Będzina potrzeba 4h pontonem. Kajakiem pewnie do zrobnieia w 3h.. Cztery przenoski w tym jedna długa.

Zdjęcia

Bród poniżej kładki na Przeczycach. Wodowskaz 56cm, wody mało, kamienie na wierzchu.


Koniec bystrza pod pierwszym mostem drogowym. Co ciekawe, pod mostem rzeka jest wyłożona sześciobocznymi płytami chodnikowymi. I w tym miejscu jest spoko, ale jakieś 10m za mostem jest wysyp kamieni.


 Między polami brzegi wyglądają bardoz ładnie.


 Bobrowych zwałek sporo. Przy niskim stanie wody obnoski są łatwe.



Jaz przy Wojkowicach



Las powyżej Ratanic


Progi w okolicy Antoniowa.

Po lewej widoczne ujście strumienia.


Poniżej największego progu


Ujście wody na Pogorii 4. Ciekawostka, dopływ wody do pogorii jest około 8 metrów wyżej, taką wysokość trzeba pokonać progami na odcinku od jazu do ujścia.


Jaz w Parku Zielona w DG


Ujęcie wody po lewej na wyskości elektrowni Łagisza.

Jaz poniżej Łagiszy


Odcinek górski poniżej jazu


Odcinek przed mostem drogowym. Widać że rzeka się oczyszcza. Jak zaczynałem tędy pływać w 2013 to woda była bura.


Jaz w Będzinie


Deptak w Będzinie (zdjecie pod prąd)

sobota, 12 lutego 2022

Montaż kamery na kajaku


Do zamocowania kamery podchodziłem kilka raz z kiepskim skutkiem. Opis wariantów które sprawdziłem dam na samy koncu. A teraz wułala - montujemy.

Lista rzeczy które użyłem:

  •  Monopod-selfie stick - taki, który ma śrubę mocującą z obu stron i blokady wysuwu.
  •  Nakrętka 1/4 statywowa (wyciągnięta z zepsutej przejściówki gopro)
  •  Rura 3/4 cala pvc tzw mijanka (wstępnie wygięta w fale)
  •  Poxilina 
  •  Trzy plastikowe karabińczyki
  •  Trzy napinacze do odciągów namiotowych Clamcleat CL260
  •  Linka fi 4mm. EDIT: linka 2mm (repszunr z Decahlona) -sprawdza sie znacznie lepiej.

 

Proces produkcyjny


 Pierwsze co trzeba zrobić to podgrzać i wygiąć rurkę. Wynika to z faktu że podłoga w sparku nie jest całkiem płaska, tylko lekko wklęsłą na środku. Zrobiono tak celowo, bo dzięki temu dno kajaka zyskuje coś na kształt kilku. Mniejsza z dnem, wróćmy do rurki. Jak sie komuś nie chce jej wygninać, to trzeba zaokręglić końce. Wogóle to można użyć prostej rurki, ale w sklepie nie mieli w sprzedaży tak krótkich odcinków prosty, za to mieli mijanki (czyli wstepnie wygięte) po 10zl.

 Zeby rurkę wygiąć, podrzewamy obracając przez jakies 30 sek w odległości 3-5 cm od palnika turystycznego ustawionego na minimum.

 Potem z wyczuciem, naprawde delikatnie, wyginamy i trzymamy wygięte aż zastygnie.

PCV jest termoplastem i przy takich zastosowaniach nie ma znaczenia czy będziemy go grzali raz czy pięć razy.


Rurka po wygięciu ma końce odstające na jakieś 5mm od poziomu.


Potem trzeba wywiercić dziure. Najpierw wiertłem 3 potem 8. Ja nie miałem 8 wiec zrobiłem 6.5 a potem trochę rozbiłem otwór przesuwając wiertło na boki.


Następny krok to montaż gniazda na śrube w otworze. Najpierw trzeba przymierzyć czy ciasno wchodzi. Jeśli tak do do otworu trzeba napchać poxiliny. Musi jej być dużo, tak żeby wypełniła światło rury ze wszystkich stron otworu. Po zastygnięciu, musi mocno trzymać gniazdo. Zewnętrzna powierzchnia gniazda jest radełkowana, więc jak już się sklei to siedzi.

 Gniazdo najłatwiej wcisnąć, wcześniej nakręcając je na śrubę monopoda. Jest wtedy za co złapać. Przy okazji, pozwala to sprawdzić czy gniazdo jest prostopadle zamocowane do rury. Ja poskładałem przymiar 90* z poziomicy i płatnicy (rękojeść płatnicy  ma 90 stopni do górnej krawędzi piły). Potem calosc leży 20 minut aż poxilina zwiąże.


Teraz zostaje już tylko zamocowanie całości do gniazda podnóżka i zaczepienie odciągów. Wychodzi jakieś 3m linki. Naciągi clamcleat są znacznie lepsze do tego zastosowania od typowych naciągów namiotowych - dużo płynniejsza regulacja i z mniejszym skokiem.


I gotowe. Potrząchałem troche kajakiem na boki i trzyma się całość bardzo stabilnie.

Dodatkowe wyjaśnienia:

  • Rurki jak już pisałem można użyć prostej. 3/4 cala (ma grubszą sciankę). Rurka koniecznie musi być z PVC, jak przez pomyłę weźmie się rure z PP to nie uda się jej podgrzać do plastyczności, a poxilina nie będzie do niej trzymać.
  • Monopod musi mieć zaciski blokujące przesuwanie segmentów. Bez tego będzie osiadał pod napreżeniem linek odciągających.
  • Na koncu linek są karabińczyki, wtedy montaż i demontaż zajmuje sekundy. Dałem plastikowe (bo takie miałem) ale wymienie je na metalowe z oczkiem. Takie trudniej zgubić a linka się przesuwa dużo płynniej.
  • Monopod można ustawiać realnie na wyskość 60-90cm i zachowuje stabilność.
  • Dzieki temu że całość jest na rurce, można go pochylać tył-przód i mieć mniej monotonne ujęcia. 
  • Jeśli będzie to rozwojowe rozwiązanie, to dorzucę drugą głowicę kulową na dole, i wtedy będe mógł wychylać go również na boki - kolejne opcje ujęć.
  • Wcześniej sprawdzałem inne opcje. M.in elastyczne statywy "ośmiornice", przyssawki od gopro, ustawianie zwykłego statywu. Niestety, giętkie statywy osiadają, przyssawki od gopro nie trzymają się tkaniny DS, a zwykły statyw zajmuje masę miejsca i ciężko go stablinie zamocować.
  • Jeśli się chce zaoszczędzić miejsca w kajku to lepiej użyć czterech odciągów i mocować tylko do burtowch zaczepów.
  • Po kilku użyciach wyminiełem linkę fi 4mm na repsznur fi 2mm. W Decathlonie, paczka 10mb koszuje 20pln.Taka linka jest dużo bardziej elastyczna, łatwiej się reguluje długość i mocniej się blokuje w clamcletach.
  • Na śrubę mocującą monopod do rurki, nałożyłem wycięty krążek z dętaki żeby ograniczyć samoodkręcanie.


Film z testów (19 lutego)


W praktyce, najlepiej wyglądają ujęcia w ktorych kamera jest ustawiona poziomo na wysokości szyi. Przy tej wysokości zarówno autoportret jak i widok ku dziobowi wygląda naturalnie.

Próbowałem też pochylania kamery i wysuwania monopoda na maks. Pozwala to zyskać inną perspektywę przez co filmy mogą być mniej montonne. Niestety AS50 z krótkoogniskowym obiektywem, przy pochyleniu daje bardzo silny efekt rybiego oka. Pewnie z gopro 8-9 które mają linerayzację wyglądałoby to lepiej.