Test

Ogromna prośba do wszystkich którzy tu zaglądają - komentujcie, to co czytacie. I jeśli możecie to piszcie skąd jesteście i jak trafiliście.

czwartek, 13 września 2018

Francja - Lyon - wycieczka z pływaniem na dziko.


 Tym razem za podróżą nie kryła się szefowa, która zleciła poprzedni, walentynkowy wyjazd, do miasta z lwem w herbie. Ot rutynowa robota. Weźmiesz sto kolumbijskich pesos, i tak jak ostatnio podszyjesz się pod sprzedawce tanich rurek do nurkowania. Zlokalizujesz i zrobisz co trzeba, a potem znikniesz
jak sen jaki złoty.
Fajnie by było.
 W rzeczywistości, wyjazd to przelot najtańszym lotem, i dwa dni mozolnej pracy nad papierami. Do tego budżetowy hotel B&B. Ale, korzystając z okazji że dni ciepłe, a do jezior z hotelu niedaleko, były duże szanse że uda się popływać.

Pobudka o chorej godzinie. Trzecia zero zero. Taksówka i dosypianie w samolocie. Hotel. Ogarnięcie, spakowanie i heja w drogę .

Tym razem wybrałem trasę wzdłuż zachodniego brzegu. Z założeniem że dojdę do plaży.




Po drodze minąłem wypożyczalnie kajaków, niestety nieczynną.



Koniec końców, krętymi ścieżkami dotarłem kolo pierwszej na planowane miejsce. Plaża, poniżej i na prawo od wypożyczalni żaglówek. W sezonie jest tutaj kąpielisko.


Hyc do wody. Cieplutko, czysta, płytka. Dno kamieniste. Popływałem, w te i nazad.

Trochę wody, słońca i od razu człowiek szczęśliwy.


W niektórych miejscach jest tak płytko, że można stanąć i nakręcić film.



 Większość płycizn jest oznaczona żółtymi bojami.


Po drugiej stronie, ładna, ale niestety kamienista plaża.


Na jeziorze jest sporo wysp. Wszystkie z kamienista plaża. Dużo zieleni i nieagresywnych łabędzi.


Na zachodnim brzegu klub sportowy z kajakami i małymi żaglowkami. Wypożyczalni brak, uciechy tylko dla członków klubu.

Ponad półtorej godziny luźnego pływania w pięknych okolicznościach przyrody.



Potem pieszo przez parki i stawy, droga dookoła wschodniego brzegu.



Na moście człowiek spytał mnie o drogę. Ja nie znam francuskiego, on angielskiego, ale dogadaliśmy się na tyle że zrobiłem zdjęcie wehikułu i dowiedziałem się że podróżuje do jakiegoś innego Kraju.
Lepsze to niż traktor, co nie ;)

Późnym popołudniem, zrobiłem jeszcze zakup w postaci soku, i polazłem do hotelu spać.


Drugiego dnia, udało się jeszcze popływać po osiemnastej. Tym razem na La Grande Large. I tu o mało nie zostałem rozjechany przez kajak. Model sportowy, w którym siedzi się tyłem i zasuwa. Przepłynęły między mną a bojką. Hol do bojki ma 2,5m długości, wiec to było naprawdę o pici włos. Jeszcze przed wiosłem pod wodę uciekałem ;) Chłopak był bardziej przestraszony niż ja zdziwiony.


Jeszcze kilka smaczków dotyczących budowli hydrotechnicznych, falochron z kaloryfera.

Fotka na do widzenia i do hotelu. Potem już tylko praca.

Wpis udało mi się zrobić jeszcze na lotnisku w Lyon, ale zdjęć nie dałem rady z telefonu wrzucić .


Przy okazji, we Francji potrafią całkiem elegancko zareklamować dziurę w dupie. ;)

czwartek, 9 sierpnia 2018

Ratunkowe racje żywnościowe.

 Taka ciekawostka. Rosyjska racja żywnościowa, przeznaczona do tratw ratunkowych Dziewięć batoników, spakowanych do aluminiowej folii po trzy sztuki. Trzy paczki we wspólnym worku foliowym. Jest to zgodny z normą zapas żywności na trzy dni. Po 800 kcal na dzień. 
 Batoniki to mąka, cukier, tłuszcz i jakieś suszone owoce. Rosyjskie racje mają opinię najsmaczniejszych, ale jak dla mnie są po prostu za słodkie. Po zjedzeniu batonika, co samo w sobie jest ciężkie, trzeba wypić sporo wody.

 Znacznie lepsze pod tym względem, są racje SevenOcean. Nie tak twarde, dużo mniej słodkie.



niedziela, 29 lipca 2018

Kanał Szczakowski - dzikość w sercu cywilizacji.


 Dziś udało się zrobić tylko rekonesans pieszy, odcinka od zalewu Sosina do Lokomotywowni. Przez chwilę miałem nadzieję pierwszy, pierwszy, ale okazało się że chłopaki z przemsza.pl , zrobili go kajakami w zeszłym roku. Kanał wprawdzie zaczyna się w Bukownie, ale jak wynika z opisów - jest tam bardzo ciężko i pływanie jest niewiele.
 Autobusem KZK dotarłem do Dworca PKP w Szczakowej. Dworzec, oczywiście w remoncie ;). Stamtąd ok półtora kilometra marszu do ulicy Bukowskiej, a potem jeszcze półtora samą Bukowską. Trzeba iść aż dojdzie się do mostu drogowo-kolejowego. Pod spodem przebiega kolejna linia kolejowa (chyba nieczynna) i sam Kanał.
 Pieszo można zwiedzać na dwa sposoby. Albo zejść przed mostem, potem pod nim przejść i skręcić w lewo obok wodociągów (czerwony). Idzie się wtedy wygodną dróżką przez las, ale do kanału podchodzi się przecinkami do kilkaset metrów.
 Drugi sposób (zielony), przejść przez most. 10-15m za nim, po prawej jest ścieżka w las, a potem zrujnowane schody. Schodzi się nimi właśnie na tą linię kolejową. Potem idzie się torami, które biegną dokładnie obok kanału.


 Jest to również dobre miejsce żeby w tym miejscu wejść i popłynąć. W przyszłym tygodniu biorę deskę i zmierzę się z tym odcinkiem.
 Woda jest bardzo czysta. I w miarę ciepła. Dużo roślin na dnie, i sporo tataraków, ale cały czas da się płynąć.

 Tak wygląda miejsce startu, w kierunku na Bukowno, czyli tam skąd płynie woda. Zarówno kajak, jak spływ wpław wyglądają na możliwe.

A tak wygląda miejsce startu, z mostu, w kierunku na Sosnowiec.

Pierwsza przeszkoda jest od razu pod mostem. Czyli 50m od startu. Tymczasowy mostek, dla pracowników remontujących most powyżej. Spokojnie do pokonania, bez żadnej dewastacji.

 Jeśli zaczniemy w tym miejscu, to spływ będzie miał 3,5km długości i zajmie ok godziny**.



W połowie drogi kanał wygląda tak. Sporo roślin, ale i konkretna głębokość. Minimum 1,3metra. Brzeg z gatunku mało przystępnych. Każda wysiadka oznacza lądowanie w wodzie.

Na filmie widać, że nawet pomimo roślinności, nurt jest w całkiem bystry.


Widok na most kolejowy. Tataraki zaczynają się na poważnie dopiero za nim.



 Przed samym końcem wygląda tak. Sporo tataraków, przez które trzeba się przedzierać. Na szczęście ten zarośnięty kawałek ma tylko 50m długości.




Za końcowym jazem. Chciała by dusza do raju, ale tego odcinka już nie wolno***. Jazz jest niski (60cm), i można spokojnie lądować tuż przy nim na prawym brzegu. Jest nawet wydeptana ścieżka.

Z dołu wygląda jeszcze lepiej. 600m dalej jest kolejny jazz i tam już jest wlot na ujęcie wody.


Ważna uwaga. Tam gdzie jest zaznaczony KONIEC, kończymy spływ. Bezdyskusyjnie. Dalej zaczyna się teren wodociągów. Wodociągi to obiekt strategiczny. Pomijając kwestie bezpieczeństwa, narażamy się na wysoką i raczej nieuniknioną karę finansową.

Spływ się kończy prawie w samym środku niczego. Trzeba iść dróżką na prawym brzegu aż do wejścia do na teren wodociągów. Potem idzie się wzdłuż muru, następnie drogą z płyt, i dopiero jak się opuści teren ujęcia wody - czyli po 800m, można zwodować sprzęt. Do wyboru, albo jeszcze w kanale, albo już na Białej Przemszy.

 Przy czym BP przepłyniemy 800m i znowu jest długa przenoska.

EDIT

 Tydzień później. Skoro kanał oceniłem na zdatny do przepłynięcia wpław, podjąłem dziś taką próbę. Zabrałem ze sobą pływak, który dwa lata przeleżał w garażu.




Dojazd ten sam co ostatnio, tyle że bez błądzenia.Przeszedłem pod mostem, zwodowałem się za mostem, na wysokości pomostu od wodociągów.
 Zonk. Woda do pół uda. Ale nie należy się poddawać. Ruszam do przodu. Tataraki, płycizna, tataraki, jakieś liście na wodzie. Zaraz się tego namotało do linki od pływaka.
 Pół idąc, pół płynąc - do przodu.
 Znowu więcej tataraków, potem głębiej płycej i jeszcze raz.
 3,5 km, dwie godziny. Komary miały karnawał w Rio, środek na komary spłukał się przy pierwszym zanurzeniu.
 Przed mostem kolejowym - DOŚĆ, wychodzę. Wlazłem do wody dopiero za wodociągami - 50m przed tym jak kanał wpada do BP. Płasko, bo płasko, ale nie ma roślin i da się płynąć.
 Dopłynąłem do BP i trafiłem w jej chyży nurt. Lodówka. Normalnie tak zimna woda, że aż mi ręce zgrabiały i kark zgiął. Co z tego jak normalna głębokość, jak dostałem drgawek.



 Dopłynąłem do kolejnego mostu kolejowego. Dłuższa chwila na zastanowienie. Może się przyzwyczaję do tej wody. Jednak nie, wychodzę. Nie dam rady płynąć, pomimo że do końca zostało może z 500m.

 Do spływania wpław czy na materacu nie polecam - tylko kajak.



 ------------------------------
* Dla tych co marudzą że Sosnowiec to nie cywilizacja. Kanał zaczyna się w Bukownie i stamtąd bierze cywilizowane fluidy.

**Bazując na doświadczeniu, jak mówię że około godziny, to trzeba zabrać zapas jedzenia i picia na dwa dni. Dzisiaj całą trasę obskoczyłem na dwóch batonach z Deca i wodzie z kanału.

*** I pyta kajakarz Boga, Panie Bożu, wolno kajakarzu do wodociagu płynąć? A Bóg odpowiada, kajakarz nóg nie myje tylko w błocie moczy, i czeci tydzień na spływie w jednej koszuli i gaciach. Brudny łach capi, a skoro capi to nie wolno jemu w wodociagi. :)





niedziela, 1 lipca 2018

Pogoria 4 - słońce wiatr i woda


 Pojechałem głównie żeby wypróbować żagiel. Ale zanim zaczęło wiać, zaliczyłem pierwszą rundę dookoła. Pogoria IV to bardzo fajny akwen:
  • ponad pięć kilometrów długości
  • dużo różnej wielkości wysp
  • dwa kanały
  • zróżnicowane brzegi (zachodni trawiasty, wschodni w postaci piaszczystej skarpy)
  • dużo plaż
  • bardzo czysta woda (do 10m można nurkować bez oświetlenia, termoklina na 6-8metrze)

 Kilka zdjęć z wypadu.














Modyfikacja zaworu bezpieczeństwa. Siatka nierdzewna z oczkiem <1mm, przycięta nożyczkami. Krawędzie zabezpieczone klejem, żeby nie odpadały nitki z siatki. Całość wciśnięta w kapsel zaworu. Koniec problemów z zabrudzeniem i przeciekaniem zaworu.





poniedziałek, 11 czerwca 2018

Peronin - koktajl protonowo-energetyczny.


 Do tej pory hołdowałem zasadzie normalnego jedzenia w trakcie wysiłku. Preferowałem, niemalże idealną kaszkę owsianą, która kosztuje pojedyncze monety, a zawiera w sobie wszystko co przy wysiłku potrzebne. Owsianka była uzupełniona batonikami. Najczęściej z owsianki, bakalii i miodu. Czasem przy dłuższym wysiłku, dorzucałem do menu kabanosy. Kabanos to też skondensowana moc, a przy tym jak smakuje :)

 Zarówno długie pływanie na wodzie otwartej (w końcu o tym jest blog), wielogodzinne maratony pływackie, jak i spływy kajakowe opierałem na świętej trójcy: owsianka, bakalie, kabanosy. Jednak nadszedł czas gdy wąż w kieszeni pilnujący portfela trochę osłabł, ciekawość zaczęła brać górę, no i doszedł jeszcze jeden ciekawy czynnik.

 Czytaliście kiedyś opisy wypraw w niedostępne rejony albo w kosmos? Co się bardzo rzuca w oczy, bohaterowie nie wydalają. Serio. O ile opisy posiłków są dość rozbudowane, precyzyjnie określa się ich smak i wysoką jakość, o tyle potem ulega to w organizmach śmiałków cudownej anihilacji i nie trzeba chodzić do toalety*.
 To jest właśnie cecha koktajlu Peronin. Niewiele jest do wydalania...

 No to teraz po kolei.
 Napój jest dostępny w opakowaniach 100gram, (worek), oraz 700 gram (puszka). Mniejsza porcja jest jednorazowa. Wlać trochę wody, rozpaćkać na maź, uzupełnić do pełnej objętości. Ten proces jest o tyle istotny, że jak się wleje całość wody od razu to ciężko rozetrzeć gródki.
  Żeby ocenić jakiego kopa daje ta substancja, przeprowadziłem test. Zjadłem liche śniadanie przed siódmą, i pojechałem nad wodę. Od dziewiątej do jedenastej wiosłowałem, aż w końcu poczułem pierwszą ścianę. Moment takiego nagle przychodzącego osłabienia w rękach. To sygnał, że organizm zużył to co miał dostępne na bieżąco**.

                                  
Przygotowanie posiłku zajęło kilka minut. Zrobiłem go trochę za gęsty, był przez to bardziej budyniowy niż kakaowy. Oczywiście wodę brałem z jeziora. Zjadłem i...
I na początku nic. Producent deklaruje wchłanianie w sześć minut! Realnie upłynęło prawie dwadzieścia, zanim się pojawił efekt. Do rąk wróciła siła, zniknęły mimowolne przykurcze tricepsów.
Pojawiło się uczucie sytości, ale bez ociężałości. Tak jakby organizm rozmyślił się z jedzenia. Wróciłem do wiosłowania. Nie było jakieś euforii, ale była siła. Siła na prawie cztery godziny machania wiosłem. Wprawdzie już pod koniec trzeciej godziny, żołądek trochę burczał, ale nie pojawiał się głód jako taki. Nie wiem, czy organizm faktycznie dostał co powinien, czy został jakoś oszukany, ale to działa.
 Kalorycznie, jest to odpowiednik tabliczki czekolady, więc całkiem sporo. Ale po zjedzeniu tabliczki słodkiego, można iść spać od wyrzutu insuliny, a tutaj senność się nie pojawiła.
 Pływanie skończyłem o piętnastej i miałem jeszcze dość sił na powrót do domu. Głód zacząłem odczuwać dopiero koło siedemnastej, więc prawie po ośmiu godzinach.

EDIT: Kupiłem jeszcze dwie paczki, tym razem z innych powodów. Jeden waniliowy, jeden z kakao. Ten pierwszy, smakuje jak.... jak waniliowy budyń zanim się go ugotuje. Czyli idea jest ta sama, co w przypadku drugiego, tylko dodatek smakowy inny. Smak oczywiście rzecz gustu, ale polecam jednak  kakaowy. Ma on bardziej wyrazisty smak. Waniliowego ciężko wypić całego na raz, trochę przymula.
  Jest jeszcze pomarańczowy, ale tego nie mam ochoty próbować.

 Sumarycznie:
Na plus:
- Uważam że działa i może z powodzeniem zastąpić jeden z posiłków w ciągu dnia.
- Smak jest przyzwoity, ale na trzy posiłki dziennie nie dałbym rady tego spożywać
- Nie zamula, nie powoduje ospałości ani ociężałości.
- Opakowanie jest w miarę ok - solidne, i bez nadmiaru powietrza wewnątrz.
- Z chodzeniem do WC faktycznie prawda. Nie ma potrzeby :)

Na minus:
- W opakowaniu ciężko to rozpuścić, grudki kryją się w zakamarkach
- Przydałaby się miarka w środku opakowania, dokąd nalewać wody
- Tylko dwa smaki. Kakao i pomarańcza. Przydałoby się więcej.

Cena.
 Regularna to 21zł/porcja, ale w tuttu.pl*** dostałem rabat i wyszło po 19pln. Jak na regularne posiłki na spływie - drogo, a nawet bardzo drogo. W tej cenie można przejeść cały dzień. Ale, warto mieć ze sobą ze dwie paczki, na jakieś sytuacje awaryjne albo na czyste lenistwo. Dobry jako drugi posiłek w ciągu dnia.


------------------------

* W praktyce wygląda to dramatycznie. Toaleta to foliowy worek ze zintegrowaną rękawiczką, oraz środkiem chemicznym który ma zneutralizować odchody i chusteczką nawilżaną. Worek trzeba przykleić do tyłka, zrobić swoje, wsadzić łapę w rękawiczkę i wyczyścić tyłek. Odkleić od żopy, zamknąć opakowanie i wyrzucić w kosmos. A teraz ,wyobraź to sobie że robisz to w pomieszczeniu wielkości dużej szafy w której poza tobą są dwie osoby. Tak to mniej więcej wyglądało w Apollo 11.

** Tak sobie to interpretuje na podstawie doświadczenia. Lekarzem nie jestem.

*** Tuttu nie jest moim sponsorem. A mogliby, bo kupuję u nich sprzęt turystyczny od ponad dwudziestu lat.


sobota, 5 maja 2018

Spływk kajakowy - górna Wisła - wszystko poszło nie tak.

Najbardziej zmarnowany długi weekend jaki mi się trafił. Dokładnie zaplanowany i spaprany w 90%.

Początek jest taki. W tym roku majówka była na wypasie. Wystarczyło dobrać trzy dni urlopu by mieć dziewięć dni wolnego cięgiem. Firma poszła na rękę, prawie wszyscy dostali te dni, zakład zamknięty. To uspokaja myśli, bo po długiej przerwie skrzynka będzie mniej zawalona mailami. Luz.
Planowanie trwało od początku maja. Miało to wyglądać tak:
- W sobotę, dwudziestego ósmego, biorę młodszą córkę i jedziemy na Wisłę do Niepołomic - tam ostatnio skończyliśmy spływ z Krakowa, więc robimy kontynuację.
- Drugiego dopływamy do Sandomierza. Żona przyjeżdża ze starszą córką, zabiera młodszą i płyniemy aż do Dęblina.
- W następną sobotę wieczorem, albo w niedzielę rano - wracamy pociągiem.
Komunikacja sprawdzona, połączenia są, czasu aż nadto - jest pięknie.

Bomba w czwartek wieczór. Żona jednak nie da rady jechać do Sandomierza drugiego maja. Zgryz i plan awaryjny.
- W poniedziałek rano z Oświęcimia.
- We wtorek koło południa, żona podmienia dzieciaki w Krakowie, i ze starszą płynę do Sandomierza.

Poniedziałek rano - bombs gone.

Do Oświęcimia docieramy 9.20, później niż w zeszłym roku, bo zlikwidowano pociąg, który przyjeżdżał o 7.00. I od tego momentu planowanie się sypie. Sklep który był po drodze z dworca, najbliżej Soły jest zamknięty. Dylam do Kauflanda po chleb i wodę. Młoda jeszcze nie była na wielodniowych spływach więc trochę nie ogarnia. Wszystko trwaaaa. Wypływamy o 11.10.
W Sole wody na pici włos. Gdzie do karwy nędzy jest wodowskaz który na pogodynce pokazywał 225cm? Wody jest dosłownie po kostki. Zamiast płynąć, prowadzimy kajak na linie. Przenoska na pierwszym progu. 17kg kajaka, plus 10 kg sprzętu biwakowego. Torbę z wodą i jedzeniem młoda dała radę przenieść.
Po przenosce i dzięki silnemu słońcu, już czuję że się odwadniam. Zapasy wody kurczą się jak ... no w każdym razie szybko.
Odbiję sobie na śluzach - niska woda, będą otwarte.
Taki uj.
Dwory nie prześluzują jednego kajaka. Więc robimy myk i przenosimy się na starorzecze - w tym miejscu jest bliżej przenieść na starorzecze niż za śluzę. Do pokonania jest może 40m, ale znowu na dwie raty. No i pod górkę, bo wały przed śluzą mają dobre dziesięć metrów wysokości.
Starorzecze...nie płynie. W zeszłym roku woda niosła 5-6km/h sama z siebie. Teraz, robi może 1km/h. Wiosła i cała naprzód. Pot się leje po żopie, woda schodzi z baniaków za szybko. Z reguły pływam ze starszą córką, która też wiosłuje i też nosi. Młoda jest do wiosła za niska. No a swoje waży, więc kajak się robi mułowaty. Albo ja za stary.
Druga śluza. Sytuacja się potarza, więc zaliczam sztafetę 2x200m z pokonywaniem wałów i drogi ekspresowej. Przy okazji serdeczne dzięki dla kierowców - żaden z was nawet nie zwolnił żeby nas puścić.
Znowu wiosła. Grzbiet boli, barki bolą. Daje się we znaki prawie rok braku treningów pływackich. O dziwo, kontuzjowany bark sprawuje się dobrze - boli nie bardziej niż ten zdrowy.
Wisła robi się stopniowo coraz szersza i całkiem przestaje płynąć.
Mieliśmy dopłynąć na do połowy kanału Łączany, na 42km rzeki. Tam mamy umówione pole namiotowe z prysznicem i dostępem do kuchni.
Żopa. O 18.30 po 7,5h wiosłowania i noszenia, jesteśmy pod nieczynnym mostem kolejowym, na 30km Wisły. Nie mam siły wiosłować dalej. Słońce jest nisko, a pływanie nocą odpada, głównie ze względu na wędkarzy. Nocujemy kilkaset metrów poniżej mostu na wędkarskiej miejscówce. Ze względu na niski stan, brzeg śmierdzi mułem. A komary mają karnawał w Rio.
Na kolację owsianka, rozbicie namiotu, schowanie kajaka i spać. Jakby kto prąd wyłączył.

Wtorek rano. Pobudka o 5.30. To znaczy wstaję ja, młoda śpi jak zabita.


  Dmucham kajak, pakuje rzeczy, robię śniadanie. Młoda wstaje o 8, ogarnia się i sporo pomaga. 9.30 jesteśmy, na wodzie.


Woda STOI, serio, jedząc śniadanie, patrzałem jak kawałek styropianu, przez 5 minut nie rusza się ze swojego miejsca na środku nurtu.


Wiosła i heja. 12km Wisły. 14km kanału. Pot się leje tak że siedzę w mokrym. Śluza. Nawet chcą prześluzować, ale nie mają wysokiej wody, więc stracilibyśmy godzinę. Czyli przenoska. Dzwonie do żony żeby nie przyjeżdżała, siadają mi mięśnie i nie będę miał siły, żeby zapakować starszą i przepłynąć wieczorem 20km przez Kraków do śluzy Przewóz.
Rozważałem myśl żeby przenocować w Krakowie, i ze starszą płynąć następnego dnia rano. Znaleźć nocleg w historycznym mieście, w środku majówki....
Następne 3km kanału, potem 5 km rzeki.
Dopływamy do klasztoru. Uzupełniamy płyny, bo woda się skończyła na ostatniej przenosce. Potem już w miarę łatwo dopływamy do śluzy Kościuszko. Tym bardziej że nurt przyśpieszył do jakichś 2km/h i pomaga. Na Kościuszce w końcu be przenoski. Tu jest ruch i obsługa nie robi problemu. Komora ma 120m długości, jakieś 12 szerokości, 3,6m spadku. Ponad pięć tysięcy ton wody. Komora opróżnia się w jakieś 3-4 minuty. Robi wrażenie.
Potem już tylko na zasadzie - trzy machnięcia - odpoczynek i o 18 docieramy do centrum Krakowa.
45km w 9 godzin. Z tego nurt 'zrobił' za mnie może 8-9km.
Pakowanie, taksówka i na dworzec. Czuje że poza barkami odgniotłem sobie któryś krąg i boli jak skurczysyn.
Do domu docieramy o 22.
Środę leżę i wcieram maści wszędzie gdzie się da i nie da. Ale normalnie zaczynam się ruszać dopiero w czwartek rano.

Czemu się nie udało?
- Za mało znam tę rzekę i założyłem że woda będzie niewiele wolniejsza niż ostatnio. Ostatnio był stan ostrzegawczy i sam nurt, dawał 5km/h bez wiosłowania.

- Nie miałem żadnego zapasu czasu na nieprzewidziane okoliczności. Mogliśmy ruszyć bez problemu w niedzielę po południu, zrobić odcinek choćby do drugiej śluzy, drugiego dnia przeskoczyć na agroturystykę na Łączanach, i trzeciego dnia dopłynąć pod Wawel. wtedy bylibyśmy na miejscu w południe i byłoby dość czasu na dopłynięcie do ostatniej śluzy za Krakowem.


- Nie wziąłem poprawki na niewiosłującego pasażera. Duża nie jest, ale razem z bagażem, to kilkadziesiąt kilo więcej. Kajak siedzi głębiej i zupełnie inaczej się rozpędza.

Zdjęć nie ma żadnych. Pomimo tego że aparat był pod ręką, byłem zbyt zajęty wiosłowaniem.

Przy okazji stwierdziłem że trzeba ograniczyć jednak objętość bagażu, bo przy dwóch osobach ciasno. Maty samopompujące, będę wymieniał na materacyki, jeden sobie już kupiłem. Więc jeśli by ktoś reflektował na dwie sprawne samopompy w dobrej cenie - priv.

środa, 11 kwietnia 2018

Spływ kajakowy - Dunaj


 Trafiła się okazja podróży aż na koniec Słowacji. Praktycznie do samej granicy z Węgrami. Mapa podpowiedziała że granica leży na rzece Dunaj.
 Nie można było przepuścić takiej okazji, kajak był dziejową koniecznością. Na szczęście da się go złożyć, więc bez problemu zmieścił się w bagażniku. Zaplanowaliśmy wczesny wyjazd, tak żeby jak najwcześniej być na miejscu. I jak najwięcej zobaczyć na miejscu.
 Oczywiście plany to jedno, a życie jak zwykle swoje.
 Dojechaliśmy do mostu nad odnogą rzeki o 15.40. Przy okazji odkryliśmy że zaraz obok jest ośrodek dla uchodźców. W sumie niegłupie rozwiązanie. Ten most jest jedynym mostem w promieniu 20km, a rzeka ma tak trudny nurt, że przepłynięcie w poprzek - wpłat, jest bardzo ryzykowne.
 Przy wypakowywaniu klamotów, okazało się że przy zamykaniu klapy uszkodziłem wiosło. Jedna z rurek była zgnieciona. Chwila nerwów, ale na szczęście udało się je złożyć przy użyciu siły.
 Mając wszystko przygotowane, ruszyłem nad wodę.
 I od razu - ogromne zdziwienie. Rzeka płynie w przeciwną stronę do planowanej. Ze wschodu na zachód. Zdębiałem. Sprawdzałem przecież trzy razy. Telefon, wikipedia i.... i jednak wszystko jest ok. Po prostu silny wiatr powoduje że fale poruszają się przeciwnie do nurtu.



Planowane miejsce się nie sprawdziło, błoto, gałęzie i komary.  Trzeba było się przejść jednak do rzeki, czyli pod kolejny most.

Na szczęście w drugim miejscu, zejście do wody było eleganckie - schodki, wodowskaz, krótko mówiąc luksusy. Dzięki temu, mogłem wrzucić kajak do wody, poczekać aż powietrze w dnie się schłodzi i dopompować je do otwarcia zaworu bezpieczeństwa.


Start. Most jest ogromny, jak wszystko na tej rzece.

Woda szeroka na dobre 300m. Bardzo silny wiatr, spora fala. Najgorszych warunków nie fotografowałem, bo byłem zajęty wiosłowaniem. Co ważne - po obu stronach, w nurcie są kamienne ostrogi. Ze względu na prędkość nurtu, zawirowania za ostrogami są bardzo silne.
 W dodatku, na niektórych odcinkach, ostrogi się rozmyły i są pół metra pod wodą. W takich miejscach, woda jest pozornie spokojna, ale jak się w taki obszar wpłynie - ciężko się z niego wydostać.



   Brzeg po słowackiej stronie. Widać że lepiej umocniony kamieniami. Po węgierskiej umocnień, poza osiedlami jest znacznie mniej.


Postój po węgierskiej stronie.  Ciepło słonecznie, plaża z otoczaków. W trakcie całego spływu widziałem kilka miejsc, gdzie można by spokojnie i bezpiecznie przenocować.


 Migawka ze spływu. Tylko tyle udało się nakręcić bez szalonego rzucania kamerą.


Połowa spływu. Osiedle i zakłady na wyspie.

 Port rzeczny. Biała flota, kutry obsługi technicznej, policja.

 Nabrzeże ładunkowe (piasek) po stronie słowackiej. Ślad wody jakieś dwa metry wyżej niż w dniu spływu.

No i sam piasek też. Zacne sterty.

 Malownicze osiedle na Węgrzech. Widać że rzeka żyje. Sporo łódek na posesjach, dwa miejsca do wygodnego wodowania.

 Obowiązkowe selfie - tak naprawdę tam byłem.

 Ichnia biała flota. Dwa pokłady widokowe, pierwsza i druga klasa... Na oko, stateczek może spokojnie zabrać nawet tysiąc osób. Jednostka płynęła torem wodnym, więc ja sobie uciekłem poza jego obrys.

 EDIT : znalazłem ten 'stateczek' w sieci. Zabiera tylko 168 osób. W bardzo luksusowych, jedno i dwuosobowych kabinach. To nijak nie pasuje do tego co u nas jest białą flotą.

 Ciekawostka. Droga jest wytyczona bardzo dokładnie. Boje torowe, znaki na brzegu, nawet oświetlenie (!) w szczególnie trudnych miejscach.
 I monitoring po Słowackiej stronie. Podejrzewam że bynajmniej nie z powodu żeglugi.


 Ujście małej rzeczki. Można tu zakończyć rejs, ale tylko jeśli nie padało. Wtedy śluza na rzece jest zamknięta i nurtu w zakolu nie ma. Od 1889 km, trzeba się już trzymać lewego brzegu, bo nurt z łatwością przeniesie za to zakole. Jest ono jakieś 50m poniżej znaku 1888km.

 Suszenie kajaka po spływie.

 Ostatni rzut oka na Dunaj. Jeszcze ponad tysiąc osiemset kilometrów do ujścia. Żeby tak kiedyś mieć dość czasu na całość.

  Jazz połączony ze śluzą, na dopływającej rzeczce.

I sama rzeczka dopływająca do Dunaju. Oryginalnie planowałem, że popłynę nią w górę. Jest jednak mocno zarośnięta, komarów jest masa, no i była już 19 z minutami a słońce zaczęło się chować za horyzontem.


Na koniec jeszcze sms po transport, i dwadzieścia minut później Dobry Człowiek po mnie przyjechał.