czwartek, 13 września 2018

Francja - Lyon - wycieczka z pływaniem na dziko.


 Tym razem za podróżą nie kryła się szefowa, która zleciła poprzedni, walentynkowy wyjazd, do miasta z lwem w herbie. Ot rutynowa robota. Weźmiesz sto kolumbijskich pesos, i tak jak ostatnio podszyjesz się pod sprzedawce tanich rurek do nurkowania. Zlokalizujesz i zrobisz co trzeba, a potem znikniesz
jak sen jaki złoty.
Fajnie by było.
 W rzeczywistości, wyjazd to przelot najtańszym lotem, i dwa dni mozolnej pracy nad papierami. Do tego budżetowy hotel B&B. Ale, korzystając z okazji że dni ciepłe, a do jezior z hotelu niedaleko, były duże szanse że uda się popływać.

Pobudka o chorej godzinie. Trzecia zero zero. Taksówka i dosypianie w samolocie. Hotel. Ogarnięcie, spakowanie i heja w drogę .

Tym razem wybrałem trasę wzdłuż zachodniego brzegu. Z założeniem że dojdę do plaży.




Po drodze minąłem wypożyczalnie kajaków, niestety nieczynną.



Koniec końców, krętymi ścieżkami dotarłem kolo pierwszej na planowane miejsce. Plaża, poniżej i na prawo od wypożyczalni żaglówek. W sezonie jest tutaj kąpielisko.


Hyc do wody. Cieplutko, czysta, płytka. Dno kamieniste. Popływałem, w te i nazad.

Trochę wody, słońca i od razu człowiek szczęśliwy.


W niektórych miejscach jest tak płytko, że można stanąć i nakręcić film.



 Większość płycizn jest oznaczona żółtymi bojami.


Po drugiej stronie, ładna, ale niestety kamienista plaża.


Na jeziorze jest sporo wysp. Wszystkie z kamienista plaża. Dużo zieleni i nieagresywnych łabędzi.


Na zachodnim brzegu klub sportowy z kajakami i małymi żaglowkami. Wypożyczalni brak, uciechy tylko dla członków klubu.

Ponad półtorej godziny luźnego pływania w pięknych okolicznościach przyrody.



Potem pieszo przez parki i stawy, droga dookoła wschodniego brzegu.



Na moście człowiek spytał mnie o drogę. Ja nie znam francuskiego, on angielskiego, ale dogadaliśmy się na tyle że zrobiłem zdjęcie wehikułu i dowiedziałem się że podróżuje do jakiegoś innego Kraju.
Lepsze to niż traktor, co nie ;)

Późnym popołudniem, zrobiłem jeszcze zakup w postaci soku, i polazłem do hotelu spać.


Drugiego dnia, udało się jeszcze popływać po osiemnastej. Tym razem na La Grande Large. I tu o mało nie zostałem rozjechany przez kajak. Model sportowy, w którym siedzi się tyłem i zasuwa. Przepłynęły między mną a bojką. Hol do bojki ma 2,5m długości, wiec to było naprawdę o pici włos. Jeszcze przed wiosłem pod wodę uciekałem ;) Chłopak był bardziej przestraszony niż ja zdziwiony.


Jeszcze kilka smaczków dotyczących budowli hydrotechnicznych, falochron z kaloryfera.

Fotka na do widzenia i do hotelu. Potem już tylko praca.

Wpis udało mi się zrobić jeszcze na lotnisku w Lyon, ale zdjęć nie dałem rady z telefonu wrzucić .


Przy okazji, we Francji potrafią całkiem elegancko zareklamować dziurę w dupie. ;)

sobota, 8 września 2018

Anglia - wycieczka z wodą w tle*


  Wyjazd był rutynowy. Mniej więcej jak ostatni lot Concorda. Mając doświadczenie z wizyty w Rumunii, nie przykładałem się zbytnie od planowania. Przelot i hotele. Resztę się jakoś ogarnie na miejscu. Wypożyczenie auta odpadało - nie wyobrażałem sobie jazdy po niewłaściwej stronie.
  Przy okazji, po cichu liczyłem, że skoro w UK nie ma ograniczeń co do pływania, a wydawnictwo wildswimm powstało właśnie tam, to na pewno uda się zamoczyć cztery litery, a może nawet i kawałek przepłynąć.
  W Luton byliśmy około 8.30. Pierwszy problem pojawił się z autobusem. Okazało się że nie akceptują ani kart płatniczych, ani Euro. Tylko i wyłącznie funty. Znalezienie właściwego autobusu i normalnego bankomatu, spowodowało że wyruszyliśmy dopiero koło 10. Niecałą godzinę później byliśmy w Hitchin, a stamtąd już pociągiem do Sandy.

Tak wygląda domek w Hitchin. Cegła+dachówka są dobre na wszystko.



Dworzec w tejże samej miejscowości. Technologia budowlana ta sama.




  Taka ciekawostka odnośnie pociągów. Bilet kupuje się na dworcu, i odbija na bramce przed wejściem na peron. Dzięki temu na peronie nie ma osób postronnych. Bez szans na romantyczną pogoń za pociągiem...
Bilet trzeba zachować, bo trzeba go również odbić wychodząc z dworca docelowego. Inaczej wyjść się nie da.
 Druga ciekawostka - trzeba zwracać uwagę na komunikaty w pociągu. Czasem pociąg jest dłuższy niż peron, i drzwi w kilku ostatnich wagonach, mogą się na stacji nie otwierać.
 Łatwo wtedy przejechać stację. Jeśli się to zrobi, i wysiądzie przystanek dalej, trzeba od razu powiadomić pracownika stacji, a nie próbować się z niej wydostać.
 Z dworca w Sandy mieliśmy do hotelu jedną milę, wiec wiadomo spacer - byłem ciekaw jak wygląda ta miejscowość.
 Cóż, wygląda tak samo jak wszystkie inne. Ceglane prostokątne domy, skośne dachy, kryte szarą dachówką i ... i tyle. Serio. W każdym mieście, wiosce, gdziekolwiek byśmy byli 99,9% domów wygląda tak. Pozostały ułamek procenta to pruski mur z bielonymi ścianami.
 Prawie pod samym hotelem zonk - nie ma się jak do niego dostać. Kończy się wioska, zaraz obok niej biegnie autostrada, a hotel jest za autostradą. Przynajmniej zakładam że to autostrada - choć ma wbudowane rondo więc pewności nie mam.
 Przebiegnięcie górą, nie wchodziło w grę. Pół godziny zajęło nam znalezienie przejścia pod autostradą. Most nad lokalną rzeką chwilowo wyschniętą.
 Pierwsze pytanie jakie zadaliśmy na recepcji - jak tu ludzie przychodzą?
 - Przebiegają górą.
W hotelu który ział pustkami nie dało się zalogować wcześniej. Check-in o 14.00 nie wcześniej. Zostawiliśmy bagaże, i tą samą drogą poszliśmy zwiedzać wioskę.
 Monotonia, monotonia i monotonia raz jeszcze. Ceglane domki wszędzie.
 Jedyny w miarę atrakcyjny teren, to miejscowy rezerwat. Lasek, kilometr na półtora, jedyny w okolicy kilkudziesięciu mil. Anglia jest tak ściśle zapełniona, że brakło im miejsca na większe lasy. Wiec nawet taka popierdółka jest lokalną atrakcją.



 Po zwiedzeniu parku, koło 16.00 wróciliśmy do hotelu. Ogarnęliśmy się w pokojach. Ku mojemu zdziwieniu, standard hotelu był skromny.

 Trzy gwiazdki. W łazience pofałdowany gumolit na podłodze, wszechobecna korozja, meble z niczym nie zabezpieczonej płyty meblowej.



 Po ogarnięciu poszedłem szukać szczęścia nad wodą. W końcu do rzeki niedaleko. Niestety, rzeka okazała się być bardzo podobna do kanału Szczakowskiego - płytka i z dużą ilością roślin. Do tego błotnisty brzeg, na którym tataraki walczą z jeżynami.


 Jako wisienka na torcie - rzeka jest ogrodzona siatką, i jest tam rezerwat wydry. Można wchodzić, ale należy się trzymać ścieżek.

  Plan B. Z mapy wynika, że dwa kilometry z prądem zaczynają się stawy z kąpieliskiem. Prowadzi tam ścieżka wzdłuż rzeki. Prowadziła kilka lat temu. Nikt jej nie używał i zarosła jeżynami. Po stu, może stu kilku metrach się poddałem. Do nocy bym nie dotarł do tych jeziorek.
 Wróciłem do hotelu, i na chwilę się położyłem. Wieczorem mieliśmy jeszcze iść coś zjeść na wiosce. Obudziłem się o trzeciej rano, przykryty tylko poduszką. Bardzo epickie urwanie filmu, bez grama alkoholu.
 Następny dzień to sprawy zawodowe, skończyliśmy dość późno, tak że dopiero o 18.00 byłem w hotelu w Cambridge.
 Niewielką nadzieję dawał fakt, że dwadzieścia minut spacerem od hotelu są trzy spore jeziorka.

  Po drodze odkryłem że domy w C. są w tym samym stylu co w Sandy, Luton i March. To się nazywa standaryzacja.



Niestety, jak się okazało, wszystkie jeziorka są prywatne i ogrodzone siatką. Obszedłem ile mogłem, ale miejsca do pływania nie znalazłem aż do dwudziestej, czyli w praktyce do zmroku.

 Środa. Od rana sprawy zawodowe. Wprawdzie zakończone szybciej niż się spodziewałem, ale o wymeldować się z hotelu, musiałem przed pracą i nie miałbym gdzie zostawić walizki idąc pływać.


Za to obejrzałem Cambridge w centrum, gdzie ponownie wita jednostajna architektura.




  W drodze powrotnej, pozwiedzałem sobie Hitchin. Mają mały ładny park, z rzeczką i kaczkami i choć trochę inną architekturę.

Potem już tylko autobus do Luton. Autobus, jedzie autostradą (albo ekspresówką), i ma na niej przystanki.
 Ten miał nawet konkretniejszy przystanek, bo się wziął i popsuł. Tutaj trzeba oddać angolom sprawiedliwość, zamiennik, podjechał po 20 minutach i szczęśliwie dotarłem na lotnisko.
  
 W Luton, jechaliśmy przez tak monotonne dzielnice, że żałość brała. Identyczne domy, po pięćdziesiąt w rzędzie. Kolejne rzędy różniące się tylko odcieniem cegły. Pewnie kuzyn brata królowej, ma fabrykę cegieł.

 Myślę że po tygodniu mieszkania tam, zacząłbym pić. Nie przypuszczałem że monotonia w architekturze jest taka męcząca.

 Na koniec dowcip opowiedziany przez taksówkarza. Pewnie nie oddam go dokładnie, bo mój angielski zostawia sporo do życzenia, ale spróbuję.

 Czasy Imperium Rzymskiego, które dotarło aż do wysp brytyjskich. Nie dali rady zająć całych, więc zajęli kawałek wybrzeża i ogrodzili to murem. W murze, zrobili bramy, żeby chłopi mogli przechodzić, a jednocześnie by zagrodzić drogę wojsku.
 Na bramie, stoi dwóch strażników,  stary i młody. Młody prawie sika po nogach, bo tyle co przyjechał z Rzymu i Brytole mu się jawią jakio dzikusy. Stary strażnik, na pełnym chilloucie.
 Nadchodzi grupa tublyców. Gnomo-trole. Wąsate i brodate. W łapach ogromne topory, wzrok dziki, suknia ich plugawa (jak u naszego wieszcza)
 Krzyczą "Śmierć Rzymianom". "Poszli won", ale przez bramę przechodzą w miarę spokojnie.
 Młody strażnik oddycha z ulgą.
 - No myślałem że będą większe problemu.
 - Mówiłem ci że będą spokojni. Problemów spodziewam się za jakieś dwie godziny.
 - A co się wtedy stanie?
 - Ich mężowie wyjdą z pubów.

 W przyszłym tygodniu Francja - może tam będzie lepiej.

--------------------------------------------------------------------------------
* Z wodą w tle, bo angielska architektura, to mokry sen każdego miejskiego architekta który lubi ład, harmonie i monotonię.