Tym razem sprawa była poważna. Trzeba było jechać do Westeros* z misją tajną i niebezpieczną. Dlatego szefostwo wybrało dwóch ludzi o twarzach zbójów i sercach aniołów. Nakazano im spakować tobołki, wsiąść do aeroplanu i nie narzekać. Przecież galernicy mają gorzej, a dzieci w Afryce to wogóle głodne chodzą.
Dojazd nie był zbyt uciążliwy. Vasteras leży w końcu w Szwecji, jakieś 110km na zachód od Sztokholmu. Wylot, tym razem popołudniowy, potem półtorej godziny autem... tak tam na autostradzie bywają ograniczenia do 50km/h i większość się tego trzyma.
Jak widać miasto leży nad wodą. Były podejrzenia że to słona woda, bo wygląda to jak zatoka idąca głęboko w ląd, ale koniec końców rzeki dały radę usunąć sól z akwenów. Taki duży zalew dawał nadzieję że się uda popływać. Na miejsce dotarliśmy o 21.30
Niewielki hotelowy pokój. Czysto i schludnie. Okno oczywiście tylko się uchyla a nie otwiera. Jako klient klasy VIP miałem widok na łącznik nad ulicą, wymienniki ciepła i dach restauracji.
Zupełnym zaskoczeniem był prysznic. Te płytki mają wymiar 20x20cm. Cała 'kabina" mniej niż 70x70. Przy kąpieli zasłonka klei się do pleców, a woda leci na pokój nawet jeśli zamknie się drzwi. Ot taka lokalna ciekawostka.
Pierwszego dnia, polazłem obejrzeć miasto w okolicy hotelu. Wprawdzie nadal było widnawo, bo słońce zaszło dopiero o 23, ale za mało było światła dla aparatu. Zdjęcia są z następnego dnia. Na tym powyżej, zabudowa nad rzeką-kanałem. Po lewej, mieszkali kiedyś bogatsi mieszczanie, po prawej ci nie bogatsi i zwierzęta. Teraz po lewej są sklepy i kilka mieszkań, a po prawej mieszkają bogatsi ;) Zwierząt nie widziałem.
Rzeka przepływa przez bardzo ładny park, z oczkiem wodnym. Ciekawostką jest to, że trawnik jest strzyżony przez automatyczne kosiarki.
Co kilkadziesiąt metrów, jest zestaw ratunkowy. Bosak, koło i drabina. Ściany kanału, mają w niektórych miejscach 4m i są obudowane kamieniem.
Konie wychodzące z kamienia. To jest sztuka - tego nie ogarniesz. Na pewno coś to symbolizuje, niestety zamysł artysty mi umknął. Ale że dałem rade poznać że to sztuka - zdjęcie jest.
Do parku przylega szkoła muzyczna z taką oto rzeźbą. Jak stanąć w odpowiednim miejscu muszla pracuje jako wzmacniacz i efekt akustyczny jest niesamowity. Dobrze że materiał jest matowy, bo gdyby tak samo skupiła słońce byłoby grubo.
Domek na drzewie. No w końcu wiadomo skąd pochodzi bajka o Pipi**. Tyle że ten domek jest dobre dziesięć metrów nad ziemią.
Port jachtowy. Duże i małe jachty, statki, promy. Pełny zestaw.
Bardzo zgrabny kuter. Warunki nautyczne***, powodują że wszystkie łodzie mają tę samą konstrukcję. Masywne, zwarte, z dużym kilem i ogromnym balastem. Mieczówek ani łodzi dostosowanych do sztrandowania, się tu nie spotyka.
A oto mój cel. Z plaży miejskiej na wyspę. 1500m w linii prostej i woda cieplejsza niż u nas. Niestety już 400-500m od brzegu, zaczyna się tor wodny na który wpływać wpław nie wolno, więc musiałem odpuścić. Tym bardziej że pływają tam całkiem spore jednostki. Jeden ze statków przywoził właśnie norweskie śmieci do spalenia w lokalnej elektrowni.
Zostało zrobić sobie selfi, żeby udowodnić niedowiarkom że nie zaniedbałem prawdziwego celu misji, tylko trudności obiektywne uniemożliwiły jego osiągniecie.
Potem powrót wzdłuż rzeki i takie o to znalezisko. Całkiem dobry rower. Za tydzień będzie na aukcji. Nic nie puka, nic nie stuka, rusza, skręca i hamuje. Szwed płakał jak sprzedawał.
I jeszcze rynek. Pomnik ku czci robotników co dojeżdżali do roboty w stalowni.
Reszta wyjazdu to już tylko praca, więc nie ma się o czym rozpisywać.
------------------------------------------------------------------------------------------
* Tak. Martin tworząc Grę o Tron, pozwolił sobie użyć tego miasta jako wzoru. Zbieżność nazw i układu ulic nie jest przypadkowa.
** Trzech sławnych szwedzkich obywateli: Astrid Lindgren, Pipi Lonstruph i Szwedzki Kucharz z MuppetShow.
*** Niewielkie pływy, kamieniste brzegi i dno, silny prąd.
Test
Ogromna prośba do wszystkich którzy tu zaglądają - komentujcie, to co czytacie. I jeśli możecie to piszcie skąd jesteście i jak trafiliście.
piątek, 24 maja 2019
wtorek, 21 maja 2019
Dziki na Pogorii IV
Jako że został jeszcze kawałek urlopu, wyskoczyłem na nocleg na Pogorii IV. Jest kilka wysepek, o tej porze ludzi nie ma. Wprawdzie dostęp do wysepek jest ograniczony, ale doszedłem do wniosku, że jak przeobozuję I dokładnie po sobie posprzątam, natura krzywdy mieć nie będzie.
Najpierw czerwonym autobusem pojechałem na Pogorię III. Jakoś się tak złożyło, że nigdy tam swoim kajakiem nie byłem. PIII to taki ciekawy akwen. Na połowie praktycznie nie ma fal pomimo wiatru, na drugiej części, w tym samym czasie fala potrafi dochodzić do 70cm. Oczywiscie zaczynałem od spokojniejszej strony (plaza miejska), więc ubrałem się na lekko. Po wpłynięciu na fale, zostałem przemoczony od stop do głów. Wypad jednodniowy, więc zapasowych ciuchów niet. Po prostu ubrałem sztormiak na wierzch I pływałem dalej. Duże zaskoczenie na plus, to fakt że sztormiak mimo śmiesznie niskiej ceny, faktycznie jest wodoodporny I oddychający. Dwie godziny później, ciuchy pod spodem były suche.
Kolejna atrakcja to przenoska. Aktualnie budowany jest tunel pod torami, ale tylko dla rowerów. Niestety ale kanału dla kajaków nie zrobią. A szkoda, po połączenie PIII I PIV dawałoby świetne możliwosci zwiedzania. Niestety budowa zajmuje całe miejsce gdzie jest najbilżej z akwenu na akwen. Więc zamiast 100m przenoski, było ponad pół kilometra.
Potem obowiązkowo zwiedziłem trzy kanały na PIV. Kto weźmie łopatę I pójdzie ze mną kopać żeby udrożnić piąty kanał? Na razie nikt się nie zgłaszał, więc chyba sam się za to wezmę.

Na koniec dnia, ulokowałem się na dużej zachodniej wyspie. Te ze wschodniej strony odpuściłem ze względu na ptactwo - nawet w nocy hałasują. Obozowisko zrobiłem profesjonalne, jak na zdjęciu powyzej.
No i jak tylko się ściemniło pojawiły się dziki. Lochy, warchlaki i przynajmniej jeden samiec. Dopiero wtedy do mnie dotarło, że ślady na piasku, to nie pozostałość po czyjej zabawie z psem. To jest miejsce gdzie dziki schodzą do wody.
Trzeba się było ewakuować - wolałem uniknąć ich myszkowania w namiocie, tudzież innych bliższych kontaktów.
W następny weekend będzie trzeba zrobić rozpoznanie, na których wysepkach się dziki zwierz rozpanoszył.
czwartek, 2 maja 2019
Sztoła w Bukownie - spływ spacerowy.
Rzeczka Sztoła łaziła za mną od wielu lat. Kiedyś jeżdżąc do pracy widywałem ją dwa razy dziennie, i wyglądała z mostu nadzwyczaj urokliwie, ale jakoś nigdy nie było okazji żeby nią spłynąć. Kilka lat temu władze Bukowna zdecydowały żeby odcinek płynący przez Bukowno dostosować do spływów spacerowych. Usunięcie zwałek i śmieci z dna, pozwoliło przygotować fajny trzykilometrowy odcinek.
Dwa tygodnie temu połączonymi siłami MOSIRu Sosnowiec i masy społeczników, wysprzątano całą Sztołę, aż do ujścia w Sosnowcu.
Szkoda było nie spróbować. :)
Początek poniżej zalewu, przy którym stoi restauracja Leśny Dwór. Brzeg umocniony - specjalnie dla kajakarzy.
Zdecydowałem się na ponton, bo kajaka trochę jednak szkoda, gdyby się okazało że będą zwałki. Młoda dała radę, mimo że na tej jednostce nie pływała dwa lata.
Rzeka na tym odcinku ma 2-4 metry szerokości. Głębokość od 20cm do 1,5m. Woda czysta ale bardzo zimna. To taka cecha Sztoły, może być 35 stopni w cieniu, a woda będzie nadal lodowata.
Następny ładny widok.
Piaszczyste skarpy - najbardziej rozpoznawalny element tej rzeczki.
Most dla pieszych. Ponieważ postawiony z pni, bez dokumentacji, projektu i zezwoleń - na obu wejściach są tabliczki "Wejście na własne ryzyko"
Koniec spływu przez Bukowno. Po prawej łagodne ale bardzo śliskie wyjście na brzeg. Po lewej widać oddalony most, pod nim dwustopniowy próg. Kajakiem do spłynięcia.
Dopłynęliśmy jakieś 200m za most kolejowy. Czyli jakiś kilometr dalej niż oficjalne miejsce zakończenia. Niestety, dalej było już sporo powalonych drzew i ponton żadną miarą by się nie przecisnął. Gdyby chcieć faktycznie wyczyścić rzekę do ujścia, to myślę że tygodnia pracy by było mało.
Jak się ponton suszył, poszliśmy dalej wzdłuż rzeki. Natrafiliśmy na jakieś ruiny - chyba stary młyn. Wcześniej był próg wodny, ale niedziałający. Rzeka tak bardzo zmieniła swoje koryto, że zarówno próg jak i młyn straciły rację bytu.
Najdalsze miejsce gdzie dotarliśmy (pieszo). Musieliśmy wracać po ponton. Na upartego dałoby się płynąć dalej, ale co 50-100m czekałaby nas przenoska. A koryto rzeki ma prawie prostokątny przekrój i wysiadanie na brzeg jest skomplikowane.
Przez następne kilka kilometrów rzeka wygląda tak. Są ludzie którzy spłynęli to pneumatykiem, ale prawdę mówiąc nie wiem jak.
Kilometr przed ujściem do Przemszy - niewielkie piaszczyste rozlewisko. Idealne miejsce na to żeby zalec i kontemplować uroki natury.
Dwa tygodnie temu połączonymi siłami MOSIRu Sosnowiec i masy społeczników, wysprzątano całą Sztołę, aż do ujścia w Sosnowcu.
Szkoda było nie spróbować. :)
Początek poniżej zalewu, przy którym stoi restauracja Leśny Dwór. Brzeg umocniony - specjalnie dla kajakarzy.
Zdecydowałem się na ponton, bo kajaka trochę jednak szkoda, gdyby się okazało że będą zwałki. Młoda dała radę, mimo że na tej jednostce nie pływała dwa lata.
Rzeka na tym odcinku ma 2-4 metry szerokości. Głębokość od 20cm do 1,5m. Woda czysta ale bardzo zimna. To taka cecha Sztoły, może być 35 stopni w cieniu, a woda będzie nadal lodowata.
Następny ładny widok.
Piaszczyste skarpy - najbardziej rozpoznawalny element tej rzeczki.
Most dla pieszych. Ponieważ postawiony z pni, bez dokumentacji, projektu i zezwoleń - na obu wejściach są tabliczki "Wejście na własne ryzyko"
Koniec spływu przez Bukowno. Po prawej łagodne ale bardzo śliskie wyjście na brzeg. Po lewej widać oddalony most, pod nim dwustopniowy próg. Kajakiem do spłynięcia.
Dopłynęliśmy jakieś 200m za most kolejowy. Czyli jakiś kilometr dalej niż oficjalne miejsce zakończenia. Niestety, dalej było już sporo powalonych drzew i ponton żadną miarą by się nie przecisnął. Gdyby chcieć faktycznie wyczyścić rzekę do ujścia, to myślę że tygodnia pracy by było mało.
Jak się ponton suszył, poszliśmy dalej wzdłuż rzeki. Natrafiliśmy na jakieś ruiny - chyba stary młyn. Wcześniej był próg wodny, ale niedziałający. Rzeka tak bardzo zmieniła swoje koryto, że zarówno próg jak i młyn straciły rację bytu.
Najdalsze miejsce gdzie dotarliśmy (pieszo). Musieliśmy wracać po ponton. Na upartego dałoby się płynąć dalej, ale co 50-100m czekałaby nas przenoska. A koryto rzeki ma prawie prostokątny przekrój i wysiadanie na brzeg jest skomplikowane.
Przez następne kilka kilometrów rzeka wygląda tak. Są ludzie którzy spłynęli to pneumatykiem, ale prawdę mówiąc nie wiem jak.
Kilometr przed ujściem do Przemszy - niewielkie piaszczyste rozlewisko. Idealne miejsce na to żeby zalec i kontemplować uroki natury.
wtorek, 30 kwietnia 2019
Jak zapakować dużo rzeczy do kajaka/ How to pack a lot of gear into kayak.
Jak kupiłem kajak, wydawał mi się ogromny. Pierwsze samotne spływy podtrzymywały to wrażenie. Niestety, przy dwuosobowych podróżach, zaczęło brakować miejsca. Po kilku próbach i przymiarkach okazało się że stara prawda znowu ma zastosowanie: lepiej bagaże podzielić niż targać jeden wielki wór.
When I bought this kayak, I was sure that its a really big vessel. After first alone kayaking, I was more than sure - he is great. Unfortunately, after first multiple days kayaking with my doughter, I realized that there is not enough space. Many test and gear mods had been done, before we found perfect balance.
Tylne siedzisko opiera się o worki, więc trzeba pamiętać żeby miękkie jedzenie było na górze.
Bags at rear part of kayak, are hold on place by two meters rope with fasteners.
W ten sposób, można się spakować autonomicznie na tygodniowy spływ we dwie osoby. Jednocześnie, worki pomimo że ustawione w pionie, nie pracują na wietrze, bo są w cieniu za wioślarzem.
That kind of gears management, allows multiple day kayaking (about five), for two person, without shore support. Unfortunately I'm aware that my doughters will growth, and I'll need bigger vessel.
When I bought this kayak, I was sure that its a really big vessel. After first alone kayaking, I was more than sure - he is great. Unfortunately, after first multiple days kayaking with my doughter, I realized that there is not enough space. Many test and gear mods had been done, before we found perfect balance.
- Pod dziobowym półpokładem - dwie butelki 1,5 litra z mineralną plus butelka 0,7 z filtrem, paczka ciastek, aparat i krem do opalania. Wszystko w siatce z Decathlona (materiałowej). Nie ma dziobowej podkładki pod nogi. Below front spray deck: two 1.5 liters bottle with water, WTG (filtration bottle), camera, cakes in box, suntan cream. Front foot rest removed to save space.
- Przednie siedzisko przesunięte jakieś 5cm do przodu, to daje miejsce na nogi dla osoby z tyłu. Usunięty dmuchany podnóżek. Do linki siedziska przymocowany mapnik. Front seat displaced about 5cm up to front from standard position. Transparent bag with map attached to seat back. Rear foot rest also removed.
- Tylne siedzisko przesunięte do przodu do połowy odległości między ostatnią a przedostatnią parą zaczepów. Za siedziskiem worek po kajaku a w nim: namiot (ustawiony pionowo) , buty, jedzenie (konserwy, dania gotowe), a na samym wierzchu dwie kurtki przeciwdeszczowe. Rear seat also moved to front (about 10cm). There are three dry bag behind rear seat. First contains: tent, food, raincoat). First bag is normaly used to storage kayak.
- Worek 40 litrów dla większego załoganta: śpiwór (pionowo) , materacyk, ciuchy, na samej górze część żywności, kuchenka. Second dry bag has 40 liters and is made of TPU. Contains my sleeping bag, clothes, trekking pad, gas stove and some food.
- Worek 40 litrów dla mniejszego załoganta, ustawiony bokiem. W środku taki sam zestaw jak w poprzednim, tyle że z lżejszą częścią żywności (ciastka, kaszki). Last bag, has also 40 liters capacity and contains same gears but for my daughter, plus lightweight food.
- Pod rufowym półpokładem. Pompka, wąż, manometr i zestaw naprawczy w worku strunowym. There are: pump, pressure gauge, repair kit and hose in bag below rear spray deck.
Tylne siedzisko opiera się o worki, więc trzeba pamiętać żeby miękkie jedzenie było na górze.
Bags at rear part of kayak, are hold on place by two meters rope with fasteners.
W ten sposób, można się spakować autonomicznie na tygodniowy spływ we dwie osoby. Jednocześnie, worki pomimo że ustawione w pionie, nie pracują na wietrze, bo są w cieniu za wioślarzem.
That kind of gears management, allows multiple day kayaking (about five), for two person, without shore support. Unfortunately I'm aware that my doughters will growth, and I'll need bigger vessel.
poniedziałek, 22 kwietnia 2019
Francja - wycieczka z kanałem w tle.
Wyjazdy do Francji to już powoli wchodzą w nawyk. Pobudka wcześnie rano, taksówka, Pyrzowice, Frankfurt, Lion. Jedno popołudnie zostaje na zwiedzanie.
Ciekawostka. Wprawdzie tu obowiązuje ten sam oficjalny czas co w Polsce, ale wschód i zachód słońca, są przesunięte o godzinę później. Czyli w zasadzie, mogłaby to już być inna strefa.
Do centrum Lyonu jakoś nie ciągnie, miasto jak miasto - zatłoczone. Ale park w Myezieu to atrakcja prima sort. Jest na tyle duży że można tam łazić cały dzień. Tym razem planowałem dojść nie do kanału ale do rzeki - zobaczyć jak wygląda ta nieuregulowana część. Taplania się nie planowałem - woda jeszcze zbyt zimna.
Najciekawsze okazało się być jednak po drodze - obszar zalewowy. :)
Cały system zaczyna się od ciekawego jazu, wbudowanego w prawy wał kanału, zaraz przez zbiornikiem La Grande Large. Konstrukcja ma ponad 120 lat.
Zdjęcie z czasów budowy (z tablicy informacyjnej, stąd zielone odbicia). Kanał, elektrownia i przelew powstały w 1892r. Elektrownia pozwalała na zasilanie stu tysięcy domów i pokrywała niemal całkowicie zapotrzebowanie Lyon na prąd.
Przy drodze, system ostrzegawczy. Jeśli miga czerwona lampka - nie idź tam.
Pierwsza z pięciu komór przelewowych. Od górnej krawędzi do tego poziomu z słupkami, jest jakieś 2,5m. Kolejne 2,5m jest do tej wody z glonami na dole. Jedna taka sekcja ma jakieś 14m długości. Trzeba przyznać że zrobiono to z rozmachem. Konstrukcja ma swoje lata, i żeby ją zabezpieczyć, zamontowano dodatkową ściankę systemu Larsena - widoczna w wodzie po prawej.
Rzut oka w dół jazu, ooo tam jest jeszcze metr niżej kanał. W sumie spadku wody jest tu jakieś 6m.
Centralna sekcja, z zaworem do precyzyjnej regulacji.
Widok na początek terenu zalewowego. Jak nie ma wody, krowy się tam pasą.
Widok na przelew od dolej strony.
Teren zalewowy, kończy się dwa kilometry dalej. Serio, zrobili sobie lekko licząc trzy, może więcej, kilometrów kwadratowych do potencjalnego zalania. Teren kończy się kilkoma sztucznymi jeziorami.
A tu jest przykład, klasycznego blogowego oszustwa. Paczcie w jakim pięknym rejonie żem był. Słonce że aż oślepia, krystalicznie czysta woda, zieleń i biały piasek w tle...
... a jak jest naprawdę? To co wygląda na biały piasek, to jasne otoczaki. Piasku tam nie ma wogóle. Tylko kamienie. Na dnie trochę mułu. Woda nie jest przejrzysta, tylko zabarwiona wypłukanymi minerałami, a na całym jeziorku obowiązuje zakaz kąpieli.
Dodatkowo, ta zieleń wokół jest tylko na wiosnę. Cienka warstwa gleby i wysoka temperatura, powoduje że latem wszystko żółknie. Zresztą, nawet kiedy jest zielone, to nie są jakieś fajne roślinki. Licha trawa, i mnóstwo kolczastych krzaków. Nie ma opcji zejścia ze ścieżki.
Dotarłem prawie do rzeki po drugiej stronie parku. Prawie, bo brakło jakichś 50m. Niestety brzegi są zarośnięte nieprzebytym gąszczem. Próbowałem kilku podejść ścieżkami, ale skończyło się to tylko podrapanymi nogami.
Potem został jeszcze powrót tą samą trasą. Kolejne dni, były na tyle wypełnione pracą, że nie było już opcji łażenia gdziekolwiek.
Ciekawostka. Wprawdzie tu obowiązuje ten sam oficjalny czas co w Polsce, ale wschód i zachód słońca, są przesunięte o godzinę później. Czyli w zasadzie, mogłaby to już być inna strefa.
Do centrum Lyonu jakoś nie ciągnie, miasto jak miasto - zatłoczone. Ale park w Myezieu to atrakcja prima sort. Jest na tyle duży że można tam łazić cały dzień. Tym razem planowałem dojść nie do kanału ale do rzeki - zobaczyć jak wygląda ta nieuregulowana część. Taplania się nie planowałem - woda jeszcze zbyt zimna.
Najciekawsze okazało się być jednak po drodze - obszar zalewowy. :)
Cały system zaczyna się od ciekawego jazu, wbudowanego w prawy wał kanału, zaraz przez zbiornikiem La Grande Large. Konstrukcja ma ponad 120 lat.
Zdjęcie z czasów budowy (z tablicy informacyjnej, stąd zielone odbicia). Kanał, elektrownia i przelew powstały w 1892r. Elektrownia pozwalała na zasilanie stu tysięcy domów i pokrywała niemal całkowicie zapotrzebowanie Lyon na prąd.
Przy drodze, system ostrzegawczy. Jeśli miga czerwona lampka - nie idź tam.
Pierwsza z pięciu komór przelewowych. Od górnej krawędzi do tego poziomu z słupkami, jest jakieś 2,5m. Kolejne 2,5m jest do tej wody z glonami na dole. Jedna taka sekcja ma jakieś 14m długości. Trzeba przyznać że zrobiono to z rozmachem. Konstrukcja ma swoje lata, i żeby ją zabezpieczyć, zamontowano dodatkową ściankę systemu Larsena - widoczna w wodzie po prawej.
Rzut oka w dół jazu, ooo tam jest jeszcze metr niżej kanał. W sumie spadku wody jest tu jakieś 6m.
Centralna sekcja, z zaworem do precyzyjnej regulacji.
Widok na początek terenu zalewowego. Jak nie ma wody, krowy się tam pasą.
Widok na przelew od dolej strony.
Teren zalewowy, kończy się dwa kilometry dalej. Serio, zrobili sobie lekko licząc trzy, może więcej, kilometrów kwadratowych do potencjalnego zalania. Teren kończy się kilkoma sztucznymi jeziorami.
A tu jest przykład, klasycznego blogowego oszustwa. Paczcie w jakim pięknym rejonie żem był. Słonce że aż oślepia, krystalicznie czysta woda, zieleń i biały piasek w tle...
... a jak jest naprawdę? To co wygląda na biały piasek, to jasne otoczaki. Piasku tam nie ma wogóle. Tylko kamienie. Na dnie trochę mułu. Woda nie jest przejrzysta, tylko zabarwiona wypłukanymi minerałami, a na całym jeziorku obowiązuje zakaz kąpieli.
Dodatkowo, ta zieleń wokół jest tylko na wiosnę. Cienka warstwa gleby i wysoka temperatura, powoduje że latem wszystko żółknie. Zresztą, nawet kiedy jest zielone, to nie są jakieś fajne roślinki. Licha trawa, i mnóstwo kolczastych krzaków. Nie ma opcji zejścia ze ścieżki.
Dotarłem prawie do rzeki po drugiej stronie parku. Prawie, bo brakło jakichś 50m. Niestety brzegi są zarośnięte nieprzebytym gąszczem. Próbowałem kilku podejść ścieżkami, ale skończyło się to tylko podrapanymi nogami.
Potem został jeszcze powrót tą samą trasą. Kolejne dni, były na tyle wypełnione pracą, że nie było już opcji łażenia gdziekolwiek.
Sosina - jezioro under construction
Krótki wypad rowerem na Sosinę w Jaworznie. Najpierw tradycyjnie przez środek Sosnowca, ale potem na skróty. Skrót leci tak:
- przed mostem drogowym Sosnowiec-Jaworzno, skręca się w lewo w leśną ścieżkę
- przejeżdża pod mostem kolejowym
- potem pod drugim mostem kolejowym (trzeba zsiąść bo nisko)
- dalej za ścieżką
- w prawo na most drogowy
- za mostem w lewo do wodociagów
-pod szlabanem
-ścieżką w prawo, wzdłuż ogrodzenia wodociągów
-most nad kanałem
-stary dworzec
-w lewo i scieżką do samego końca, i jesteśmy na Sosinie
Jakieś 40minut krócej niż przez Jaworzno. ;)
Zalew Sosina, powstały po ubiórce piasku - jak chyba wszystkie jeziora na Śląsku. Aktualnie jest w wielkiej przebudowie. Przywieźli poglębiarkę i usuwają muł z dna. Wokół całego akwenu robią ścieżkę rowerową, oświetlenie, ławki, przebieralnie, toalety. Wypas. Mają skończyć przed latem tego roku.
Ciekawostka - zbiornik niestrzeżony, kąpiel na własną odpowiedzialność - czyli jednak się da bez zakazu ;)
Widok na przystań po drugiej stronie.
..i w głąb zbiornika. W dali wyspa. Po lewej stronie widoczna barierka osłaniająca przelew.
Widok na kąpielisko zorganizowane po drugiej stronie.
- przed mostem drogowym Sosnowiec-Jaworzno, skręca się w lewo w leśną ścieżkę
- przejeżdża pod mostem kolejowym
- potem pod drugim mostem kolejowym (trzeba zsiąść bo nisko)
- dalej za ścieżką
- w prawo na most drogowy
- za mostem w lewo do wodociagów
-pod szlabanem
-ścieżką w prawo, wzdłuż ogrodzenia wodociągów
-most nad kanałem
-stary dworzec
-w lewo i scieżką do samego końca, i jesteśmy na Sosinie
Jakieś 40minut krócej niż przez Jaworzno. ;)
Zalew Sosina, powstały po ubiórce piasku - jak chyba wszystkie jeziora na Śląsku. Aktualnie jest w wielkiej przebudowie. Przywieźli poglębiarkę i usuwają muł z dna. Wokół całego akwenu robią ścieżkę rowerową, oświetlenie, ławki, przebieralnie, toalety. Wypas. Mają skończyć przed latem tego roku.
Ciekawostka - zbiornik niestrzeżony, kąpiel na własną odpowiedzialność - czyli jednak się da bez zakazu ;)
Widok na przystań po drugiej stronie.
..i w głąb zbiornika. W dali wyspa. Po lewej stronie widoczna barierka osłaniająca przelew.
Widok na kąpielisko zorganizowane po drugiej stronie.
sobota, 6 kwietnia 2019
Tani zamiennik liofilizatów na śniadanie.
Świat zwariował na punkcie liofilizatów. Serio. Co firma to pięćdziesiąt smaków, z tego czterdzieści takich samych. Mamy na rynku ze trzech dużych graczy, i kilku cwaniaków którzy pod nazwą liof, próbują przemycić różne dziwne produkty.
Najwięcej jest dań śniadaniowych - różnego rodzaju owsianek. Koszt 15-20pln. Po rozklikaniu składu, wyszło mi że można bardzo szybko zrobić zamiennik, który będzie sporo tańszy.
Zdjęć nie robię, bo temat jest zbyt prosty.
Co potrzeba do szczęścia:
- Woreczki na żywność z Ikei - te bez suwaka. To są strunowce, tyle że z grubszego plastiku. Koszt jakieś 10pln za 60sztuk. Rozmiar 15 na 15cm. Link do strony producenta
- Płatki owsiane błyskawiczne/górskie/bio czy jak to się tam nazywa - w każdym razie te do zalewania wrzątkiem.
- Rodzynki (w końcu to nic innego jak suszone winogrona), suszone morele, suszoną żurawinę (tu jest trudniej, bo lepsza jest ta bez cukru), suszone śliwki, albo inne podobne suszone owoce.
- Cukier, albo dla miłośników nowoczesności stewie
- Chude mleko w proszku.
- Orzechy, jeśli ktoś lubi.
- Inne suche rzeczy - kakao, cynamon.
Ja robię takie proporcje.
- 3 duże kopiaste łyżki płatków
- 1 duża płaska łyżka chudego mleka
- 1 duża płaska kopiasta łyżka owoców (śliwki, morele i wszystkie większe trzeba posiekać, rodzynki mogą być jak są).
- 1 duża kopiasta łyżka uprażonych i posiekanych orzechów.
- 1 mała łyżeczka cukru.
Taki zestaw składników wsypuje się do woreczka i parę razy nim potrząsa żeby się uleżało. Potem odciska się jak najlepiej nadmiar powietrza i zamyka. Ja jeszcze robię taki trik. Strunę zaciskam z obu stron, tak żeby na tylko na środku został przelot. W to wtykam.. końcówkę od pompki do kajaka, tyle że ustawionej na DEFLATE. Pompka wyciąga sporą część powietrza i wtedy domykam strunę. Wychodzi prawie jak pakowanie próżniowe, tylko trzeba uważać żeby mleka nie wyssać.
Gotowe. Wliczając w to worek, wychodzi 3pln za śniadanie. Oczywiście nie będzie to miało takiej trwałości jak liof, ale miesiąc-dwa spokojnie wytrzymuje. To że jest sporo suszonych owoców, pozwala skomponować niemonotonne menu
Ciekawostka - woreczki z Ikei, nie dość że są dopuszczone do kontaktu z żywnością, to całkiem nieźle wytrzymują temperatury. 50*C im nie szkodzi, więc można je zalewać bardzo ciepłą wodą. Jest korzyść bo nie trzeba myć miski, i wada - worka się potem nie doczyści, a one są wielokrotnego użytku.
Jeżeli ktoś ma dostęp do dwutlenku węgla (nie będę pisał ditlenek, mnie uczono inaczej), to można zrobić profesjonalne pakowanie w atmosferze ochronnej. Najpierw się odciska powietrze, potem nadmuchuje woreczek CO2, znowu odciska, znowu pompuje, odciska i zamyka. Jeśli to zrobić sprawnie, w worku zostanie około 1% tlenu, co znacznie wydłuży czas przechowywania.
Nie polecam natomiast wypełniania azotem. Bo o ile łatwo jest dostać czysty CO2, o tyle trudniej jest dostać czysty azot - techniczny się nie nadaje. Hel balonowy też się nie nadaje, z przyczyn bezpieczeństwa zawiera sporo tlenu.
A jeśli ktoś ma zgrzewarkę próżniową - taką z Lidla czy innej Biedronki, to już wogóle może robić paczki śniadaniowe na wypasie.
Najwięcej jest dań śniadaniowych - różnego rodzaju owsianek. Koszt 15-20pln. Po rozklikaniu składu, wyszło mi że można bardzo szybko zrobić zamiennik, który będzie sporo tańszy.
Zdjęć nie robię, bo temat jest zbyt prosty.
Co potrzeba do szczęścia:
- Woreczki na żywność z Ikei - te bez suwaka. To są strunowce, tyle że z grubszego plastiku. Koszt jakieś 10pln za 60sztuk. Rozmiar 15 na 15cm. Link do strony producenta
- Płatki owsiane błyskawiczne/górskie/bio czy jak to się tam nazywa - w każdym razie te do zalewania wrzątkiem.
- Rodzynki (w końcu to nic innego jak suszone winogrona), suszone morele, suszoną żurawinę (tu jest trudniej, bo lepsza jest ta bez cukru), suszone śliwki, albo inne podobne suszone owoce.
- Cukier, albo dla miłośników nowoczesności stewie
- Chude mleko w proszku.
- Orzechy, jeśli ktoś lubi.
- Inne suche rzeczy - kakao, cynamon.
Ja robię takie proporcje.
- 3 duże kopiaste łyżki płatków
- 1 duża płaska łyżka chudego mleka
- 1 duża płaska kopiasta łyżka owoców (śliwki, morele i wszystkie większe trzeba posiekać, rodzynki mogą być jak są).
- 1 duża kopiasta łyżka uprażonych i posiekanych orzechów.
- 1 mała łyżeczka cukru.
Taki zestaw składników wsypuje się do woreczka i parę razy nim potrząsa żeby się uleżało. Potem odciska się jak najlepiej nadmiar powietrza i zamyka. Ja jeszcze robię taki trik. Strunę zaciskam z obu stron, tak żeby na tylko na środku został przelot. W to wtykam.. końcówkę od pompki do kajaka, tyle że ustawionej na DEFLATE. Pompka wyciąga sporą część powietrza i wtedy domykam strunę. Wychodzi prawie jak pakowanie próżniowe, tylko trzeba uważać żeby mleka nie wyssać.
Gotowe. Wliczając w to worek, wychodzi 3pln za śniadanie. Oczywiście nie będzie to miało takiej trwałości jak liof, ale miesiąc-dwa spokojnie wytrzymuje. To że jest sporo suszonych owoców, pozwala skomponować niemonotonne menu
Ciekawostka - woreczki z Ikei, nie dość że są dopuszczone do kontaktu z żywnością, to całkiem nieźle wytrzymują temperatury. 50*C im nie szkodzi, więc można je zalewać bardzo ciepłą wodą. Jest korzyść bo nie trzeba myć miski, i wada - worka się potem nie doczyści, a one są wielokrotnego użytku.
Jeżeli ktoś ma dostęp do dwutlenku węgla (nie będę pisał ditlenek, mnie uczono inaczej), to można zrobić profesjonalne pakowanie w atmosferze ochronnej. Najpierw się odciska powietrze, potem nadmuchuje woreczek CO2, znowu odciska, znowu pompuje, odciska i zamyka. Jeśli to zrobić sprawnie, w worku zostanie około 1% tlenu, co znacznie wydłuży czas przechowywania.
Nie polecam natomiast wypełniania azotem. Bo o ile łatwo jest dostać czysty CO2, o tyle trudniej jest dostać czysty azot - techniczny się nie nadaje. Hel balonowy też się nie nadaje, z przyczyn bezpieczeństwa zawiera sporo tlenu.
A jeśli ktoś ma zgrzewarkę próżniową - taką z Lidla czy innej Biedronki, to już wogóle może robić paczki śniadaniowe na wypasie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
