niedziela, 3 października 2021

Nieostateczne rozwiązanie problemu marznących stóp ;)

  Pływanie latem jest najfajniejsze  bo człowiek nie marznie. W praktyce komfortowo pływa się gdzieś od połowy maja do połowy września. Potem już potrafi powiać chłodem nad wodą. 

 Zabezpieczenie korpusu czy nóg jest względnie łatwe. Na górę polar i wodoodporną kurtka. Na dół getry do biegania 3/4 i na to spodnie żeglarskie z deca. 

 Najtrudniej jest jeśli chodzi o stopy i ręce.

 Na dłonie zakładam cienkie rowerowe rękawiczki. Dają trochę ciepła i szybko schną. Planuję jeszcze łapawice dokupić ale to później. 

Natomiast jeśli chodzi o stopy to przećwiczyłem sporo rozwiązań. 

  • Buty z membraną i skarpetki termo - wygodnie i sucho. Niestety albo buty są niskie i w miarę wygodne, albo wysokie i kilka godzin w nich spędzonych jest uciążliwe. No i jeśli przy wysiadaniu wleje się woda, to membranowce schną długo.
  • Skarpety neoprenowe. Chyba najgorsze rozwiązanie. Na chwilę, tak do godziny jest spoko. Potem nie dość że nie grzeją to jeszcze stopa się odparza. No i na kemieniach się ślizgam przy wysiadaniu z kajaka.
  • Buty do nurkowania 6.5mm. Grzeją bardziej niż skarpety. Wygodnie też w nich wysiadać i wsiadać. Niestety, po 2-3 godzinach w wietrzny dzień jest w nich zimno. Dodatkowo po każdym uzyciu trzeba je czyścić wybielaczem żeby nie śmierdły od potu.
  • Gumiaki. Całkiem zacne rozwiązanie. Sucho i ciepło przez kilka godzin. Niestety gumiak wentylacji nie ma więc łatwo zaparzyć stopę.
  •  I najnowsze rozwiązanie, przetestowane w ten weekend - skarpety membranowe. 

 

Wyglądają jak zwykłe, trochę masywniejsze skarpety za kostkę. Zewnętrzna warstwa to poliamid który zabezpiecza membranę przed przecieraniem. Potem jest membrana oddychająca ale wodoszczelna. Od środka jakiś materiał termoaktywny. Kupiłem Gutto choć podejrzewam że wszystkie są do siebie podobne.


Założyłem pod spód cienkie termoaktywne, na to te choboki i na to klapki do wody. Pływanie po zmroku przy październikowym chłodzie przez dwie i pół godziny. 

Bardzo fajne rozwiązanie. Pomimo tego że zewnętrzna warstwa jest mokra to w środku jest ciepło. Membrana powoduje że stopa nawet po kilku godzinach nie wygląda jak ręce praczki.

Oczywiście crocsy obowiązkowe żeby nie rozwalić skarpet na kamieniach.

Gdyby ktoś się decydował na podobne rozwiązanie to:

  • Wziąć inny model - najlepiej podkolanówki. Dzięki temu można bezpiecznie stanąć w głębszej wodzie.
  • Wziąć rozmiar większe niż się nosi - wtedy pod spód można założyć grubą skarpetę termo i jest ciepło nawet jak stoi się w wodzie.

Dzięki temu że Spark potrzebuje tylko kilku cm wody żeby płynąc, mogę nawet w tych krótkich spokojnie lądować na plaży. Ale już na kamienisty brzeg o szybko rosnącej głębokości są za krótkie. 


Taka wersja miękkich materiałowych gumiaków.



sobota, 25 września 2021

Nocne pływanie na Pogorii 4

 Na Pogorię to ja mam wogóle dobre połączenie. Wstaję piąta rano..

 Serio to połączenie jest dużo lepsze. Tym bardziej że ostatni powrotny autobus jest za kwadrans jedenasta.  Więc można w nocy popływać a jednocześnie nie targać bagaży na nocleg.

Byłem, pływałem, zmarzłem (już taka pora roku).

Liczyłem na super zdjecia, ale nie wyszło. Pochmurno, księżyca nie widać (choć w w pełni) i na wodzie też nic nie widać.

Jedyne zdjęcie które jako tako wyszło:

Te światełka w dali to droga w Wojkowicach. Myślę że żeby zrobić dobre nocne zdjęcie, to by trzeba na dziobie zamontować drugą lampę błyskową która oświetli choć trochę wodę przed kajakiem.

 

 


Podobnie słabo wyszło jeśli chodzi o filmowanie w nocy. Mam małą mocarną lampkę, która jak dla mnie świeci niczym długie w samochodzie. A w połączeniu z kamerą doświetla może na 3metry w przód.

Aha. Na wyspie nadal są dziki.

I bobry. Widziałem ze cztery w sumie.

niedziela, 22 sierpnia 2021

Kotwica piaskowa (sand anchor)

 Kajak najczęściej wyciąga się na brzeg, albo cumuje do pomostu. Czasem jednak trzeba go zakotwiczyć. Choćby dlatego żeby nie leżał na brzegu i się nie przegrzał*. Albo po to by móc wygodnie wokół niego nurkować.

 Kotwica, mała czy duża to dodatkowy ciężar do noszenia. Znalazłem w sieci "Kotwicę piaskową do kotwiczenia skuterów" ale cena w okolicy 300pln skutecznie mnie zniechęciła do zakupu.

 Tego typu kotwica to nic innego jak worek do którego nasypano piasek i przywiązano sznurek. Piasek jest od wody cięższy, więc całość leży na dnie.

 

 Ja użyłem dry baga crosso do którego wsypałem 5-6 litrów mokrego piachu z plaży. Odcisnąłem powietrze na ile się dało. Potem luźno zawinąłem i przyczepiłem sznurek. Po wrzuceniu do wody, ciśnienie hydrostatyczne wycisnęło reszkę powietrza. Linka ma 2.5metra długości i karabińczyki z obu stron. To ta sama linka której używam do holowania bojki Zone3. 

 Mokry piasek ma gęstość nasypową 1.6-1.8 kg/litr. Ponieważ trzeba odjąć 1kg na wypór wody, to można przyjąć że każdy litr piachu daje nam realne obciążenie 0.7kg w wodzie. 6 litrów to jakieś 4 kg kotwicy.

  Taka długość liny i masa pozwala na wygodne kotwiczenie do głębokości 1.5m, przy słabym nurcie i niewielkiej fali. Przy silnym nurcie line trzeba wydłużyć do 3-4x głębokość.

 Jeśli zostawiamy kajak w jakimś miejscu gdzie dużo ludzi pływa, to warto dać drugą cienką linkę i pomarańczowy pływak, tak żeby było widać gdzie kotwica leży. Mniejsza szansa że ktoś nam wpłynie w linę kotwiczną.

----

*Ciekawostka.  Na wczorajszym pływaniu spark stracił sporo ciśnienia w burtach. Jak? Ano zakotwiczyłem i poszedłem popływać. Grzał się przez godzinę. Pusty kajak ma burty powyżej wody. Nie mają chłodzenia. Zawory spuszczą nadmiar cisnienia, ale potem jak po jakichś 20minutach pływania komory się schłodzą to spada ono do 0.2 bar i trzeba dopompować.


czwartek, 19 sierpnia 2021

Zachodnie Mazury i Zuławy - rowerem

Miał być spływ kajakiem, wyszła wyprawa rowerem..


Dzień 1 - Pobudka w nocy. Wsiadamy na rowery i jedziemy na dworzec do Sosnowca. Przed szóstą jesteśmy w pociągu do Częstochowy. Tam przesiadka na TLK i prosto do Olsztyna. Czemu tak dziwnie, zamiast bezpośrednio? Przewóz rowerów. Wszyscy ale to wszyscy przewoźnicy mają za mało miejsca na rowery i bilety trzeba kupować z 2 tygodniowym wyprzedzeniem a i tak nie zawsze się uda.

12.30 jesteśmy na miejscu. Jedziemy zwiedzać zamek i zrobić zakupy.  Jak wszystkie miasta na Mazurach Olsztyn składa się z zamków, wież, murów i rzeki. Gdzieś między to, na dokładkę upchnięto mieszkańców.

 

Przy okazji oglądamy rzekę Łyne, która na tym odcinku niespecjalnie się prezentuje. Niezbyt szeroka, mocno urgulowana i niestety ale brudna.

Schodzi kilka godzin. Potem ruszamy w trasę do Starych Jabłonek. Na początku oczywiście błądzimy, ale potem trafiamy na właściwą DDR. Potem niestety drogą krajową bez pobocza. Koło 18 jesteśmy na miejscu ale trafiamy nie na to pole namiotowe na które planowałem. Chciałem na to po prawej stronie torów, trafiliśmy na to po lewej. 

 Samo pole słabe. 60zł za dwie osoby na jedną noc. Ciepłej wody brak, choć mieszkańcy pola zarzekają się że bywa. W nocy darmowy koncert Martyniuka z namiotu obok. Krrwa.

Dzień 2 - Nie pobudka a zwleczenie się. Ciepłej wody nadal brak. Sniadanie i o 10.00 ruszamy do Ostródy. 

Po drodze jeszcze oglądamy tunel między jeziorami i bunkier. Tunel powstał nie po to żeby utworzyć połączenie między jeziorami, tylko żeby je utrzymać. Po prostu przegrodzono jedno jezioro nasypem kolejowym wysokim na 15m. I gdyby tunel nie powstał, to woda wypłukiwały by nasyp. Spód i dno kamienne, ściany ceglane. Piękny przykład konstrukcyjnego zastosowania krzywej łańcuchowej i najdłuższa tego typu konstrukcja w PL

Trasa dużo przyjemniejsza niż wczoraj bo trafiamy na szlak po drogach lokalnych. W Ostródzie oglądamy najpierw dziedziniec zamku - w poniedziałki ekspozycje są zamknięte. Potem siadamy w porcie i kontemplujemy słoneczny dzień.

 Ruszamy dalej. Po południu jesteśmy w Miłomłynie, ale nic ciekawego tu nie znaleźliśmy. Ruszamy dalej. Droga całkiem przyjemna przez las, zrobiono ją na dawnym torowisku. Niestety koło 18 okazuje się że pole na którym planowaliśmy się rozbić jest wydzierżawione przez ZHP i musimy jechać kilka ekstra kilometrów na następne. Godzinę później docieramy na camping który też nie oferuje ciepłej wody, ale za to mamy miejscówkę z ładnym widokiem nad jezioro.

Dzień 3 - Pobudka poszła w miarę. Ruszamy na Elbląg. Po dwóch godzinach docieramy do pochylni Buczyniec, a chwile później zaczyna padać. Zeby nie jechać w deszczu, decydujemy się na rejs Białą Flotą. 30km do Elbląga pokonujemy w pięć godzin. Wolniej niż by było rowerem. Deszcz okazał się też tylko przelotny. Ale przynajmniej zaliczyliśmy wszystkie pochylnie i jezioro rezerwat. Polecam taką opcję zwiedzania kanału - z pokładu widokowego widać dużo więcej niż z poziomu kajaka. 

 Samo jezioro ma dla mnie wątpliwy urok. Pomimo że ma wiele hektarów, spływalny jest tylko kilkumetrowej szerokości tor wodny. Poza tym tataraki i muł. Za to jeśli ktoś jest miłośnikiem ptactwa, będzie się czuł tam jak w raju.

 Do Elbląga docieramy koło 19 i trafiamy na najlepsze pole namiotowe na świecie.

 Jest posprzątane, miejsca są podzielone więc nikt sobie nie przeszkadza. Jest ciepła woda, kuchnia  ze zlewem, i prysznice. No i za dwie osoby+namiot płacimy 38pln i DOSTAJEMY RACHUNEK ;)

Dzień 4 - ruszamy na Frombork. Zadne z nas nie spojrzało na mapę więc jedziemy polecaną drogą przez wysoczyznę. Na podjazdach trzeba zsiąść i rowery wpychać. Za mało przełożeń i siły żeby po prostu wjechać. Po drodze oglądamy zabytkowy kościół i chowamy się przed deszczem w domku na środku stawu. Staw ma może ze dwadzieścia na dwadzieścia metrów, spory most przez środek i centralnie umieszczone zadaszenie. Mają ludzie fantazję.

 We Fromborku trafiamy na pole na którym nie ma nic. Serio, puste pole, zero obsługi, brama otwarta, zero gości, hula wiatr.


 

 Trudno, zamek i wybrzeże idziemy zwiedzać z rowerami i całym majdanem. Jest to uciążliwe bo nie można zostawić całkiem rowerów bez opieki więc zwiedzamy pojedynczo na raty.  Stwierdzam że od ostatniej bytności +/- 25 lat temu nic się tu nie zmieniło.

 Próby znalezienia pokoju spełzają na niczym Wszystko zajęte. Miałem nawet pomysł żeby wsiąść w pociąg i wrócić na pole do Elbląga, ale stacja i linia zostały wyłączone z eksploatacji w 2006 roku. Co ciekawe, Frombork jest niemal pusty. Pamiętam tłok jaki był jak tam byłem poprzednio. Teraz jest luźno a spać i tak gdzie nie ma.

 Wracamy na to puste pole bo alternatywy brak. Właściciel podaje cennik z głowy, za dwie osoby i namiot 70pln. W cenie nie ma ciepłej wody, jest zimna i kibelek. Musi starczyć. Co ciekawe na stronie internetowej i w informacji cennik na to pole jest znacznie niższy - tak ze 40%.

 Ale cóż, dla nas nie ma alternatywy. 

 Późnym wieczorem już z namiotu oglądamy burzę nad zatoką. Spektakularne zjawisko. Ze względu na płaskość terenu burza jest kilkanaście kilometrów od nas więc jej nie słychać. Za to widać że pioruny biją po kilka na raz. W nocy przychodzi na nasze pole i rzuca namiotem. Do wytrzymania. Zastanawiam się nad piorunami. Rowery stoją tuż obok namiotu, a teren pola płaski i bez drzew. Czy jak walnie to dmuchany materac zabezpieczy przed napięciem krokowym? Tak czy inaczej zasypiam.

Dzień 5 - pedałujemy do Elbląga. Tym razem trasą Green Velo wzdłuż brzegu zatoki. Dystans to jakieś 40-45km z tego 8 jest bajeczne. Rozpoczyna się od serii zakrętów na opadającej drodze, więc jednocześnie odsłania się panorama. Potem przez jakieś miasteczko - miniaturowy Frombork. 

 

Następnie skręca nad wodę i prowadzi szczycie wału powodziowego tuż nad samą wodą. Jak w bajce, po jednej stronie lasy, po drugiej woda. Pogoda dopisuje. Wogóle zatoka to takie morze+. Cieplejsza woda, bardziej przewidywalne dno, nieco mniejszy wiatr.

 Niestety po tym pięknym kawałku musimy wepchać rowery jakieś 200m w górę w serii pagórków i wtedy pot się leje z czoła, po plecach i wogóle wszędzie.

 

  Lądujemy na tym samym polu co ostatnio i ruszamy na zwiedzania Elbląga. Zwodzony most, dworzec, katedra, ścieżka między starymi kamienicami.  Katedra ma67metrów. Wysości. Przewidująco kasy są dopiero 20m nad ziemią, po drodze schodkami na górę. Nie dotarliśmy nawet do kas ;) . Rowery i schody to za dużo dla nóg.

 Dodatkowo szukam sklepu sportowego bo muszę kupić nowy ręcznik. Stary, nigdy nie dosuszony capi. Na szczęście znajduje i to przeceniony ;)

Dzień 6 - ruszamy na Malbork. Tym razem pogoda dopisuje aż za bardzo. Robi się spiekota. Skręcam nie na ten szlak co trzeba, i zamiast wygodnego pedałowania przez półtorej godziny przedzieramy się przez chaszcze ciągnąc rowery. Trawa sięga pasa, a ponieważ idziemy przy samej wodzie - jest mokra od porannej rosy. Po tym odcinku jesteśmy nieziemsko zmęczeni a woda dosłownie chlupie w butach. Nawet maślanka nie regeneruje.  Dojeżdżamy na najbliższą stację kolejową i czekając na pociąg, przebieramy się i zmieniamy buty. Druga połowa trasy już pociągiem.

W Malborku, trafiamy na dobry camping. 50pln, rachunek, ciepła woda i cisza. 

 

 Do zamku blisko, ale nie za blisko - ot rękę nad rzeką podać. Popołudnie to zwiedzanie zamku. Nogi bolą jak diabli bo łażę w butach na kajak - takich z cienką gumową podeszwą i bruk się odciska na stopach potężnie. Mam jeszcze zwykłe buty, ale te suszą się po przedzieraniu przez krzaki. A podobno nieprzemakalne są.

 Zwiedzanie trwa prawie trzy godziny a i tak wychodzimy z niedosytem bo nie wszędzie weszliśmy. W  Malborku byłem już kilka razy i widzę jak stopniowo odbudowywane są nowe elementy. Jak go kiedyś skończą, to będzie jeszcze ze dwa razy większy niż teraz. Ostatnim razem nie można było wejść do kościoła w wysokim zamku, a teraz już można.

 Zamek był niemal całkowicie zniszczony w trakcie wojny. Zeby nie zaburzyć jego istoty teraz składa się z oryginalnych kawałków w kolorach i neutralno szarych fragmentów uzupełniająych. Oczywiście tylko w zakresie wystroju. Sciany są z czerwonej cegły.

 Tym razem w nocy nie pada ani nie wieje.

Dzień 7 - Kierunek Iława. Pociągiem. Z recenzji na sieci wynaleźliśmy że ten szlak leci między polami i lasów po drodze mało. A termometr pokazuje 28 stopni. Z Iławy jedziemy prosto na pole "Binduga" 12km od dworca. Rozbijamy namiot, wrzucamy majdan i wracamy do Iławy zwiedzać i kupić coś do jedzenia. Pomimo wsparcia pociągiem, zrobiliśmy 45km rowerami ;)

 Iława jest mało zabytkowa, albo my słabo szukamy. 

 Wieczorem wracamy na pole. Jest cicho. Faktycznie wszyscy trzymają się zasady nie włączania radia czy internetu (na polu nie ma prądu, wifi, ani ciepłej wody ;)) Za to tuż przed północą trafiają się nowi goście. Niestety dwójka z nich to internetowe dzieciaki które nie ogarniają namiotu, materaca, ani braku prądu do asystenta google. Więc koło północy wybudzają nas calkowicie a potem długo jeszcze żubrują zanim pójdą spać.

Dzień 8 - Pierwsza próba objechania Jezioraka - najdłuższego jeziora w PL. Długość geometryczna to 27km , ale po linii brzegowej dobrze ponad 70. Daliśmy radę doj ednej trzeciej i wróciliśmy. Za to zjedliśmy jajecznicę - pierwszy 'normalny' posiłek. Do tej pory były kaszki, maślanki, kabanosy i bułki.

  Wracając podjeżdżamy jeszcze do Szymbarka obejrzeć ruiny zamku

 Wieczorem zakradamy się jeszcze na ośrodek dwa kilometry dalej żeby skorzystać z prysznica z ciepłą wodą. ;)

Dzień 9 - Druga próba tym razem zachodnim brzegiem.

 

  Też się nie udało, ale przynajmniej zobaczyliśmy kolejny kanał i dom w którym żył i tworzył Nienacki (ten od serii Pan Samochodzik). Dom niestety nie był udostępniony do zwiedzania.

W drodze powrotnej psuje się pogoda. Najpierw na scenę wchodzi duchota więc trzeba częściej odpoczywać. Potem ostrzegawczo pokapuje więc zwiększamy tempo. Mimo to do namiotu wpadamy z pierwszymi kroplami deszczu na plecach a chwile później zaczyna się typowa mazurska burza. Wiatr dość mocno szarpie namiotem, więc sam sobie gratuluje że tym razem założyłem wszystkie odciągi. Woda leci jak z hydrantu. Siła żywiołu jest tak duża że odbijające się od ziemi krople trafiają pod tropik i moczą sypialnię.

 Po pół godzinie znowu wychodzi słońce. Mazury to jedyne znane mi miejsce gdzie można jednocześnie przemoknąć i dostać poparzeń od słońca.

Dzień 10 - Nad ranem zaczyna lać. Jak z cebra. I wiać. Jest to też pierwszy dzień kiedy wyrażnie spada temperatura. Przeciągamy namiot bliżej zadaszenia i pakujemy się na cito jak tylko przestaje padać. Potem na dworzec i pociągiem do Torunia. Ten odcinek od samego początku planowaliśmy jako kolejowy, bo leci mono uczęszczanymi drogami  i jazda nim to żadna przyjemność. Zresztą dworzec w Iławie to też żadna przyjemność. Nie ma pochylni dla wózków/rowerów wiec trzeba się nieźle naszarpać żeby je zanieść na peron.

Na miejscu, prosto z dworca trafiamy na bardzo dobre pole namiotowe - jakieś 400-500m do przejścia i wszystkie potrzebne udogodnienia.

 Po południu zwiedzanie Torunia. Kolejne trzy godziny łażenia po Starówce. Tym razem przynajmniej w dobrych butach bo w końcu doschły. Co najbardziej rzuca się w oczy. Mówisz Stalin, myślisz Lenin. Albo na odwrót.

 Tak na serio to w Toruniu są tylko dwa tematy. Kopernik i pierniki. Domów w których urodził się kopernik jest ze cztery. To zupełnie tak jak z czaszkami Lenina których w ZSRR sie doliczono pięciu ( w tym jedna po tym jak w wieku pięciu lat zastrzelili go Niemcy). Kościołów w których posługiwał i szkół w których się uczył też jest pełno. Strasznie rozchwytywny był jako dzieciak. 

A pierniki? Katarzynki to podstawa. Pierniki-kotki, pierniki-pieski, pierniki-dziewczynki, serduszka i oczywiście gwiazdki. Apogeum to piernikowy Kopernik (takie combo). Oczywiście co drugi sklep chwali się że tylko oni robią "według oryginalej toruńskiej receptury". Tyle że na niektórych opakowaniach napisano "Piekanrnia nr 15 - Bydgoszcz" ;)

 

Jest nawet łódka spacerowa "Katarzynka" . Grała w filmie "Rejs"

 W nocy idziemy jeszcze na punkt widokowy położony po drugiej stronie rzeki naprzeciw Starówki. Ładnie to wygląda. Mury i co większe budowle są podświetlone.

 W nocy zaczyna się wichura. Nie pada, ale duje tak że namiot znowu wisi na odciągach a drzewa nad nami niepokojąco trzeszczą. Kij z tym, może postoją jeszcze - wiec idziemy spać.

Dzień 11 - powrót. Z drobnymi komplikacjami. Wykupiliśmy wprawdzie przewóz rowerów, ale okazuje się że nie ma na nie w pociągu miejsca. Zrobili sobie zmianę. Zamiast puścić wagon z przedzialem na rowery i duży bagaż, puścili zwykły. Rowery przypinamy w pierwszym przejsciu za lokomotywą i tyle. 

Przesiadkę mamy tym razem w Zawierciu. Byliśmy przekonani że możemy z rowerami tylko do Zawiercia jechać, bo ktoś inny wykupił wcześniej odcinek Zawiercie-Katowice. Więc pewnie jak my wysiądziemy to wejdą inni rowerzyści. Ale nic takiego nie ma miejsca. Mogliśmy sobie jechać do samego Sosnowca.


Film z wyjazdu (troche mi napisy nie wyszły, ale dałem z siebie całe 30%)



niedziela, 1 sierpnia 2021

Naprawa worka wodoszczelnego z nylonu TPU

 Może komuś się przyda porada jak naprawić worek Itivi z Decathlona.

 


Stało się. Rozciąłem worek  i nie mam pojęcia jak to zrobiłem. Ani gdzie ani kiedy. Czyste dwucentymetrowe cięcie. No i trzeba brać się za naprawę.

Z workami PCW sprawa jest prosta. Łata się je łatkami do klejenia basenów ogrodowych. To PCW i to drugie też. Trzyma mocno a łatki basenowe są przeźroczyste więc naprawy prawie nie widać.

Co z uber materiałem typu nylon impregnowany poliuretanem?

Najpierw trzeba zeszyć ściegiem żeglarskim. Nitka przechodzi od dołu przez materiał. Potem przez otwór schodzi pod spód, i znowu przez materiał do góry (oczywiście po drugiej stronie dziury). To jedyny ścieg który pozwala utrzymać krawędzie na styk. Najważniejessze jest to, że tak zeszyty materiał nie jest pomarszczony.

Tak wygląda po zeszyciu. Nitka nylonowa, cienka, taka jak do małych guzików.

I na to fik kawałek taśmy Tear Aid typu A od środka. Oczywiście przed przyklejeniem powierzchnie trzeba odtłuścić gazikiem z alkoholem (takim z apteki)


I drugi kawałek taśmy od zewnątrz. Trzyma jakby kto przybił deską.


Tear Aid to wogóle kapitalny wynalazek. Wprawdzie do nitrilonu słabo trzyma, ale za to można nią błyskawicznie naprawiać dętki (łata wytrzymuje ponad 1000km), rozdarte kurtki, namiot.

Jeszcze żeby nie była taka droga to wogóle byłoby pięknie.


niedziela, 25 lipca 2021

Zalew Parzoch na Centurii

   Zalew jest położony w miejscowości wypoczynkowej Centuria. U samych źródeł rzeki o tej samej nazwie. 

  Pobudka tym razem bez napinki, bo pociąg dopiero o 8.55. Przed dziesiątą jestem w Łazach i muszę chwile poczekać aż otworzą sklep żeby kupić jakąś minerałkę.

  O dziesiątej ruszam. GPS prowadzi drogami, bo rower.  Po pół godzinie jestem na miejscu. 

 


  Zalew ma jakieś 25m szerokości i wedle mapy 300m długości.


Z tych 300m połowa to mokradła. 

 

Wizualnie nic się tu nie zmieniło od ponad 30 lat. Mikre plaże, wysokie brzegi, po obu stronach las. Słońce zagląda tu tylko w południe. Ponieważ na końcu akwenu jest źródło, woda jest zawsze zimna. Czysta ale zimna.

Zniknął gdzieś wrak roweru wodnego który leżał latami przy wschodnim brzegu. Rower był starego typu - na dwóch cylindrycznych stalowych pływakach i ze śrubą napędową.


 Jedyne zdjecie z wody które jako tako wyszło. Niestety i aparat i kamera zaparowały po wsadzeniu to tak zimnej wody. Muszę krzemionkę kupić i wsadzać do obudów przed takimi wypadami. Przepłynąłem kilka razy od brzegu do brzegu. Trochę ponurkowałem (od zimna łupie w głowie). W górę zbiornika nie płynąłem, za dużo tam wędkarzy.

 Najgłębsze miejsce które znalazłem to 3.5metra.

 

   Z ciekawości pojechałem jeszcze na Krępę. Ośrodek rekreacyjny w samym środku niczego. Pamiętam że jak pierwszy raz tam przypadkiem trafiłem to byłem strasznie zaskoczony. Idzie się godzinę przez las, a tu nagle basen i zalew. Obiekt jak większość rzeczy w PL, wywodzi się z lat 60-70. Do lat 2000 jeszcze jakoś działał, nawet ratownicy byli.

Potem padł. 

W 2010-12 odnowiono go, ale został tylko brodzik do którego dostawiono zadaszenia dla rowerzystów a zlikwidowano pole namiotowe. W takim stanie jest do dziś. Tyle że jak tam dziś byłem to okazało się że w zalewie nie ma wody, za to stoi dmuchany zamek. Widać że coś tam jest robione, ale moim zdeniem to akcje 'po kosztach'. Nasypano piachu, postawiono jedną palmę i trochę ławek. Tyle że drzew i cienia na obiekcie nie ma, więc latem grzeje tam nieprawdopodobnie.



środa, 21 lipca 2021

Meandry Odry - znowu poszło nie tak.

 Pierwotny plan był taki. Jadę do Chałupek pod czeską granicę. Woduję się na Odrze, płynę do Raciborza. Pomysł został zarzucony, bo przed miastem zrobiono teraz zbiornik retencyjny a ten nie za bardzo nadaje się do pływania. Przy wysokim stanie wody pływanie jest ryzykowne ze względu na pozostłe na dnie rzeczy. Przy niskim stanie - śmierdzi. Rzeka nanosi muł. Zbiornik ma kilka km kwadratowych, wszystko się pięknie osadza.

 Modyfikacja: tylko meandry, połaczenie z Olzą i kawałek do Krzyżanowic.

 Pobudka 5.00. Autobus 6.15. Pociąg 7.10. Po pół godzinie zonk. Ostanie ulewy rozmyły nasyp i na odcinku trzech stacji jest komunikacja zastępcza autobusem. Dodatkowe pół godziny czasu. Plus noszenie kajaka po peronowych schodach.


W końcu docieram do Chałupek. Na dworcu eszelon wojskowy, chyba czeski ze sprzętem hydrotechnicznym. Na wszelki wypadek nie robie zdjęć bo to pewnie tajemnica. To że sprzęt wygląda na późne lata 70 to pewnie też tajemnica.


 Dwadzieścia minut później docieram do mostu z nieczynnym już przejściem granicznym. Przed mostem trzeba zejść na lewo, minąć dwa budynki, parking, przejść przez przerwę w ogrodzeniu, na wał, i za niebieskim domkiem jest takie aliganckie zejście do wody.


 Widok w gorę Odry na most na którym było przejście graniczne.


 A to już te one sławne meandry. Brzegi są ekstremalnie nieprzystepne. Zarośnięte. Na granicy ziemia woda, pełno powalonych drzew. Brzeg mulisty. Niestety ze względu na niski stan wody cała rzeka śmierdzi mułem.


 Wygląda to malowniczo, ale na żywo nie robi jakiegoś super wrażenia. Wody jest mizernie mało. Czasem skeg dzwoni o kamienie. Płynę dlatego że płynę sam. We dwie osoby plus bagaż, kajak siedziałby głębiej i w wielu miejscach byłby problem.


 Kamieniste plaże. Otoczaki więc można wylądować. Co z tego skoro z plaż nie prowadzi żadna ścieżka. Płynąc meandrami trzeba pamiętać że jesteśmy skazani na płynięcie aż do końca.


 Wieża widokowa. 



 Brzegi z mulistych zmieniają się na piaszczyste. Ino że nadal w postaci skarpy więc wejść się nie da.


Odra (z prawej) Olza (z lewej). W Olzie wody jeszcze mniej.


 Poniżej złączenia rzek. Pierwsze larseny i żuraw załadowczy do barek. Jak? Jakie barki. Poniżej tego żurawia jest tak płytko że raz czy dwa musiałem wyjść z kajaka.


  Most w Krzyżanowicach w oddali.

 

 Koniec spływu po lewej stronie zaraz za mostem. . Tam jest łata wodowskazowa. Kilkadziesiąt metrów dalej, też po lewej jest przystań kajakowa. Ale ze względu na niski stan - nie działa. Zamiast na pomost wysiada się prosto w muł.

Całkowity czas płynięcia dwie i pół godziny

Film z trasy :




 Trochę gimnastyki z pakowaniem kajaka, przenoszeniem przez dwa wały, kilkanaście minut spaceru i... widzę jak odjeżdza mój pociąg. No cóż, poranne półgodzinne opóźnienie...

 Na dworcu nie ma kas, ale jest poczekalnia i toaleta - czyli cywilizacja. Zamiast wracać do Chałupek i stamtąd pomykać IC, jadę do Raciborza.

 Dworzec w Raciborzu wygląda dramatycznie, jeszcze go nie odnowiono więc po prostu 90% pomieszczeń jest niedostępne.

 Z Raciborza do Rybnika. Z tamtąd do Katowic. Niestety znowu jest problem z komunikacją zastępczą. Tym razem zamiast podstawić zwykły niskopodłogowy, podstawili turystyczny. Więc z kajakiem w objęciach stoję na schodach bo dalej po prostu się nie wcisnę. Obok mnie dwóch Ukraińców z wielkimi czemodanami - też się dalej nie wcisną.

Przesiadka na pociąg do Katowic - w końcu. Na miejsce docieram.. spóźniony o pół godziny, więc autobus którym planowałem wracać odjechał. Mimo że dzień roboczy to o tej porze oznacza to kolejne 40minut czekania.

W sumie, czas jaki straciłem przez opóźnienia porównywalny jest z czasem płynięcia.

Szału nie ma, ale odcinek zaliczony.

Gdyby ktoś się planował wybierać - płynąć tylko wtedy jak jest "górna granica stanów średnich" albo wyżej. Wtedy jest metr wody więcej! 

Aha, remont na odcinku Katowice-Rybnik potrwa jeszcze ze trzy tygodnie.