Test

Ogromna prośba do wszystkich którzy tu zaglądają - komentujcie, to co czytacie. I jeśli możecie to piszcie skąd jesteście i jak trafiliście.

sobota, 31 sierpnia 2019

Zalew Zielona na Małej Panwi, susza w pełnej krasie.


  W zasadzie to miałem siedzieć w domu i pilnować ekipy od prądu. Niestety jak to bywa z fachowcami, czasem nie zdążą. Więc już koło 9.00 wiedziałem że jest ładna pogoda, dzień jest wolny, a ostatni sensowny autobus na Pogorię 4 odjechał pół godziny temu.
 W zakamarkach umysłu zakołatało, że jest jeszcze jeden niezdobyty akwen powyżej Świerklańca.

Zalew nazywa się Zielona, i powstał przez przegrodzenie Małej Panwi wałem ziemnym. Obiecujący był zwłaszcza napis - rozlewisko. Już oczyma duszy widziałem jak mknę miedzy tatarakami, oczeretami i żabami.
Logistyka. Autobus to zuo. Przynajmniej w tamtą stronę. Cztery przesiadki. Rower lepszy, w końcu to tylko 38km w jedną stronę. Spakowałem co trzeba i wyruszyłem ku przygodzie. Zdjęć po drodze nie robiłem, bo drogę na Świerklaniec fotografowałem wielokrotnie.
Po drodze oczywiście było błądzenie. I to nie z winy nawigacji, po prostu nieco poniżej Miasteczka Śląskiego są głębinowe ujęcia wody. I właśnie budują wielki rurociąg. Dwa razy fi 1500. Las przeryty, większość ścieżek nieprzejezdna.
Nic to, po trzech godzinach pedałowania dotarłem na miejsce. Z brzegu nie wyglądało to źle choć widać że poziom niższy niż zwykle. Kajak z wypożyczalni za 10pln - Wigraszek.

  Widok z kajaka na wypożyczalnię.

 I ujęcie na wschód. Widać błoto i wystające korzenie. Patrząc po linii traw, brakuje lekko osiemdziesiąt centymetrów wody. Dało się dopłynąć dwie trzecie długości zalewu na wschód. Potem kajak utknął w śmierdzącym mule. Trzeba się było naszarpać, a zarówno kajak jak i wyposażenie i wiosłujący nadawał się do mycia.

Już tylko dla reporterskiej dokładności, zdjęcie południowego brzegu.

I zdjęcie przelewu. Jak mówią miejscowi, zbiornik jest fajny jak woda idzie górą nad tym progiem. Wtedy da się popływać.

Pływania było w sumie pięćdziesiąt minut. Chyba pierwszy raz oddałem kajak przed czasem.
Szału nie ma jak na odgniatanie tyłka na rowerze przez prawie 80km na. Trzeba będzie sprawdzić czy pogodynka.pl ma tam wodowskaz i pojechać jak będzie przekroczony stan ostrzegawczy.

W przyszły tygodniu Chechło - i to już będą wszystkie zbiorniki w odległości 40km ;)










piątek, 23 sierpnia 2019

Lekko na kajaku.

  Czemu lekko a zarazem nie ultralekko na kajaku? Bo z jednej strony trzeba zabrać jak najmniej. Każda rzecz którą spakujesz, prędzej czy później wyląduje na grzbiecie. Sam kajak swoje waży więc po co dokładać.
 A czemu nie należy iść w stronę UL?  Bo nie da się z masą schodzić do zera, a odchudzony osprzęt, albo jest wściekle drogi, albo mało trwały, albo jedno i drugie. Weźmy na przykład woreczki z Ikei, takie na spożywkę. Są kapitalne do przechowywania, ale w warunkach frontowych rozłażą się po tygodniu. Albo namiot. Typowy namiot trójka waży 3,5-4kg i kosztuje 250-350pln. Producenci potrafią zejść z masą do 2,2kg, ale cena rośnie do 3-4 tysięcy.
  Poza masą liczy się też wielkość. Karimata 5mm jest połowę lżejsza od materacyka, ale zajmuje masę miejsca, a komfort spania jest na niej żaden.
 Z kolei zrezygnować z apteczki lub zestawu naprawczego żeby zaoszczędzić osiemset gram? A potem cały wyjazd żyć w stresie żeby coś się nie stało? Wywalić kompas? Na rzece można, ale na jeziorach już nie. Płynąć bez mapy?
 Nie zabrać książki...? No i to jest taki moment gdzie zawsze się waham. 300 gram, czasem więcej. Ale zawsze biorę.

Po kilku wyjazdach i wielu próbach upakowania dwóch osób w Solarze wyszło co poniżej.

Jednostka:
  • kajak, siedzisko
  • dwie linki 2m i 10m, krótsza zakończona karabinkami
  • reperaturka (klucz do zaworów, klej, łatki, chusteczki z alkoholem, rękawiczki lekarskie, kawałek TearAid, papier ścierny 300, krótki ołówek 2B, zapasowy zawór nadmiarowy, szara nitka i igła. Mieści się w oryginalnym pudełku
  • wiosło
  • pompka+wąż+manometr
  • kamizelka asekuracyjna
Całość waży jakieś 18kg. Jeśli we dwie osoby to 20kg bo dochodzi drugie wiosło i siedzenie.  Kajak i siedzisko wiadomo że trzeba zabrać. Ale nie biorę dmuchanych podnóżków, bo tylko niepotrzebnie zajmują miejsce. Długa lina jest do cumowania, kotwiczenia i jako sznurek na bieliznę. Krótka służy do przypinania worków do kajaka.
Reperaturka: chustki z alkoholem są do oczyszczenia miejsc przy klejeniu. Ołówek, po to by obrysować łatę-mniej się wtedy brudzi klejem. Papier ścierny do zmatowienia miejsca klejenia. TearAid do doraźnej naprawy namiotu, kurtki , spodni.
Pompka to najmniejszy Intex Hammer 0,9litra, zajmuje niewiele miejsca i mieści się w małym worku wraz z manometrem i wężem - następnym razem lepiej wziąć mały, cienki dry-bag (2-3litry), bo w zwykłym worku pompka zamaka. Tą pompkę jest łatwo rozkręcić, więc jak się uprzeć to można do środka coś schować. Tylko koniecznie w worku, bo środek pompki jest pokryty smarem.



Ubrania:
  • spornie wodoodporne Tribord ( te tanie, długie)
  • kurtka wodooporna Wolfskin Limecośtam (lekka i zajmuje mało miejsca)
  • buty siatkowane do wody
  • bielizna (slipy, koszulka, skarpety) 1kpl (drugi mam na sobie). Lub jeśli jest zimno i pranie odpada, to 2kpl z tego jedna podkoszulka z długim rękawem.
  • Krótkie spodenki (tylko jeśli ciepło), żółte z Deca, bez suwaków i ostrych elementów, za to z kieszenią na rzep. Jeśli zimno to dwie pary cienkich getrów.
  • czapka do biegania (jak zimno) lub czapka pustynna (jak ciepło)
  • Okulary
  • Cienka bluza do biegania.
Wszystkie rzeczy z gatunku szybkoschnących. Masa poniżej 2kg. Na niepogodę wrzuca się długie spodnie i kurtkę. Jeśli jest zimno, to pod kurtkę idzie bluza do biegania. Jeśli jest bardzo zimno, to pod spodnie idą getry. Rzepy od spodni w ciepłe dni, lepiej zapinać zaraz pod kolanami-nie nabierają wody przy wsiadaniu.
Buty piankowe na dłuższą metę się nie sprawdzają. Stopa się poci i śmierdnie. Tylko buty z siatki. A co zrobić jak zimno? Chyba zdecyduje się w końcu na wodoszczelne skarpety, tylko żeby cena spadła.
Bielizny się bierze mało, bo przy każdej okazji się ją przepiera szarym mydłem. Tylko nie można wtedy zabierać bawełnianych rzeczy, bo za długo schną. Podkoszulka z długim rękawem przydaje się do spania w zimne dni, albo jak słońce wściekle praży żeby nie poparzyć rąk (wtedy się ją specjalnie moczy w wodzie, żeby chłodziła)

Spanie:
Zestaw jednoosobowy waży 4kg. Namiot 2kg, śpiwór 1,4kg, mata 0,5kg. Nevisa opisałem tutaj. Do Darwina nie robiłem opisu, bo to popularny i bardzo typowy namiot. Zresztą od czasu jak go kupiłem, pojawiło się kilka modeli w tej samej półce cenowej, które są dużo lepsze. Wart rozważenia jest PEME Climate 3. Wprawdzie to marka sklepowa a nie samodzielna, ale C3 wygląda obiecująco. Przede wszystkim zewnętrzny stelaż (możliwość wygodnego rozkładania w deszczu) i duży przedsionek. Do tego masa nieco mniejsza od Darwina i ta sama wielkość sypialni.

 Materacyki - dmuchane moim zdaniem najlepsze. Mają wprawdzie gorszą termikę niż samopompy, ale jeśli jest więcej niż +6-7 stopni, to nie ma znaczenia. Za to zajmują dużo mniej miejsca i łatwiej je pakować. Jeśli zrobi się w nich dziura - TearAid pozwoli dociągnąć do końca spływu.
 Śpiwór opisany tutaj. W zasadzie na lato można kupić lżejszy model - Tramp 1kg. Te same wymiary tylko cieńsza otulina. Blokadą jest jak zwykle kasa. Eh pięknie by było mieć po śpiworze na sezon..  Na razie zostanę przy obecnym dopóki go nie zajadę, potem kupię Micre.
Latarka czołówka - nie waż się jej zapomnieć. Na wyjazd tylko takie. Wiosłowanie, pakowanie, prace obozowe - tylko czołówka gwarantuje wolne ręce. Musi być wodoszczelna. IP67 minimum. Na pasek warto założyć neoprenową nakładę od maski do nurkowania, nie utonie po wpadnięciu do wody.


Kuchnia
  • Menażka Decathlon 0.8 litra
  • Kartusz 110g (jedna osoba 3-5 dni zależnie od temperatury) lub 230g (dwie osoby, pięć dni)
  • Składane łyżki (2szt)
  • Kuchenka Meva Spark
  • Scyzoryk
  • Zapałki
  • 2-3 ściereczki vileda (zamiast gąbki)  
  • Bidon rowerowy 0,7 litra
  • Filtr WTG 
 Cała kuchnia to ok 0,85-1kg.
 Menażka z Deca to kopia Optimusa HF Weekend. Tyle że w przecenie można ją dorwać za 69pln, a oryginał za 150... Podobny model ma jeszcze Pinguin. Kartusz - ten kto wymyślił liofy nich idzie do raju. Pamiętam wyjazdy dwadzieścia i więcej lat temu. Zupy błyskawiczne  trzeba było 5-10minut gotować. Gaz znikał jak śnieg w maju. Teraz większość jest tylko zalewana, więc 110g spokojnie starczy latem dla jednej osoby na pięć dni. 240 (niska) dla dwóch osób. W tej menażce nie mieszczą się kartusze 450g. Natomiast kartusze Colemana węższe i wyższe mieszczą się z kuchenką na styk (wieczko menażki się nie domyka o milimetr lub dwa).
 Na czas transportu na spływ,  w bidonie rowerowym chowam zapasowe baterie, bobber, mikrostatyw.


Higiena
  • Składana szczoteczka z Rosmanna
  • Nitka dentystyczna
  • Pasta Ajona lub inna mała
  • Kawałek szarego mydła w pojemniku po tabletkach izotonicznych.
  • Apteczka (plastry, chusteczki z alkoholem, gaza, bandaż 4.5cmx4m, agrafki, żel na oparzenia z pantenolem, węgiel, nurofen lub inny podobnie działający, fiolka soli fizjologicznej, pęseta, rękawiczki lekarskie, maska do RKO, 1m linki 2-3mm. Ołówek, kartka, woreczek strunowy, clotrimazolon (profilaktyka grzybicy), talk, lightstick wędkarski.
  • Papier toaletowy, mała paczka chusteczek nawilżanych dla niemowląt. 
Sumarycznie może z 0,4kg. Higiena zębów - nie ma lżejszej pasty niż Ajona. Szare mydło nadaje się i do mycia i do prania. Jeśli chodzi o gadżety z apteczki, to większość jest na wszelki wypadek. Clotrimazolon jest ważny i warto go stosować profilatkycznie (stopy i pachwiny) jeśli nie ma możliwości się umyć przez kilka dni. Papier toaletowy - wiadomo. Chusteczki? Tak do wycierania tyłka. Brać te bawełniane bo one się rozkładają po zakopaniu w ziemi. Taki gadżet znacznie skraca czas czyszczenia. A to przy muchach i komarach w lesie rzecz ważna. Przy okazji-można nimi oczyścić ręce.
Żel na oparzenia jest skuteczniejszy w działaniu niż pantenol w sprayu.

 Jedzenie:
  • Kaszka owsiana- 1 paczka na osobę na każde trzy dni
  • Gorzka czekolada - 1 tabliczka jw.
  • Orzechy brazylijskie - paczka 200gram jw.
  • Liofilozat lub danie gotowe MRE - 1 szt osoba/dzień
  • Kabanosy - pół paczki na osobodzień
  • Herbata - 2 tytki dziennie
  • Herbatniki Petit Burre lub (preferowane) Trek'n'eat. - paczka na dzień/osobę
  • Pomidory, banany - po sztuce na osobodzień. Jabłek nie polecam.
  • Iotonik w tabletkach, albo magnez 
 Monotonia jedzenia mi nie przeszkadza, mogę to samo jeść cały tydzień. Żelazna zasada - żadnych chińskich zupek czy instant kubków. Poza tym że zapychają, nie dają energii.
 Śniadanie i kolacja - kaszka z czekoladą. Obiat - liofilizat lub MRE lub kuskus i konserwa mięsna. Przekąski - orzechy, kabanosy, herbatniki, banan.
 Nie polecam ryżów i makaronów - długo to trzeba gotować.
Wypróbowałem posiłki MRE z Arpola (łopatka z ryżem, kurczak z ryżem, gulasz węgierski, spaghetti) generalnie zjadliwe, ale kuskus z konserwą lepszy. Z MRE to najlepszy był gulasz węgierski.
Herbatniki Trek'n' eat są stosunkowo drogie (6pln paczka), ale maja 5 lat trwałości więc można kupić raz zapas na wiele wyjazdów. W smaku coś pośredniego między PettitBure a SU-2. Lekko słodkawe. Idealne dla dzieci.
 Przy okazji - warto poszukać u lokalnych producentów, bo kilka firm robi MRE tyle że nie celuje w turystykę i są słabo widoczne.


Elektronika
  • Telefon Samsung B2710 - włączony, nieużywany trzyma 10 dni. 
  • Aparat małpa Canon colpix s33
  • Kamera Acme, bobber, opaska na głowę.
  • Na spływy dłuższe niż 3 dni, power bank 5Ah
  • drugi komplet baterii do czołówki.
  • Jeśli płynę we dwie osoby, to jeszcze lampka namiotowa.
Z tego też sie robi kilogram - aparat 0,23; telefon 0,18; kamera z obudową i paskiem 0,25 ....
Telefon długo trzyma, i ma GPS. Od biedy można na nim i odebrać pocztę i przeczytać internet.

Aparat ma doczepiony pływak więc nie utonie. W praktyce można nim robić tylko zdjęcia z bliska, bo zoom, nawet optyczny jest fatalny. Jest wodoszczelny do 10m, i na tyle tani że jak kiedyś na nim usiądę to nie będę rwał włosów z głowy.

Kamera - wiadomo, każdy chce mieć fejm na YT. Bobber, żeby nie utopić kamery. Jak kamera jest przykręcona do opaski, to opaska jest na smyczy przypięta do kajaka.Obiektyw kamery zabezpieczyłem kawałkiem pudełka na zatyczkę do nosa, żeby się nie porysował.

Power bank - w naszej strefie klimatycznej jest to lepsze rozwiązanie niż panele słoneczne. Te ostatnie mają sens jeżeli jedziemy na ponad 2 tygodnie.

 Różne:
  • Mapa i szczelny mapnik z Deca
  • Kompas (jeśli po drodze są jeziora)
  • Zegarek
  • Książka.
  • Okulary przeciwsłoneczne.
  • Krem do opalania
  • Środek na komary.
  • Kilka reklamówek.
Mapnik z Deca to mega proste rozwiązanie. Przeźroczysty płaski dry bag. Mapa przetrwa wszystko, a jak przy zamykaniu się go nie odciśnie z powietrza, to unosi się na wodzie.
Zegarek. Podobno szczęśliwi czasu nie liczą. Ale się przydaje. Casio DW-290 - tani, wodoszczelny, lekki.
Książka.  Najlepsze są serie popularne z lat minionych. Mały druk, niewielki format, dużo treści w niewielkiej objętości. Najczęściej kryminał (MacLean i temu podobne). Czasem trzeba czymś zająć myśli jak pada.
Reklamówki? W coś trzeba zawinąć buty żeby nie umarasiły wszystkiego w worku. Podobnie bielizna i koszulki są popakowane w worki na śmieci, żeby wszystko się nie wysypywało przy otwarciu drybaga.
W sumie kolejny kilogram.

Sumarycznie wychodzi to tak: 10kg sprzętu biwakowego i żywności na każde 3dni bez wsparcia z zewnątrz. Do tego 18kg kajaka z osprzętem.  Często, gęsto trzeba to przenosić na własnym grzbiecie.

Na czym by można urwać?
- mniejszy kajak np. Twist 1N - 11kg zamiast 16.
- mniejszy namiot Vango  - 1,6kg zamiast 2.
- lżejszy śpiwór  1 zamiast 1.4kg.

Czyli inwestując dużą gotówkę można zjechać jakieś 6kg. 22 zamiast 28kg. Przy poziomie inwestycji 2400pln. To już taniej pewne odcinki będzie pokonać taksówką ;)

Myślę czy by nie  pokombinować z pneumatycznymi kamizelkami. Są takie malutkie modele, wzorowane na lotniczych. Waga nie jest specjalnie mniejsza od piankowej, ale oszczędność na miejscu ogromna.

niedziela, 21 lipca 2019

Kamieniołom Balaton w Trzebinii.

 Okolica to ma jakiś kompleks w temacie nazwy Balaton. Jeden zbiornik w Sosnowcu, drugi w Trzebinii, żaden nie przypomina oryginału w najmniejszym stopniu.
 Zrobiła się w miarę pogoda (nie za ciepło, nie za zimno), postanowiłem odwiedzić ten w Trzebinii. Ostatni raz byłem tam w grudniu 2017 i właśnie trwały tam prace nad wybetonowaniem. Trzebinia - Sosnowiec pieszo. Kiedyś wybrałem się tam jeszcze rowerem, ale bez sprzętu do pływania. Tym razem byłem mądrzejszy, ale płetw i tak nie zabrałem. Kiedyś będę całkiem mądry i je też wezmę.

 Na miejscu - wejściówka 10pln. Co ma tę zaletą że filtruje klientelę i po prostu jest czyściej i spokojniej. Na szczęście nie wybetonowano całego brzegu, a wcześniej wybudowany kawałek przykryto drewnem. Wygląda nieźle.
 Do betonowego nabrzeża, przycumowano modułowe pomosty pływające i w nich zrobiono podwieszane baseny. Nie wiem czemu zrobiono dwa, każdy 15 na 15 metrów, zamiast zrobić jedną dwudziestkępiątkę. Tak to wyszły baseny nie do pływania tylko do moczenia.

  W basenie trochę popływałem, i poszedłem nurkować na zjazd dla łodzi. Wygodne, choć bardzo śliskie zejście. Opada łagodnie do 1,5m, potem jest próg i dno szybko opada do 8m.


 Formalnie, nie wolno pływać poza basenami, ale sporo osób to robi, i nikt nie zwraca na to uwagi. Bardzo dobrze, bo chcącemu nie dzieje się krzywda.
 Przejrzystość wody dobra. Dno na ósmym metrze widać z brzegu. Termoklina jest gdzieś na 5,5m i ma bardzo ostre przejście.
 Nie ma niestety dostępu do torów i zatopionych wagoników. Nad torami (zachodnia strona zbiornika) zrobiono atrakcję z pływających dmuchańców. Zresztą, z tego co pamiętam to wagoniki są na dziewięciu albo dziesięciu metrach, a nie widziałem szans na pokonanie czterech metrów w dół w termoklinie. No może z lekkim skafanderm - takim do pływania 2-3 mm byłoby to do zrobienia na bezdechu.
 Temperatura wody niezła jak na kamieniołom -22-23 stopnie. Dwie godziny dałem radę pływać. Potem jeszcze 30km rowerem do domu i fajrant ;)



niedziela, 23 czerwca 2019

Trzy dni na Pilicy.

 Trafił się długi weekend, żal było nie skorzystać. W środę rano, kolega podrzucił z całym majdanem do pracy. Dzięki temu, prosto po robocie mogłem iść na przystanek i ruszyć ku przygodzie.
 Tramwaj którym jechałem na dworzec, wypadł z szyn zanim zdążył pokonać pierwszy przystanek a ja skasować bilet. Na szczęście udało mi się dojechać autobusem na czas. Wtedy spóźnił się pociąg. Musiał czekać na jakiś opóźniony międzynarodowy, i wyjechał 19 minut później. Dokładnie tyle czasu ile miałem na przesiadkę w Koluszkach...

Koluszki przywitały mnie pochmurną pogodą i brakiem pociągu do Tomaszowa. Pogoda po kilku minutach przerodziła się w nawałnicę, a pociąg na szczęście się odnalazł - przyjechał spóźniony.


Na miejsce - pole namiotowe przy Niebieskich Źródłach w Tomaszowie Mazowieckim dotarłem koło 20.00. Opłata 10pln, czyste toalety, prysznice z ciepłą wodą. W promocji była jeszcze impreza integracyjna jednej z łódzkim firm. Wystartowali o 22 skończyli o 2 nad ranem. Dobrze że byli starzy i muzykę puszczali z moich czasów ;)

Przemocą obudziłem się o 5.30. O 7.10 - na wodzie. Taki widok w miejscu startu.

 Piaszczyste brzegi.


 Park krajobrazowy.

Zaraz po wypłynięciu z parku, dwa namioty na brzegu.


Początek deszczu. Zaraz przed tym mostem trza było założyć sztormiak. W tej okolicy spotkałem też parę na kanu, która stosowała odmienną strategię. Deszcz ciepły, płyniemy w kostiumach - mniej potem do suszenia. 


Kościół w Inowołdzu. Tu był stres. Dosłownie parę metrów niżej zaczyna się kamienne bystrze. Kajak utknął z takim dźwiękiem, że już czułem koniec spływu i konieczność klejenia łaty. Późniejsza wizja lokalna pokazała że nie ma nawet śladu. Chyba (głupi ma szczęście) siadłem na jedynej oponie wśród kamieni stąd taki odgłos.



 Padać przestało, za to znów dostępne sielskie widoki. Woda nie jest żółta, tylko przejrzysta. Po prostu dno to czysty piasek, a głębokość niewielka.
 Z głębokością wogóle był problem. Tak niski stan wody, że cała praktyka na temat układania się głębin na zakolach - brała w łeb. To czy głębiej po lewej czy po prawej stronie wyspy, albo na wypukłym czy wklęsłym brzegu - ruletka a nie ocena.
 Tyle razy co na tym spływie, to jeszcze z kajaka nie wysiadałem.

Nocleg pierwszego dnia. 42km zrobione, bark niestety zaczął boleć. Za promem po lewej stronie, przystań i pole namiotowe za 10pln ;).  Prysznic, suszenie, kolacja i spać.

Filtrowanie wody na kolację.

Informacyjnie jeśli chodzi o płyny. W ciągu dnia wypijałem:
  1. 0,7 litra wody z magnezem (tabletki z lidla), 
  2. 0,5 litra izotoniku (tabsy z Decathlona), 
  3. 0,7 litra samej wody, 
  4. około 1.0 litra herbaty. 
 Trzy litry, a i tak w nocy się budziłem żeby jeszcze pociągnąć z flachy. Całą wodę brałem z rzeki - nie miałem nic zapasu. Filtr spokojnie dawał radę, większość piłem nieprzegotowaną i skutków ubocznych nie było. Ważne żeby mieć przy sobie jeszcze jedną butelkę. Sama filtracyjna nie wystarczy, bo nie ma w niej jak rozpuszczać tabletek. Na trzy dni, przy takich upałach potrzeba 12-15litrów wody. Półtorej zgrzewki do dźwigania.

 Przy okazji woda szła do robienia liofilizatów i kaszki. Miałem dwa liofy, oba z loyfooda. Gulasz z kaszą i makaron bolonese. Makaron lepszy bo go było więcej ;).  Żywienie wyglądało tak:
  1. śniadanie: kaszka manna z kawałkiem gorzkiej czekolady
  2. drugie śniadanie: pół paczki kabanosów
  3. obiad: liofilizat lub danie gotowe z arpolu
  4. kolacja: to samo co na śniadanie. 
Głodny nie byłem. Opakowanie kaszki manny, akurat starczyło na sześć posiłków.


 Początek drugiego dnia. Rzadki przypadek drzewa objedzonego przez latające bobry - od góry.

 Drugi dzień prawie cały wśród pól i pastwisk.  Koło 18.00 spotkałem znowu ludzi na kanu, szykowali się już do obozowania na dziko. Wogóle to mijałem się z nimi przez dwa dni wielokrotnie.


Na koniec drugiego dnia gwałtowna burza. Pierwszy raz jak rozbiłem sam tropik od namiotu i siedziałem pod nim przez godzinę. Bagaże w tym czasie leżały pod kajakiem odwróconym do góry dnem, żeby były jak najmniej mokre.


 Dopiero jak deszcz ustąpił, to doprowadziłem obozowisko do porządku. Przy okazji, inaczej złożyłem kajak, żeby był węższy. Bo jestem gruby i nie mieściliśmy się razem w namiocie.

 Poranek dnia trzeciego. Sielanka. Słonce, lekkie chmury. Nieziemska ilość komarów. Przed wyjazdem kupiłem środek na komary w wersji dla dzieci (mniej szkodliwy). Miał on głównie znaczenie psychologiczne, bo komary się nim nie przejmowały.

Trzeci dzień, to w końcu na tyle dobra głębokość, że pływanie meandrami zdaje egzamin. Ponieważ Pilica to kombinat kajakowy, a są wakacje, w ciągu dnia minąłem ze 200-300 kajaków.
 Mam problem ze słońcem. Wczoraj uciekając z rzeki przed burzą, zgubiłem emulsję do opalania. Poobkładałem się czym tylko mogłem, ale słońce i tak złapało w kilku miejscach.

Wytęż wzrok i znajdź lisa na zdjęciu ;)


O 16.15 dotarłem do Warki. Sensowny pociąg był o 17.00 więc bez szans żeby się zebrać. Nocleg na polu namiotowym - 100 m za mostem kolejowym lewy brzeg. Tylko nie pomylić, bo zaraz za mostem na lewym brzegu jest miejsce gdzie kończą spływy kajakowe, ale tam kempingu nie ma.

Poszedłem znaleźć dworzec, żeby kupić bilety. Po drodze dwie główne atrakcje Warki. Powyżej zabytkowy wóz strażacki.

I pomnik ku czci lotników. Spawane aluminium na stalowym szkielecie. Jak dla mnie, jeden z tych pomników które mają to coś. Ciężko od niego oderwać wzrok.

 Z racji tego że była sobota wieczór, kasy na dworcu były już zamknięte. Zostało mi przyjść rano. Dodatkowym mankamentem był brak taksówek w Warce. Serio. Miasto kojarzone z reklam jako oaza szczęśliwości i luzu ma wszystkiego trzy taksówki na krzyż, i dojechanie rano do dworca jest rzeczą niemożliwą.
 W niedzielę rano wstałem 3.50, spakowałem klamoty i lazłem na dworzec na pociąg o 6.08 do Warszawy.


Dworzec Warszawa Zachodnia. Chyba ktoś z włodarzy nie lubi tej dzielnicy. Poprzedni raz na tym obiekcie byłem dziesięć lat temu i prawdę mówiąc nie widać żeby było dużo lepiej. To jest taki cargo-port. Dużo, masowo, nikt ważny tu nie bywa, po co inwestować.

 Do domu dotarłem finalnie koło trzynastej.



Film z wycieczki. W sumie nakręciłem ponad godzinę materiału. Tyle że zrobiłem błąd, kręcąc za długie sceny. Powinny być nie dłuższe niż 20sek, wtedy fajnie się je montuje. Kilkuminutowe dłużyzny trzeba przycinać

niedziela, 9 czerwca 2019

Świerklaniec i oba Rogoźniki.

 Planowałem drugi odcinek Białej Przemszy, ale dzieci nie dopisały (znalazły sobie inne zajęcia) i trzeba było coś wymyślić żeby nie przenudzić niedzieli.

 Padło na kierunek północny zachód - zbiornik Świerklaniec. Koło 8.30 dojechałem rowerem do zalewów Rogoźnik. Wypożyczalnia kajaków na mniejszym jeziorku była czynna dopiero od 10.00, na większym akwenie  ma być czynna dopiero w przyszłym tygodniu.
 Dorobiłem więc kilometrów i pojechałem do parku Świerklaniec. Wieść gminna niosła że mają tam wypożyczalnie kajaków i nowy hangar.
 Na miejscu okazało się że wypożyczalni nie ma. Było i nie ma. Diabeł ogonem nakrył. Hangar jest, ale tylko dla klubu sportowego. No dobra, zalew Świerklaniec to nie jest jakiś cud. Mało interesująca linia brzegowa, tylko na północy jest trochę błądzenia miedzy szuwarami.
 Dojechałem do mostu na Brynicy od północy właśnie. Zrobiłem film.

 Poprzednim razem było tam jednak ładniej. Teraz po ulewach, z Brynicy idzie bura woda.

Potem myk bardzo okrężną drogą, spowrotem na Rogoźniki. Objechałem większy zbiornik dookoła. Komary i kilka urokliwych miejsc. Czemu nie wziąłem aparatu? Głupi jestem.
Przed objechaniem, skusiłem się jeszcze na hot-doga w budzie przy placach zabaw. Nie polecam. 7pln, za naprawdę małego hot-doga i to z mikrofali a nie z piecyka.

Na mniejszym zalewie poszedłem popływać. Od plaży do ruin restauracji. Jest spoko jeśli płynie się z plaży na azymunt. Jak się chce popływać bardziej po zbiorniku, to okazuje się że pod wodą jest masa glonów. Nie są groźne, ale upierdliwe.

Jeżeli ktoś się będzie wybierał pływać na tych akwenach, to polecam być nie później niż o 9.00. Potem, zwłaszcza w ciepłe dni, tłok jest niemożebny. W okolicy nie ma wiaty dla rowerów, trzeba przypinać bicykle do ogrodzenia.
Wracając, warto skręcić do piekarni Ziarenko. Są otwarci w niehandlowe niedziele, a bułki mają naprawdę dobre.

niedziela, 26 maja 2019

Biała Przemsza - trasa Okradzionów-Sławków.


 Pierwszy raz do Białej Przemszy przymierzyłem się w 2013r i poniosłem sromotną porażkę. Planowałem płynąć pontonem z wiosłami osadzonymi w dulkach, a ta rzeka jest zbyt wąska i zbyt zawalona gałęziami. Pokonałem kilometr z małym hakiem, zaliczyłem cztery przenoski, a na koniec w trakcie strategicznego wycofywania wpadłem do kanału i zaliczyłem sto metrów przez pokrzywy.
 Dlatego teraz wybrałem odcinek, który jest polecany dla osób z dziećmi. Lekko, łatwo i przyjemnie, bez przenosek i tego typu atrakcji. Będzie to leniwe niedzielne przedpołudnie na wodzie.
 Ten plan, jak zwykle nie wytrzymał konfrontacji z rzeczywistością.

 Zgodnie z opisem trasy, zaczęliśmy poniżej młyna w Okradzionowie. Na moście z lewego brzegu.

 Płyniemy dość szeroką rzeką, faktycznie nie widać większych przeszkód.

Młoda zadowolona, bo zapowiada się że ten spływ będzie normalny.

I jeb. Drugi młyn. Na lewym brzegu dwa wysokie jazy, na wprost (czarna kreska na zdjęciu po lewej stronie) nisko zawieszona nad wodą kładka a za nią młyn. Nurt dość silny. Udało się nam wylądować na moście. Szczęście bo gdyby zabrało ponton pod spód to by go zmieliło. Przenoska.. .i po niej się zorientowaliśmy że to tu się zaczynają spływy. Na prawym brzegu jest droga wprost do wody.

Potem zaczęły się drzew w nurcie. I tu trzeba przyznać organizatorom spływów, że przygotowali trasę. Płynąc kajakiem, wystarczy się schylić żeby przepłynąć pod zwałkami. Jeżeli trzeba je opływać, to po lewej lub prawej jest dość miejsca żeby kajak się zmieścił. Kajak tak, ponton nie. Dlatego kilka razy musieliśmy przełazić po drzewach, albo wciskać je nogami pod wodę żeby przepłynąć.

Kładka dla kajaków. Może to tutaj należało zaczynać spływ?


Całkowite zaskoczenie. Pole namiotowe na BP. W sumie, jeśli ktoś zacznie w Kluczach, to dopłynięcie tutaj zajmie mu cały dzień.
Niewielki próg, za kładką dla pieszych.

Most pod ekspresówką. Zaraz za nim, bystrze i zakręt w lewo. Obróciło nam ponton, i pierwszy raz o mało co a byłaby kabina. Trzeba było zrobić postój i wylać wodę z kokpitu.
 Kilkadziesiąt metrów dalej, kolejny most (ten przy wypożyczalni kajaków) a pod nim pale, bystrze i mielizna. Tym razem poszło nam lepiej. Ale moim zdaniem, te dwa bystrza dyskwalifikują trasę jako odcinek "dla matki z dzieckiem".

Kolejny postój z pomostem. Sławków, przy stadionie. Do centrum jest stąd 700m. Po sprawdzeniu czasu okazało się że mamy jeszcze dwie godziny do autobusu więc postanowiliśmy dopłynąć do następnej kładki pod trasą rowerową.
 Jakieś 50-60m za tym co na zdjęciu jest kolejne bystrze. Trzymać się lewej strony.

Skończyliśmy jakiś kilometr niżej. Kiedyś był to most kolejowy, a teraz przerobiono go na wszystkoodporną kładkę dla pieszych i rowerów. Zdjęć z ostatniego odcinka nie mam - co chwilę były zwałki albo nurt zakręcał i po prostu nie było kiedy.

 Spływ zaliczam do bardzo udanych. Pontonem do zrobienia w dwie godziny bez napinki. Kajakiem w jakąś godzinę, może półtorej.





piątek, 24 maja 2019

Szwecja - wycieczka z pływaniem na dziko.

 Tym razem sprawa była poważna. Trzeba było jechać do Westeros* z misją tajną i niebezpieczną. Dlatego szefostwo wybrało dwóch ludzi o twarzach zbójów i sercach aniołów. Nakazano im spakować tobołki, wsiąść do aeroplanu i nie narzekać. Przecież galernicy mają gorzej, a dzieci w Afryce to wogóle głodne chodzą.
 Dojazd nie był zbyt uciążliwy. Vasteras leży w końcu w Szwecji, jakieś 110km na zachód od Sztokholmu. Wylot, tym razem popołudniowy, potem półtorej godziny autem... tak tam na autostradzie bywają ograniczenia do 50km/h i większość się tego trzyma.


Jak widać miasto leży nad wodą. Były podejrzenia że to słona woda, bo wygląda to jak zatoka idąca głęboko w ląd, ale koniec końców rzeki dały radę usunąć sól z akwenów. Taki duży zalew dawał nadzieję że się uda popływać. Na miejsce dotarliśmy o 21.30

Niewielki hotelowy pokój. Czysto i schludnie. Okno oczywiście tylko się uchyla a nie otwiera. Jako klient klasy VIP miałem widok na łącznik nad ulicą, wymienniki ciepła i dach restauracji.

Zupełnym zaskoczeniem był prysznic. Te płytki mają wymiar 20x20cm. Cała 'kabina" mniej niż 70x70. Przy kąpieli zasłonka klei się do pleców, a woda leci na pokój nawet jeśli zamknie się drzwi. Ot taka lokalna ciekawostka.

Pierwszego dnia, polazłem obejrzeć miasto w okolicy hotelu. Wprawdzie nadal było widnawo, bo słońce zaszło dopiero o 23, ale za mało było światła dla aparatu. Zdjęcia są z następnego dnia. Na tym powyżej, zabudowa nad rzeką-kanałem. Po lewej, mieszkali kiedyś bogatsi mieszczanie, po prawej ci nie bogatsi i zwierzęta. Teraz po lewej są sklepy i kilka mieszkań, a po prawej mieszkają bogatsi ;) Zwierząt nie widziałem.


Rzeka przepływa przez bardzo ładny park, z oczkiem wodnym. Ciekawostką jest to, że trawnik jest strzyżony przez automatyczne kosiarki.

Co kilkadziesiąt metrów, jest zestaw ratunkowy. Bosak, koło i drabina. Ściany kanału, mają w niektórych miejscach 4m i są obudowane kamieniem.


Konie wychodzące z kamienia. To jest sztuka - tego nie ogarniesz. Na pewno coś to symbolizuje, niestety zamysł artysty mi umknął. Ale że dałem rade poznać że to sztuka - zdjęcie jest.

Do parku przylega szkoła muzyczna z taką oto rzeźbą. Jak stanąć w odpowiednim miejscu muszla pracuje jako wzmacniacz i efekt akustyczny jest niesamowity. Dobrze że materiał jest matowy, bo gdyby tak samo skupiła słońce byłoby grubo.

 Domek na drzewie. No w końcu wiadomo skąd pochodzi bajka o Pipi**. Tyle że ten domek jest dobre dziesięć metrów nad ziemią.

Port jachtowy. Duże i małe jachty, statki, promy. Pełny zestaw.

Bardzo zgrabny kuter. Warunki nautyczne***, powodują że wszystkie łodzie mają tę samą konstrukcję. Masywne, zwarte, z dużym kilem i ogromnym balastem. Mieczówek ani łodzi dostosowanych do sztrandowania, się tu nie spotyka.

A oto mój cel. Z plaży miejskiej na wyspę. 1500m w linii prostej i woda cieplejsza niż u nas. Niestety już 400-500m od brzegu, zaczyna się tor wodny na który wpływać wpław nie wolno, więc musiałem odpuścić. Tym bardziej że pływają tam całkiem spore jednostki. Jeden ze statków przywoził właśnie norweskie śmieci do spalenia w lokalnej elektrowni.

Zostało zrobić sobie selfi, żeby udowodnić niedowiarkom że nie zaniedbałem prawdziwego celu misji, tylko trudności obiektywne uniemożliwiły jego osiągniecie.

 Potem powrót wzdłuż rzeki i takie o to znalezisko. Całkiem dobry rower. Za tydzień będzie na aukcji. Nic nie puka, nic nie stuka, rusza, skręca i hamuje. Szwed płakał jak sprzedawał.

 I jeszcze rynek. Pomnik ku czci robotników co dojeżdżali do roboty w stalowni.


 Reszta wyjazdu to już tylko praca, więc nie ma się o czym rozpisywać.

------------------------------------------------------------------------------------------
* Tak. Martin tworząc Grę o Tron, pozwolił sobie użyć tego miasta jako wzoru. Zbieżność nazw i układu ulic nie jest przypadkowa.

** Trzech sławnych szwedzkich obywateli: Astrid Lindgren, Pipi Lonstruph i Szwedzki Kucharz z MuppetShow.

*** Niewielkie pływy, kamieniste brzegi i dno, silny prąd.