czwartek, 25 stycznia 2018

Rumunia - Bacau - wycieczka z wodą w tle

 Tym razem ani zły los, ani poświąteczna nuda - obowiązki zawodowe. Trzeba było się wybrać do pachnącego egzotyką miasta Bacau we wschodniej części Rumunii. Wycieczka była bardziej złożona, z dwóch przyczyn. Po pierwsze - nie da się dolecieć prosto do Bacau. Trzeba najpierw tanią linią lotniczą udać się z Katowic do Luton (tak, tego w Wielkiej Brytanii), a stamtąd inną tanią linią, do miejsca docelowego. Po drugie - drugi etap podróży, to wyprawa z Rumunii do Włoch, a potem powrót przez Monachium, bo oczywiście lotów bezpośrednich brak.
 Do wyjazdu szykowałem się kilka dni. Wydrukowałem wszystkie mapy, opłaciłem bilety, samochód, ubezpieczenia, hotele, włączyłem roaming w telefonie, kupiłem pakiety internetowe, w kantorze zanabyłem ichnią walutę.. - co mogło pójść nie tak?

 Wszystko.

 Wprawę czas zacząć. Niedziela wieczór, kierunek Luton. Wylot opóźniony o około godzinę. Nic to, sukę statystykę trzeba nakarmić, więc nie ma się co przejmować. Skoro coś się ma nie udać, to niech to będzie pierdoła na starcie.
  W trakcie lotu, tekst niczym z filmu. Stewardesa włączyła intercom, I zadała pytenie w stylu: "czy jest na sali lekarz'. Oczyma duszy już widziałem jak awaryjnie lądujemy we Wrocławiu. Na szczęście było to tylko omdlenie I po zwiększeniu ciśnienia w kabinie, mogliśmy lecieć dalej.
 Koniec końców - o 21 byłem na miejscu w hotelu. Na recepcji pani posługująca się biegle polskim, w hotelowej restauracji również, kierownik zmiany też Polak.. po co ja się uczyłem angielskiego? Oczywiście nic w Luton poza hotelem nie widziałem - przylot i wylot po ciemku.
 Poniedziałek rano - kierunek Rumunia. Wylot opóźniony o godzinę, nie ma się czym przejmować. O 14 ichniego czasu (Rumunia jest o godzinę do przodu) jestem na miejscu.



 "Internationale aueropuerto..." - czyli lotnisko międzynarodowe. Zdjęcie oczywiście tendencyjne ;) . Budynek lotniska jest nowy, niewielki ale funkcjonalny. Nieco mniejszy niż Balice. Wysłużony Antek, to własność lokalnego klubu spadochronowego (mocno nieformalna grupa).
 Po wyjściu z lotniska, ominąłem nagabujących taksiarzy  i poszedłem spacerkiem do centrum.

  Po drodze kościół. Odnowiony i całkiem ładny.


 A tak wygląda blokowisko obok kościoła. Pomimo wysiłków mieszkańców, większość budynków wygląda bardzo skromnie. Praktycznie każdy balkon jest przerobiony na dodatkowe pomieszczenie. Bloki nie mają centralnego ogrzewania - tak je wybudowano w poprzednim ustroju. Dlatego każdy ma swój piec gazowy. Co ciekawe instalacja jest puszczona na zewnątrz budynku. Nurtowało mnie to dopóki nie zobaczyłem że w większości instalacje są na mufach a nie spawane. Ze szczelnością pewnie jest słabo.


Sklep, typu mydło-powidło. Elektronika bazarowa, kask motocyklowy, figurki i dwa stare lampowe radia. Na oko w niezłym stanie. Niestety, bariera językowa uniemożliwiła głębszy wywiad.

Pierdut znaczy zagubiony, utracony. Prawie jak u nas: pierdut i nie ma.


Schody, które bezbłędnie można rozpoznać że pochodzą z minionej epoki. Gdyby je tylko odnowić, wyglądałyby naprawdę ładnie. Styl przypomina rzeźby z parku chorzowskiego. Widać nawet wtedy ludzie którzy mieli wyczucie sztuki dawali radę się przebić.


Czterogwiazdkowy hotel. Realnie dałbym mu trzy. Wystrój, powierzchnia, czajnik, herbata, ładnie zrobiona łazienka, przyjemne kolory. Z mankamentów - niewielki przeciąg i elektryczne nagrzewnice powietrza z hałasującymi wentylatorami.
 Nie mogłem się oprzeć i ułożyłem reklamówkę z biedry, w której jechały ubrania na zmianę. Po prawej stronie - plecaczek. Z poczuciem dumy mogę powiedzieć - wyjazd na trzy i pół dnia. Dwie wizyty biznesowe i wszystko spakowane do plecaka 24 litry. Przy wyjeździe zmieściła się w nim jeszcze drewniana sowa i talerzyk - prezenty dla dzieciaków.

 Ponieważ do zmroku było jeszcze sporo czasu, zgodnie  planem poszedłem zobaczyć wyspę.


Plan umieszczony przy moście prowadzącym na wyspę. Co ciekawe wcale nie tyczy się terenu rzeki i wyspy, tylko zbiornika który jest kilometr wyżej.


Żeby nie było, naprawdę tam byłem.


 Na wyspie jest budowany deptak. Budują i budują o pięciu lat. W tym roku mają skończyć. Z ciekawości chciałem przeleźć przez plac budowy (kto by się tam sznurkiem przejmował), ale okazało się że budka stróża wcale nie jest pusta. Gość nawet znał język obcy, tyle że hiszpański o którym z kolei ja nie mam pojęcia. Translator pomógł na tyle, że nie udało mi się go przekonać żeby mnie wpuścił.


 Poszedłem deptakiem w górę rzeki, w stronę zalewu. Rzeka poza tym że zamarznięta, wygląda na bardzo płytką.


  Na brzegu taka dziwna konstrukcja. Jest to dawny hangar na łodzie. Przy wysokim stanie wody, można było wpływać do środka.



Teraz hangar jest siedliskiem dzikich psów. Jest to poważny tutajszy problem. Wyrzucone, zdziczałe, przestraszone. Najwięcej jest ich w miastach gdzie szukają pożywienia. Za dnia nie atakują ludzi, w nocy bywa różnie. Przez dwa popołudnia spacerów spotkałem trzy spore watahy i kilka samotnych sztuk. Nie ma małych kundli, wszystkie są wilczuropodobne.

  Duży park, rzeźby z minionego okresu, ładne i zadbane. Tabliczka na bramie z drugiej strony wyjaśniła wszystko - dom pracy twórczej ministerstwa edukacji.



Rzeka 50m poniżej tamy, widoczny przepust rurowy. Konstrukcja identyczna jak u nas w początkowym biegu Wisły.

 Początek kanału, biegnącego równolegle do rzeki. Kanał szeroki, prosty i zabierający dla siebie niemal całą wodę.


Ujęcie wzdłuż kanału. Prosto jak strzelił. Dwa kominy na horyzoncie, to kombinat chemiczny, też z minionej epoki. To był pomysł na rozwój miasta.

 Elektrownia na ujściu zbiornika, pomimo sporego gabarytu (jakieś 80m szerokości) generowana moc jest znikoma. Byłoby więcej, ale poziom wody w kanale jest prawie taki sam jak w zbiorniku a bez spadku nie ma mocy.


Widok na zbiornik w kierunku północnym. Na akwenie jest kilka miejsc widokowych, stanowiska do połowu i żadnej wypożyczalni łódek. Okresowo jest wypożyczalnia kajaków.


Ujęcie w kierunku na zachód. Cały zbiornik jest spory, długość ok 2km, 700 m szerokości. Tyle że linia brzegowa mało skomplikowana. Za to rzeka powyżej zbiornika kusi, ale to już zostaje planem na przyszły rok, jeśli znowu mnie tam wyślą.

 Całe miasto wygląda skromnie, z wyjątkiem kilku takich posesji jak ta. Czterometrowej wysokości ogrodzenie, powierzchnia działki jakieś dziesięć tysięcy metrów. Kort, dwa stawy, wyspa, mostek. Myślę że wiem gdzie się podziały pieniądze które dostali z unii na remont pobliskiego ronda.

Na zwiedzanie miałem dwa popołudnia, więc zbyt wiele nie zobaczyłem.

Drugiego dnia pobytu, miałem okazję jechać taksówką. Pomimo tego że korporacyjna, żaden samopas, poczułem się jak w filmie akcji. Jedynka, dwójka, klakson, rura. W trakcie jazdy, zaliczyliśmy obcierkę z inną taksą, i gość nawet nie zwolnił. Widać takie rzeczy to codzienność.

Bacau, ma wszystko żeby stać się letnim turystycznym kurortem. Góry po obu stronach, dwa zalewy, rzekę, lotnisko. Przede wszystkim - leży na równinie między dwoma pasmami, a nie w dolinie  miejsca na rozbudowę jest dość. Na razie nikt się nie zorientował.

Trzeci dzień wyjazdu to było kompletne wariactwo. O pierwszej w nocy zaczęło się odśnieżanie chodnika wokół hotelu. Robili to za pomocą koparki która zdrapywała lód. Spać się nie dało.
O 4.00 trzeba było się zwlec z łóżka, ubrać i wyruszyć ku przygodzie.  Tym razem taksówkarz jechał bardzo spokojnie.
Check in, kontrola bezpieczeństwa, przysypianie w poczekalni. Potem załadowano nas do autobusu, który po 20metrach jazdy się zepsuł. Zawrócono nas na bramkę i podstawiono inny. Koniec końców jak już wszyscy siedzieli w samolocie, trzeba go było odladzać.
 Wylot opóźniony o godzinę, a wiedziałem że we Włoszech będę miał ciasno z czasem.
 Przylot, też opóźniony o godzinę. Auta w wypożyczalni nie ma bo poprzedni wypożyczający je rozbił, i zamiast segmentu B zaoferowali 9 miejscowego vana. Wynegocjowałem mniejszą terenówkę.
 Potem przejazdy, sprawy zawodowe, powrót (oczywiście z pomyleniem trasy na lotnisko) i o 17 stawiłem się do odprawy. Zonk. Nie ma mojej rezerwacji.
 A przed wylotem się zastanawiałem - cóż może pójść nie tak.
 Koniec końców 'wstukali mnie z palca' do systemu i biegiem na kontrolę bezpieczeństwa. Na bramce byłem na 2 minuty przed zamknięciem.
 Przelot do Monachium bez przygód. Na miejscu ponowna odprawa, tym razem już bez żadnych problemów. Dziwne to jak diabli, bo przecież bilet kupowałem jeden na oba loty, a był to wiodący niemiecki przewoźnik, utrzymujący tradycyjnie wysoką jakość.
 Przed ostatnim przelotem miałem sobie zamówić taksówkę i okazało się że roaming w służbowym przestał działać. W Rumunii działał, w Niemczech nie.
 To już była drobnostka, potem krótki lot do Balic, taksówka do domu (nie będą podziękowania wszystkim w niebiosach za polskich taksówkarzy i ich jakość jazdy), o 01.00 w domu i spać.

 I tyle.

 Z praktycznych rzeczy. Na miejscu płci się leiami. 1 lei to mniej więcej 1 zł. Ceny mają takie jak u nas. Najbezpieczniejszy, bo znany sklep to Lidl.  Mają swoją sieciówkę z bułkami i zapiekankami - LUCA. Zapiekanki dobre, ale słodkie bułki z jabłkiem beznadziejne - zbyt słodkie.
 Z kolei ichnie bułki z serem są robione z kwaśnego sera i też są niedobre.
 Dobre i tanie mają za to wędliny, tyle że mięsnego trzeba się naszukać.
 Taksówkarze akceptują tylko gotówkę i mają stosunkowo niskie ceny - 5km na lotnisko 19Lei, ale 20km do firmy tylko 30 Lei. Wszystkie taksówki są żółte i wszystkie to Dacie. Praktycznie żaden taksówkarz nie zna żadnego języka obcego. Nawet taki którego polecają lokalne firmy. O zamówieniu taksy przez telefon w jezyku herbaciarzy, nie ma nawet co myśleć.
 Podobnie z obsługą w sklepach i aptekach. Dopiero w trzeciej aptece udało mi się dogadać na tyle ze kupiłem aspirynę.
 Nigdzie nie idzie kupić pocztówek, nawet na poczcie głównej! Przy wyjeździe się dowiedziałem że powinienem był pytać w bibliotece.
 Na psy trzeba naprawdę uważać. Nawet jeśli nie atakują to pcheł mają masę.